Autor: Daniel Sobczyński

Ecostream, czyli kto jest bardziej „zielony”

Ludzie prześcigają się o to, kto jest bardziej „zielony”. Wegetarianie atakują mięsożerców, a weganie wegetarian. Nastolatki publikują dramatyczne posty o zagrożonych gatunkach zwierząt, których nigdy tak naprawdę nie spotkały, a UE wymyśla kolejne przepisy, które mają forsować proekologiczny styl życia. Sens tego co ważne czasami umyka wśród krzyku ambitnych idei ekologii.



Fot. dreamstimefot. dreamstime

Nie jestem przeciwnikiem ekologii, jednak jestem chory na racjonalizm i niektóre obrazy współczesnego świata, które szturmują zamek mojej logiki. Ludzie na Ziemi są gatunkiem pasożytniczym, nic tego nie zmieni. Nie dopasowujemy się do środowiska, a zamiast tego przekształcamy je dla własnych potrzeb. Jednak czy to źle? Czy jeśli nawet zużyjemy większość surowców i zanieczyścimy planetę w takim stopniu, że któreś z przyszłych pokoleń będzie miało trudności z przeżyciem na niej, fakt ten uczyni nas złymi?

Zawsze jest szansa, że uda się wynaleźć technologie, które pozwolą odnawiać zasoby w sposób efektywny bądź nawet zasiedlać inne planety. Poza tym wszelkie współczesne inicjatywy proekologiczne przynajmniej z założenia dążą do tego, żeby opóźnić tempo „starzenia się i umierania” Ziemi. To oczywiście chwalebne. Nawet jeśli my nie odczujemy bezpośrednio skutków własnej ignorancji i konsumpcyjnego trybu życia, odczują to z pewnością nasi potomkowie. Dlatego oszczędzamy surowce, wspieramy recykling, opowiadamy się za ekologicznymi akcjami. Wszystko co ma swój początek musi mieć również swój koniec. Tak, jak i każde z nas umrze, również i nasza planeta pewnego dnia „zamknie oczy” (przynajmniej dla gatunku ludzkiego). Tak, jak dbamy o własne zdrowie, staramy się zachować jak najdłużej własne życia, tak samo naturalną jest troska o Ziemię. Być może to co napisałem obraża logikę czytelników, gdyż niejasne jest czy popieram ekologię, czy też pogodziłem się z nieuchronną zagładą planety i gardzę losem przyszłych pokoleń. Postaram się zatem uczynić to jeszcze bardziej niejasnym, cóż, musimy porozmawiać o zdrowym egoizmie.

Mam przyjaciela, który bardzo lubi drażnić wegetarian. Na swoje nieszczęście (a na ich szczęście) nie spotyka ich tak wielu. Poza aurą swojej złośliwości jest to bardzo dobry człowiek. Nie znam nikogo, kto wcinałby tak wiele kurczaków, jak ten jegomość, ale jak sam mi kiedyś powiedział, stare zasady kulturystyki są bezlitosne i bez mięsa o wiele trudniej o postępy w tej dziedzinie. Teraz, w sezonie zimowym, we wnętrzu blaszanego garażu na swojej działce urządził legowisko ze starych koców i słomy dla bezpańskich kotów. Koty często przechodzą przez ogrodzenie i dzięki dosyć szerokiej szparze pod garażem przedostają się tam. Poza tym, czy zima czy lato, dzięki temu, że nie jest wegetrianinem ani weganem, zawsze ma w swoim domu trochę mięsa, wędlin lub mleka i czasami dokarmia koty, jak widzi je na ogródku. Kto wie, ile mysich żyć ocalił sycąc koty resztkami z obiadu. Poza tym żyje bardzo oszczędnie, zbiera nakrętki, segreguje śmieci itd., podejrzewam, że nie jeden „zielony” nabawiłby się kompleksów, gdyby wdał się z nim w dyskusje na ekologiczne tematy.

Miałem kiedyś innego znajomego (już go nie ma na tym świecie). Człowiek ten w ogóle nie interesował się ekologią. W zasadzie sam skrót „eko” był dla niego bzdurnym wymysłem ludzi, którzy nie mają planów na swoje życie. Dużo palił i „częstował” glebę petami podczas swoich spacerów, czasami urozmaicał również życie trawy papierkiem po batoniku lub butelką po napoju. Nie będę wymyślał żadnych ekologicznych kwestii na jego obronę. Nie będę mówił o tym, że np. sadził drzewa lub brał biedne psy ze schroniska. Prawda jest taka, że jego własny pies zmarł, bo mimo nalegań rodziny nie zabrał go na czas do weterynarza. Mimo powyższego, jedynie głupiec mógłby powiedzieć, że był on złym człowiekiem. Miał swoje wady, nie zgadzałem się z nim w wielu sprawach, ale mimo wszystko był to jeden z najbardziej inteligentnych i dobrodusznych ludzi, których spotkałem w życiu. Cały swój czas poświęcał dla bliskich, także dla lokalnej społeczności. Tam skąd pochodził, ludzie go szanowali i mówili o nim same najlepsze rzeczy.
pixabay.com
pixabay.com


Chcieliście porozmawiać o egoizmie. Zdrowym egoizmie. Prawda jest taka, że wegetarianin, który odmawia jedzenia mięsa nic nie zdziała dopóki będzie ktoś, kto będzie chciał kupić mięso. Może zdziałać troszkę, jeśli przekona do swoich racji jak największą grupę ludzi (przekona przykładem i argumentami, nie krzykiem i poczuciem wyższości); może zdziałać jeszcze więcej, gdy poprzez różnego typu organizacje lub świat polityki wpłynie na to, aby zwierzęta hodowlane mogły mieć bardziej godziwe życie oraz mniej bolesną śmierć.
Jeżeli podczas sobotniego wypadu ze znajomymi dumnie odmówi kebabu mówiąc, że w ten sposób chroni/ratuje jakiekolwiek zwierzę, będzie zasługiwał jedynie na śmiech swoich znajomych. Niech zaadoptuje zwierzę ze schroniska, wtedy realnie uratuje konkretne istnienie od zapomnienia i śmierci. Niech zainteresuje się losem bezpańskich zwierząt w swojej okolicy, niech zrobi cokolwiek, podczas czego będzie vis a vis ze zwierzęciem i bezpośrednio mu pomoże, bo zakup sałatki zamiast hamburgera nie wpłynie na lepszy los jakiejkolwiek istoty. Może zostać nawet dziennikarzem śledczym i wpływać na zamykanie ubojni, które łamią przepisy. Możliwości ma wiele, ale słowa pozostaną tylko słowami i nigdy nie zastąpią działania.

Mówmy dalej o egoizmie, to takie piękne słowo i zazwyczaj tak źle kojarzone. Tyle ludzi niemal płacze mówiąc o tym, że ten lub tamten gatunek jest na wyginięciu. Kłusownicy są źli, prawo jest złe, gatunki wymierają... No właśnie − jedynie mówi. Czy to nie hipokryzja? Jeśli ktoś chce coś zmienić to może zostać aktywistą, może wiązać się z różnymi grupami wpływu, jeździć tu i tam, przynajmniej próbować coś zmienić. Niech chociaż pojedzie do zoo, nagra przedstawicieli ginących gatunków na pamiątkę, a może nawet − pierwszy raz zobaczy je na żywo. Można też inaczej. Niech zainteresuje się losem sędziwych ludzi ze swojego sąsiedztwa. Może nawet dawno już nie był u starszych członków własnej rodziny. Przecież niektórzy starsi ludzie to również „osobniki, którym grozi wymarcie”. O ile ważniejszym jest udzielenie pomocy i wsparcia drugiemu człowiekowi od pseudo-troski o ginące gatunki zwierząt, z którymi nie ma się nic wspólnego (i tak naprawdę nie chce mieć)?

Znam Pawła. Paweł to całkiem fajny gość. Gdy jestem gościem w jego domu, mam okazję z sentymentem wspominać dawne, tradycyjne żarówki i ich silne światło. Po wejściu przepisów z UE, Paweł, jak i wielu innych zaczął kupować żarówki energooszczędne. Wiecie jakie to są żarówki, takie poskręcane, potrzebujące dłuższej chwili na zajaśnienie pełnią swej mocy. Tylko problem był taki, że Paweł ma w swoim domu dwójkę dzieci (i pieska). W przeciągu może roku dwie takie żarówki uległy potłuczeniu, a jak wyczytał Paweł − zawierały one różne świństwa, przede wszystkim rtęć. Zatem dla ochrony zdrowia rodziny (oraz pieska) zrezygnował z nich na rzecz żarówek tradycyjnych. Przepisy przepisami, ale w wielu marketach wciąż można dostać zwykłe żarówki o różnej mocy (również 100W) ze śmiesznym oznakowaniem, że np. nie nadają się do lamp lub, że są dla celów kolekcjonerskich (i tym podobne omijanie prawa − Polak potrafi, jak to mawiają). Może jakiś ekolog krzyknie, że Paweł jest taki niedobry, bo marnuje niepotrzebnie prąd, a chwilę później ten sam ekolog przejdzie się na rynek swojego miasta, aby zrobić sobie fotkę w otoczeniu tysięcy lampek − elementu świątecznych ozdób. Cóż, Paweł sam płaci za swój prąd, a zresztą − jak już mówiłem − to całkiem fajny gość.
pixabay.com


Lubię obserwować, jak ludzie piszą na papierowych transparentach sprzeciw przeciwko wycince drzew, a wolnych chwilach strajku czytają codzienną prasę. Lubię również Agatę, to jedyna kobieta, którą lubię słuchać, gdy opowiada o swoim wegetarianizmie (niestety lubi też mówić o polityce w dość dziwny sposób, więc czasami muszę się ewakuować podczas moich spotkań z nią).
Większość wegetarian to ludzie świadomi tego co spożywają, bacznie obserwują etykiety produktów, ale nie Agata. Agata z buzią pełną słodyczy, którym nie jest obca m.in. żelatyna, opowiada jak bardzo ją przeraża fakt, że można by spożywać jakieś części zmarłego zwierzęcia. Może bywam złośliwy, ale czasami złośliwość jest jedyną formą obrony przeciwko głupocie tego świata.

Może powiecie, że miałem mówić o zdrowym egoizmie, a nigdzie nie napisałem o nim wprost. No dobrze, czas na konkluzje.

Jesteśmy pasożytami dla ekosystemu, budujemy domy, jeździmy samochodami, używamy współczesnej technologii. Nie każdy może żyć jak amisze i to jest w porządku. To, że zużywamy zasoby Ziemi dla celów cywilizacyjnych również jest w porządku. Sposób, w jaki to robimy − niekoniecznie i tutaj wkracza ekologia. Zdrowy egoizm polega na tym, że każdy jest odpowiedzialny za swoje życie. Martwisz się o planetę? Bolejesz nad losem zwierząt lub surowców naturalnych? Błąd. Dopóki nie podejmiesz konkretnych działań, aby coś zmienić − mijasz się z życiem. Nie każdy może być ekologicznym aktywistą i nie każdy jest stworzony do tego typu działań. Zaakceptuj status quo. Następnie zrób coś, co uczyni ten świat lepszym miejscem. To nie musi być coś z przedrostkiem „eko”, to może być pomoc drugiej osobie lub stworzenie czegoś, co przyniesie korzyści dla społeczeństwa.

Najprościej jednak jest zwrócić się ku innym, własnej rodzinie, znajomym, a nawet tym nieznajomym i wyciągnąć pomocną dłoń. Zdrowy egoizm polega na tym, że wiesz na co nie masz wpływu, a na co masz i akceptujesz to lub rzeczywiście próbujesz zmienić. Nie warto się nabierać na to co próbują nam wciskać inni, nieważne czy to będzie lifestyle'owy mainstream czy ecostream. Warto postępować zgodnie z własnym sumieniem i być po prostu dobrym człowiekiem, wtedy często to co dobre (np. zachowania proekologiczne) zdarza się tak jakby przypadkiem, jest jedynie dodatkiem.
Daniel Sobczyński




Moim zdaniem
Nie jestem przeciwnikiem ekologii?
Ocena (4.0) Oceń:
Pasaż zakupowy