Tło gazowego Eldorado

fot. dreamstime fot. dreamstime

Analizując aktualne dane dotyczące pokładów gazu łupkowego w Polsce, chciałoby się powiedzieć – z dużej chmury mały deszcz. Faktycznie najnowsze założenia zawarte w opublikowanym kilka tygodni temu raporcie Państwowego Instytutu Geologicznego nie są na pierwszy rzut oka optymistyczne. Według PIGu łupków w Polsce jest „jedynie” od 346 do 768 miliardów metrów sześciennych. W zasadniczym stopniu wielkości te odbiegają od publikowanych w czerwcu zeszłego roku szacunków, mówiących o nawet 5,6 bilionach metrów sześciennych tego surowca, znajdujących się na naszym terytorium. Jednak czy aby na pewno różnica ta jest powodem smutku? Może, przyjmując nieco spokojniejsze stanowisko, da się w tym wszystkim doszukać pozytywów?



Oczywiście, że tak. Wystarczy wziąć pod uwagę pewne fakty oraz wyciągnąć płynące z nich wnioski. Zgodnie z czerwcowymi – niezwykle optymistycznymi – założeniami, pokłady gazu łupkowego miałyby pozwolić na osiągnięcie samowystarczalność i niezależności energetycznej Polski nawet na trzysta lat (przy uwzględnieniu obecnego rocznego zapotrzebowania na gaz w wysokości dziesięciu miliardów metrów sześciennych). Co więcej, pokłady łupków mogłyby uczynić z naszego kraju głównego eksportera tego surowca w regionie Europy Centralnej i Wschodniej.

Pytanie jedynie, co z tego? Czy mając w pamięci słabość instytucji państwowych, powszechną korupcję, brak doświadczenia w roli państwa eksportującego surowce energetyczne oraz silną (i bezwzględną) konkurencję ze strony rosyjskich koncernów, Polska miałaby szanse zrealizować gazowe aspiracje? W opinii autora jest to trudne do wyobrażenia. Może w takim razie zamiast się smucić z powodu tego, czego nie mamy, warto skupić się tym, co w dalszym ciągu jest w naszym zasięgu?

Z pewnością warto, zważywszy na fakt, że szacowane przez PIG pokłady to w dalszym ciągu nie lada gratka. Ich wielkość pozwala nam – teoretycznie – na uzyskanie samowystarczalność energetycznej na najbliższe kilkadziesiąt lat. Mając w dodatku na uwadze fakt zakontraktowanych dostaw gazu ziemnego z regionu Zatoki Perskiej oraz szansę rozwoju pozostałych form pozyskiwania energii (vide kwestia atomu), przed Polską otwiera się szansa, jakiej państwo to nie miało od lat – usamodzielnienie energetyczne, ograniczenie zależności energetycznej (a także politycznej) od Rosji oraz możliwość częściowego przynajmniej eksportu własnych zasobów za granicę. To są główne pozytywy omawianego raportu. Wydaje się, że to właśnie na nich należałoby się w najbliższych latach skupić najmocniej.

Bułgarski los

W wydźwięku powstałym wskutek publikacji raportu PIG zaskakujące jest to, jak bardzo przypomina on losy eksploatacji tego
Głównymi propagatorami bułgarskich protestów przeciwko łupkom byli ludzie o silnym nastawieniu prorosyjskim. Uważa się też, że za finansowanie działań ekologów oraz organizację ich akcji, w dużym stopniu odpowiadało silne lobby Gazpromu. 
surowca w Bułgarii oraz do jakiego stopnia sytuacja ta jest w interesie co najmniej jednego wielkiego koncernu energetycznego ze Wschodu. Jeszcze do niedawna Bułgarzy sami żyli nadzieją, na to że w niedalekiej przyszłości uruchomią produkcję gazu z własnych zasobów, zmniejszając tym samym zależność energetyczną od Rosjan (niemal 95 proc. konsumowanego w tym kraju gazu pochodzi z rosyjskich złóż). Szacunki tamtejszego Ministerstwa Energetyki wskazywały, że bułgarskie pokłady łupków mogły sięgać nawet biliona metrów sześciennych.

Naturalnie tematem szybko zainteresowały się czołowe światowe koncerny energetyczne. Scenariusz wyglądał podobnie jak w Polsce. Firmy wykupiły rządowe koncesje na próbne odwierty i rozjechały się po całym kraju, w celu poszukiwania swojej „żyły złota”. Piękny sen Bułgarów o częściowej przynajmniej niezależności energetycznej skończył się przed kilkoma tygodniami. 18 stycznia br. bułgarski parlament wprowadził całkowity zakaz badania i eksploatacji złóż przy wykorzystaniu jednej z najpopularniejszych metod – szczelinowania hydraulicznego (proces polegający na wpompowywaniu w odwiert mieszanki wody, chemikaliów i piasku pod wysokim ciśnienie, aby poszerzyć otwory w skałach i uwolnić zgromadzonych w nich gaz). Warto w tym miejscu dodać, że wszystkie firmy, którzy wykupiły koncesję (o dziwo z wyjątkiem amerykańskiego Chevronu) mogą powrócić do prowadzenia odwiertów, jednak przy wykorzystaniu tradycyjnych metod. Nie trzeba dodawać, że w wielu przypadkach czyni to całą inwestycję o wiele trudniejszą i mniej opłacalną.

Stanowisko Bułgarów jest trudne do zrozumienia. Oczywiście, temat eksploatacji gazu łupkowego oraz wykorzystania w tym celu wspomnianego już szczelinowania wzbudzał powszechne kontrowersje wśród krajowych ekologów (podobnie jak w Polsce zresztą). Miesiącami prowadzili oni szeroko zakrojoną i dobrze skoordynowaną kampanię przeciwko rządowym planom wykorzystania łupków, oskarżając zagraniczne koncerny o zanieczyszczanie środowiska oraz nieliczenie się z mieszkańcami regionów, w którym prowadzone są odwierty. Trudno jednak wyobrazić sobie, aby niezbyt liczne (protesty przyciągały średnio po kilkaset osób) demonstracje mogły mieć aż tak duży wpływ na władze. Nawet przy założeniu, że dzięki dobrze przemyślanej kampanii informacyjnej ekologów (przy praktycznie bierności zwolenników łupków), część społeczeństwa podchwyciła proekologiczne hasła. Co więcej, decyzja bułgarskich władz wydaje się być o tyle dziwna, o ile weźmie się pod uwagę fakt, że Sofia jest w trakcie negocjacji z Gazpromem nowej umowy energetycznej. Rezygnacja z alternatywnych źródeł energii w postaci łupków, tylko podkopie i tak już słabą pozycję negocjacyjną Bułgarów.

Skuteczny lobbing

Zupełnie inaczej sprawa wygląda jeżeli weźmie się pod uwagę fakt, że głównymi propagatorami bułgarskich protestów przeciwko łupkom byli ludzie o silnym nastawieniu prorosyjskim, tacy jak były minister energetyki Rumen Owczarow. Powszechnie uważa się też, że za finansowanie działań ekologów oraz organizację ich akcji, w dużym stopniu odpowiadało silne lobby Gazpromu.

Taka sytuacja nie dziwi, bo dziwić nie może. Zwłaszcza jeżeli zdamy sobie sprawę z faktu, że Moskwa posiada przecież bardzo dobrze rozwiniętą sieć lobbystów w całej Europie. Niekiedy są to ludzie o bardzo szerokich koneksjach, tacy jak były kanclerz
Z pomocą dla rosyjskich interesów energetycznych przyszli czołowi europejscy politycy, wzywający do sztywnego uregulowania prawnego eksploatacji łupków w całej UE. Paryż wespół z głównymi unijnymi „ekologami” miesiącami naciskał na Brukselę, aby ta bliżej przyjrzała się pomysłom wydobycia gazu łupkowego...
Niemiec Gerhard Shroeder, który po udzieleniu zgody na budowę gazociągu Nordstream i odejściu z urzędu, znalazł zatrudnienie w… Gazpromie. Innym przykładem jest były fiński premier Paavo Lipponen, który będąc na politycznej emeryturze nawiązał współpracę ze spółką odpowiedzialną za realizację projektu Nordstreamu. Uważa się, że to właśnie dzięki jego kontaktom na szczytach władzy w Helsinkach, Finlandia ostatecznie wycofała swoje zastrzeżenia co do położenia nitki gazociągu na dnie Bałtyku.

Dla nikogo nie jest też tajemnicą fakt, że Moskwa posiada bardzo wpływowych „przyjaciół” wśród dawnej i obecnej elity władzy w takich stolicach jak Berlin, Paryż czy Bruksela. Elmar Brok, niemiecki europarlamentarzysta znany jako jeden z głównym przeciwników gazu łupkowego w Europie. José Bové, czołowy francuski alterglobalista. Fan rewolucji bolszewickiej w Rosji, wielokrotny zwolennik rosyjskiej polityki względem Europy. Günther Oettinger, obecny komisarz UE ds. energii. Dawniej? Premier landu Badenia-Wirtembergia, gdzie zlokalizowane są siedziby wielu wpływowych koncernów energetycznych (nie tylko niemieckich). Wszyscy w ostatnich latach prowadzili wyjątkowo prorosyjską politykę.

Rosjanie są też w dobrych kontaktach z jedną z wiodących firm lobbingowych w Europie, zlokalizowaną w Brukseli GPlus Europe. Wykonuje ona swoje zadania nie tylko w belgijskiej stolicy, ale także w Paryżu, Berlinie oraz Rzymie. Czym oficjalnie zajmuje się GPlus? Organizuje w imieniu Gazpromu serie spotkań, konferencji oraz seminariów związanych z tematami interesującymi Rosjan. Dodatkowo wykorzystuje swoich wpływowych pracowników do lobbowania na rzecz interesów rosyjskiej koncernu. Na liście płatniczej GPlus znajdują się m.in. Nigel Garnder (Brytyjczyk, były rzecznik prasowy w unijnych komisjach odpowiedzialnych za handel oraz politykę zagraniczną), Peter Guilford (były rzecznik prasowy przewodniczącego Komisji Europejskiej Romano Prodiego), Hans Kribbe (Holender, były doradca komisarz ds. konkurencji Nellie Kroes), Gregor Kreuzhuber (m.in. zastępca komisarza ds. przemysłu i przedsiębiorczości Güntera Verheugena).

Nikogo nie dziwi fakt, że mając tak szeroką siatkę wysoko postawionych lobbystów, Kreml może skutecznie realizować swą politykę wpływania na proces decyzyjny w całej Unii Europejskiej. Nie jest też tajemnicą to, że Rosjanie mają o co zabiegać. Perspektywa eksploatacji zasobów gazu łupkowego w Europie Centralnej byłaby mocnym ciosem dla rosyjskich interesów energetycznych. Zakładając realizację pierwotnego optymistycznego scenariusza związanego z polskimi łupkami, Warszawa mogłaby nie tylko usamodzielnić się surowcowo od Rosjan (kwestią budzącą wątpliwości jest w tym przypadku sprawa podpisanej niedawno wieloletniej umowy gazowej ze stroną rosyjską), ale również wejść na rynki energetyczne państw sąsiadujących, takich jaki Litwa, Łotwa, Estonia, czy Ukraina. To z kolei wiązałoby ręce Rosjanom, mocno i boleśnie bijąc w ich interesy oraz wpływy w całym regionie.

Dlatego też w sposób zaskakujący z pomocą dla rosyjskich interesów energetycznych przyszli czołowi europejscy (zwłaszcza francuscy) politycy, wzywający do sztywnego uregulowania prawnego eksploatacji łupków w całej UE. Paryż wespół z głównymi unijnymi „ekologami” miesiącami naciskał na Brukselę, aby ta bliżej przyjrzała się pomysłom wydobycia gazu łupkowego na terenie Unii oraz wprowadziła nowe i surowsze ograniczenia prawne dla tego procesu (głównie w obawie przed jego negatywnymi skutkami dla środowiska). Na szczęście wszystkie zabiegi polityczne okazały się niepotrzebne, gdyż państwa zainteresowane eksploatacją surowca same – do pewnego stopnia – rezygnują z danej im szansy. Czyżby nasza łupkowa neverending story miała jednak swój koniec? A może to jedynie nowy początek?
Michał Jarocki – redaktor portalu „Polityka Wschodnia”, współpracownik Instytutu Jagiellońskiego
wykop.pltwitter.plfacebook.pl
Oceń: Drukuj

Pasaż zakupowyprzejdź do pasażu pasaż

Ogłoszenia - ekologia.pl
Pasaż zakupowy