Zatruta żywność i toksyczne kosmetyki. Fałszowanie produktów ma długą tradycję

Jeśli z przerażeniem patrzycie na skład wysoko przetworzonych produktów i kosmetyków, wiedzcie, że nasi przodkowie mogli po byle przekąsce zejść z tego świata.



Fałszowanie żywności na masową skalę jest obecne w produkcji od zawsze. Niemal każdy dodawał coś do ciasta, pieczywa, kosmetyków czy napojów, aby produkt wyglądał ładnie lub ciekawie pachniał. Dla przykładu: importowana herbata z Chin mogła zawierać nie tylko suche liście, ale również apetyczną posypkę w postaci barwnika – steatytu i błękitu pruskiego. Przedsiębiorcy, handlarze korzystali z prostej metody odnawiania już raz zaparzanych fusów, aby sprzedać je ponownie, jako świeży produkt. Oszukiwanie produktów, a`la sok malinowy bez malin? Na początku XX wieku wykryto, że był sprzedawany cydr rzekomo wytwarzany z koncentratu jabłkowego, a w rzeczywistości składał się z cukru, aromatu owocowego i barwnika anilinowego. Jak widać, z biegiem lat pewne problemy nie zostały rozwiązane.

Słodki problem

Jedzenie powinno kusić zmysły. Nie bez powodu masowo barwiono więc słodycze, aby miały atrakcyjne kolory. Do cukierków i lizaków dodawano chromian ołowiu, błękit pruski czy związki miedzi i arsenu. W 1858 roku William Hardaker, właściciel straganu w Bradford, mocno podtruł 200 osób, a 20 przypadkowo zabił, oferowanymi przez siebie słodyczami. Trucicielami okazały się niewinne z wyglądu miętowe pastylki, które powinny zawierać olejek miętowy, cukier i gumę. W ówczesnych czasach cukiernicy lubili jednak przyoszczędzić na cukrze, gdyż był bardzo drogi, stosując zamiast niego nieszkodliwy gips lub sproszkowany wapień. W tym przypadku za pomyłką stał aptekarz, który zamiast wypełniacza, sprzedał omyłkowo arszenik.

Problem z cenami cukru spędzał sen z powiek również piwowarom. Nawet piwosz nie mógł spokojnie umoczyć wąsów w piance. W procesie „oszczędnej” produkcji glukozy,do przetworzenia sacharozy, używano kwasu siarkowego, który z reguły otrzymywano z pirytu – a z niego pochodził arsen. Pod koniec 1900 roku w Manchesterze miejscowe piwo z arsenem przyczyniło się do śmierci 70 osób.

Jeszcze wcześniej, bo w XIX wieku, pewien piwowar z Cantenbury handlował piwem wyrabianym ze śrutu słodowego, wywaru gorzelnianego, kwasji, opium, aframonu, kwasu siarkowego i innych, trujących substancji. Piwowar, jako że był jednocześnie wyższym urzędnikiem, wywinął się ostatecznie spod wysokiej kary. Dziekan kapituły katedry Cantenbury, przyjaciel piwowara uznał, że sprawę dotknęła jedynie piwoszów mocnego trunku, co było okolicznością łagodzącą, a jednocześnie przestrogą dla innych, rządnych wysokoprocentowych napojów.

W grudniu 1859 roku sześć osób w Clifton zatruło się arszenikiem, który znalazł się w słodkich, korzennych bułeczkach. Okazało się, że cukiernik został wprowadzony w błąd przez aptekarza. Cukiernik chciał nabyć chromian ołowiu, aby bułeczki miały apetyczny, żółty kolor, a tymczasem dostał arszenik. W aptece można było nabyć zarówno produkty lecznicze, jak i potencjalnie trujące, tyle że oba rodzaje były umieszczone na tej samej półce, bez dodatkowych oznaczeń – o pomyłkę nie było zatem trudno.

Zabójcze piękno

Pogoń za wieczną młodością prowadzi czasem na manowce. Arszenik wykazuje właściwości lecznicze, o ile wiadomo jak go stosować.

Na początku XIX wieku, kiedy w aptekach pojawił się roztwór arszeniku, o silniejszym działaniu niż chinina, Brytyjki zaczęły go pić dla poprawienia kondycji cery i przedłużenia młodości. Arszenik szybko wkroczył na kobiece salony. A to za sprawą nasączonego arszenikiem lepu na muchy, który moczono w wodzie, aby odzyskać z niego truciznę. Arszenik pojawiał się w składzie płynów i kremów rozjaśniających. Arszenik dodawał urody kobietom, nawet po ich śmierci – balsamowano nim zwłoki, dzięki czemu skóra nabierała jaśniejszego odcienia, a ciało stawało się bardziej „żywe”, czyli na tyle giętkie, by ułożyć je w naturalnej pozycji.

Karierę robiła również biel ołowiana, która służyła do rozjaśniania twarzy, oraz popularna trutka na szczury – tal który służył za depilator. Po pierwszej wojnie światowej tal wykorzystywany był do leczenia liszaja obrączkowego, który atakował skórę głowy. Uboczny efekt takich terapii – pacjenci, razem z liszajem, tracili również włosy. Tę właściwość próbował wykorzystać producent depilatora Koremlu Cream, który owszem, trwale usuwał owłosienie, ale dodatkowo powodował trwały uszczerbek na zdrowiu. Firma promowała swój preparat jako całkowicie bezpieczny, a nawet wspomagający pielęgnację skóry. Osławiony przypadek depilatora był szeroko opisywany w medycznych publikacjach. Jedną z ofiar kosmetyku była 28-letnia pielęgniarka, która w 1938 roku trafiła do szpitala z zaburzeniami widzenia. Jak się okazało, kobieta przez 14 miesięcy aplikowała na twarz Koremlu i mimo iż po prawie roku stosowania kosmetyku zaczęła mieć poważne problemy ze wzrokiem, trudności z czytaniem, chodzeniem, traciła włosy na głowie, nadal smarowała się kremem do depilacji. Na szczęście zmiany chorobowe okazały się częściowo odwracalne, ale nie mieli takiego farta. Producent kremu ostatecznie zbankrutował z powodu konieczności wypłaty odszkodowań dla schorowanych klientów.

W latach 30-tych w Stanach Zjednoczonych śmiertelne żniwo zebrał tusz do rzęs Lash-Lure, który zawierał w sobie anilinę w stężeniu 30-krotnie przekraczającym dopuszczalną dla zdrowia dawkę. Tusz zabił jedną osobę (przypadek „Pani Brown”, która w wyniku zakażenia zmarła na posocznicę), szesnaście oślepił, a wiele innych przyprawił o owrzodzenia górnych powiek.

Z kolei osoby, które chciały wybielić sobie zęby Bleachodent, zapewne zaskoczyło ich, że zamiast perłowego uśmiechu mają spalone dziąsła i język. Preparat bowiem zawierał wysoką zawartość kwasu siarkowego i kwasu solnego.

Problemu z „toksycznymi” kosmetykami był o tyle trudny, że w XIX dotyczył najczęściej kobiet lekkich obyczajów, o których bezpieczeństwo nikt się nie troszczył. Biznes kolorowych smarowideł i wybielaczy kwitł wśród społecznego marginesu, zatem przypadki zatruć nie były szeroko komentowane. Nieoficjalnie było wiadomo, że i kobiety z wyższych sfer stosowały kosmetyki w dyskretny sposób, chcąc dorównać funkcjonującemu kanonowi piękna, w którym kobieca twarz była biała, nieskalana słońcem, bez przebarwień oraz wyprysków. Dopiero na początku XX wieku, wraz z rozwojem przemysłu, emancypacją kobiet i dostrzeżeniem faktu, że kobiety i ich kosmetyki napędzają przedsiębiorczość, a produkty bez medycznej kontroli stwarzają realne niebezpieczeństwo, zaczęto zwracać uwagę na skład produktów, pomimo sprzeciwu firm farmaceutycznych, które nie chciały łączyć „medycyny piękna” z produktami leczniczymi.

Współczesne igranie z ogniem

Trudno wyeliminować wszystkie trujące substancje z naszego otoczenia. Przez progi naszych gospodarstw domowych przenosimy litry trucizn pod postacią środków czystości. W XIX wieku sytuacja była jasna. Do wyrobu mydła używano sody kaustycznej, lep na muchy czy trutki na szczury zawierały arszenik, a do czyszczenia i szorowania stosowano siarczany miedzi i żelaza. Później był pewien problem z ołowiem, który znajdował się w farbach, rurach, oraz z arsenem w tapetach (jedną z teorii na temat śmierci Napoleona było zatrucie klejem do tapet zawierającym arsen). A teraz? Mamy wybielacze, detergenty, środki owadobójcze, rozpuszczalniki, preparaty dezynfekujące, toksyczne farby, panele podłogowe o wątpliwym składzie, sztuczne wykładziny czy wyroby tytoniowe.

Paradoksalnym przykładem jest poduszka powietrzna w samochodzie, która służy do ratowania życia. Standardowa poduszka zawiera azydek sodu – czynnik generujący gaz w poduszkach powietrznych). Poduszka wypełnia się w momencie ogrzania substancji, która rozkłada się na metaliczny sód i gazowy sód, co nie jest niebezpieczne dla zdrowia i środowiska. Problemem są jednak niekontrolowane wycieki oraz utylizacja samochodu, którego poduszki powietrzne zawierają azydek sodu.

Obecnie coraz więcej marek samochodów rezygnuje ze stosowania azydku sodu w poduszkach powietrznych na rzecz mniej szkodliwych związków. Trudno jednak o uzyskanie konkretnych informacji na ten temat od koncernów samochodowych, które zasłaniają się tajemnicą handlową. Azydek sodu był powszechnie stosowany w poduszkach jeszcze w połowie lat 90-tych XX wieku, zatem kupując starszy samochód jest duże prawdopodobieństwo, że trafimy na poduszkę powietrzną z azydkiem sodu.
Karolina Wnęk „Organic” 3(6)2011, www.organicmagazine.pl
wykop.pltwitter.plfacebook.pl
Oceń: Drukuj

Pasaż zakupowyprzejdź do pasażu pasaż

Ogłoszenia - ekologia.pl
Pasaż zakupowy