Skąd tyle złych emocji w odniesieniu do ekologizmu? | ekologia.pl
Ekologia.pl Środowisko Ochrona środowiska naturalnego Powrót polskiego antyekologizmu

Powrót polskiego antyekologizmu

W głównych polskich mediach o ekologizmie jest tylko schizofrenicznie: w rozważaniach teoretycznych wiedzę ekologiczną można wprawdzie utożsamiać z nowoczesnością, ale konkretne rozwiązania proekologiczne i ekologów trzeba wyklinać jako samo zło, ekoterroryzm i blokowanie rozwoju kraju, i to czynione jakoby w interesie obcych sił.

fot. dreamstime

fot. dreamstime
Spis treści


Od ćwierć wieku trwa mozolne budowanie nowej świadomości i zmierzanie do innego świata, postindustrialnego i postkapitalistycznego (D. Korten 2002. Świat po kapitalizmie (korporacyjnym) – alternatywa dla globalizacji). Częścią tego procesu był rozkwit prośrodowiskowego myślenia (ekologizmu), co skutkowało szeroką edukację ekologiczną oraz stopniową ekologizacją polityki gospodarczej. Udało się zatrzymać lub przyhamować kilka niebezpiecznych trendów tak w skali światowej (odlesianie i utrata gleb, zahamowanie zanieczyszczania powietrza, w tym zatrzymanie rozrostu dziury ozonowej), jak i krajowej (poprawa stanu rzek, odbudowa lasów po kwaśnych deszczach, zatrzymanie melioracji osuszających, ograniczenie emisji przemysłowych, itp). Niestety, z czasem determinacja w tym kierunku poczęła słabnąć, a wraz z pojawieniem się neoliberalizmu jako powracającej ideologii znowu poczęły się mnożyć wypowiedzi o ekologizmie naładowane niechęcią i uprzedzeniami.

Skąd tyle złych emocji w odniesieniu do ekologizmu?

Ujmując rzecz historycznie, najpierw obserwowaliśmy w świecie pojaw naiwnego i  przesadnego „ekologizmu radykalnego”, dość utopijnego (Giddens A. 2001. Poza lewicą i prawicą). Potem w USA i Wielkiej Brytanii wyłoniła się z zapomnienia orientacja neoliberalna powiązana z rewolucją konserwatywną. Z czasem jej elementy ideologiczne stały się głównymi hasłami na sztandarach anglosaskiej prawicy widzącej m.in. zagrożenie dla swego bogacenia się w nawołujących do umiarkowania i pewnej „ascezy” poglądach lewicy, alterglobalistów i zielonych. Konserwatyści powrócili do traktowania przyrody i środowiska jako rzekomo niewyczerpywalnego źródła zasobów. Zwolenników Rozwoju Zrównoważonego, jako przeszkadzających w tym rabunkowo krótkowzrocznym podejściu, zaczęto oskarżać o wszelkie zło, podważając główne objaśnienia naukowe z zakresu ekologii i klimatologii (kwestionując ocieplenie klimatu i założenia ochrony przyrody), a uwypuklając finansowy aspekt gospodarki, przy tym ukrywając jej koszty środowiskowe i społeczne. W r. 1995 uczeni i filozofowie związani z Nowojorską Akademią Nauk starając się powstrzymać tę falę antynaukowości i antyekologizmu zorganizowali kontr-konferencję pod tytułem „Ucieczka od Nauki i Rozumu”. Dokładniej przedstawia to książka profesorów z Uniwersytetu Stanforda, Paula i Anny Ehrlichów, „Betrayal of the Science and Reason” (1996), której główne myśli przybliżyłem polskim czytelnikom („Dzikie Życie” nr 12/1, 2006/07). Odwrót w amerykańskiej polityce od protestanckiej uczciwości, a także narastanie kłamliwości mediów, opisał w swej książce prezydent B. Obama (2008) „Odwaga nadziei”. To zwyrodnienie mediów wkrótce przyszło i do nas, stając się główną formą przekazu. Nawet w Wielkiej Brytanii, kraju uprzednio przodującym pod względem wdrażania wiedzy ekologicznej do gospodarki, nasiliła się walka o rabunkową maksymalizację zysków.

Technokraci skupieni wokół lobby przemysłowo-militarnego znów poczęli ochronę środowiska postrzegać jako przeszkodę w bogaceniu się. Doszło do zdumiewającego paradoksu: oto alterglobaliści, ekolodzy i zieloni głoszą dziś hasła oszczędności, prostoty życia oraz solidarności z istotami słabszymi (co przypomina pierwszych chrześcijan i wyjątkowego ich kontynuatora Alberta Schweitzera), natomiast liczni dzisiejsi chrześcijanie walczą zawzięcie o maksymalne wzbogacenie się. Bogacenie się tu na Ziemi, nie dbając o nagrodę w życiu pozagrobowym i to nawet wtedy, kiedy ten rozbuchany hedonizm, przedtem przypisywany lewicy, bywa znowu realizowany kosztem ludzi biedniejszych, cierpienia zwierząt, degradowania środowiska, oraz kosztem ograniczania szans rozwojowych następnym pokoleniom.

W świetle powyższego nie dziwi, że koncern paliwowy Exxon Mobile przeznaczył 820 tys. dolarów dla antyekologicznych organizacji, aby hałaśliwymi demonstracjami dostarczyły prez. G.W. Bushowi pretekstu do nieuczestniczenia w Szczycie Ziemi w Johannesburgu (r. 2002). Naciskały na jego administrację, by odcięła się od owej konferencji i działań ONZ, wycofując znaczną część pomocy dla krajów najuboższych. Na tę pomoc „bogobojne” Stany Zjednoczone i takież Włochy przeznaczają ledwie po 0,14% swego budżetu, gdy bardziej laickie kraje skandynawskie aż cztero- do sześciokrotnie więcej. Kto tu bardziej dba o bliźnich?

Nawrót antyekologizmu w Polsce

Początek transformacji ustrojowej w Polsce przyniósł silne ożywienie w ochronie środowiska i przyrody, podbudowane ustaleniami stron w ramach obrad Okrągłego Stołu. Skutkowało to szeroką edukację proekologiczną realizowaną wysiłkiem całego systemu edukacji, placówek naukowych, organizacji pozarządowych, czasopism przyrodniczych, części administracji państwowej, Przedsiębiorstwa „Lasy Państwowe”, itp. Potem jednak nakłady na taką edukację znowu zmalały, a od kilkunastu lat rozwinął się przeciw niej swoisty sabotaż w głównych mediach. Wraz z zapanowaniem i u nas neoliberalizmu, i to w mediach, internecie, a nawet w pismach łowiecko-leśnych, poczęły się mnożyć negatywne opinie o ekologizmie i o rzekomo nierealistycznym Rozwoju Zrównoważonym. Jest ich już więcej niż niegdyś wypowiedzi chwalących wszystko co ekologiczne. W tym przejawia się zasadnicza różnica pomiędzy wczesnymi latami 1990-tymi, kiedy po antyekologizmie peerelowskim Polska na krótko znalazła się wśród krajów deklarujących zdecydowaną dbałość o środowisko i przyrodę, a obecną postawą naszego kraju jako unijnego hamulcowego.

Bezrefleksyjne naśladowanie amerykańskiej kontrrewolucji konserwatywnej przyszło do nas po roku 1997, i to z jednoczesnym odrzuceniem i ekologizmu i socjaldemokratycznego modelu kapitalizmu skandynawskiego, bliskiego równie szybko zapomnianej „społecznej gospodarce rynkowej” Kościoła katolickiego. A jeszcze w r. 1995 we wrocławskim Klubie Inteligencji Katolickiej nie tylko pytano o to „Jaki model kapitalizmu w Polsce?” (tytuł tomiku pod red. Marii Dębowskiej), ale zdecydowanie opowiadano się za drogą socjaldemokratyczną. Wkrótce potem krajowe władze centralne, administracja terenowa, gremia techniczne oraz ogólnokrajowe media znowu uznały ekologizm za hamulec w rozwoju. Choć ewidentnie nie zaszkodził on rozwojowi krajów sąsiednich, jak Niemcy, Austria, czy cała Skandynawia. Szybko zapomniano o edukacji ekologicznej (kontynuowanej tylko wśród dzieci i młodzieży, choć ostatnio też mocno okrojonej w programach szkolnych) i o zamieszczonym w Konstytucji RP  (art. 5) zapisie, iż nasza gospodarka winna być rozwijana według zasady Rozwoju Zrównoważonego, czyli trwałego (inaczej ekorozwoju). Czyli nie jak w klasycznym kapitalizmie i socjalizmie, obu dość podobnie opartych na rabunkowym i nieustającym wzroście gospodarczym nazwanym przez niektórych ekonomistów „gospodarką kowbojską”. Dziś, po latach, nie tylko ze strony mającej kłopoty z zatrudnianiem wykwalifikowanych przyrodniczo kadr administracji lokalnej i regionalnej, ale także z kręgu władz centralnych, padają wypowiedzi określające zwolenników ekologizmu nie inaczej, jak „szkodników”, „ekoterrorystów”. Kiedyś ich poprzedników W. Gomółka oskarżał o wysługiwanie się „imperialistom”, gdy teraz jakoby wysługują się Rosjanom i Gaspromowi. Także my, przyrodnicy zawodowi, od ponad stulecia znani ze swego patriotyzmu i oddania dla idei ochrony ojczystego dziedzictwa przyrodniczego, nagle rzekomo przestaliśmy być obywatelami współodpowiedzialnymi za nowoczesną wizję gospodarczo-społeczną, a konkretnie, za wdrażanie unijnego modelu gospodarki opartej na wiedzy, innowacyjności i dalekowzrocznym zrównoważeniu. Czy jest w tym logika? Tak, ale logika bezwzględnej walki o maksymalne zyski dla garstki najbardziej chciwych.

Powstawały i powstają organizacje, książki oraz witryny internetowe o takim nastawieniu. Przykładowo, ze strony Wirtualnego Nowego Przemysłu (www.wnp.pl, nr 28) można się dowiedzieć, że „ekolodzy” (bez zdefiniowania kogo ten termin obejmuje!) są winni: – zwiększonym kosztom projektu Rospuda (choć to drogowcy i lobby białostockie upierało się przez 15 lat przy najdłuższej, szkodliwej dla trzech parków narodowych i najdroższej wersji polskiego odcinka Via Baltica, zakwestionowanej przez UE),  – wielkim kosztom konferencji klimatycznej w Poznaniu (choć organizował ją polski rząd wraz z innymi krajami, nie ekolodzy), –  temu że autobusy Ikarus okropnie dymią (choć nie ekolodzy je produkują ani zakupują), –  winni są straszenia obywateli jakoby „bezpodstawnymi kłamstwami o ociepleniu klimatu”. A dr T. Teluk, choć ani nie politolog ani klimatolog, wie nadludzko, że Unia Europejska zginie bo „kieruje się pseudonaukową teorią” i „dogmatem o ociepleniu klimatu”, oraz dlatego, że „globalne ocieplenie to polityczny i biznesowy szwindel” (Ekran z 9.12.2011). Nie otrzeźwia go to, że już ok. 20 światowych gremiów naukowych, ogromna większość czołowych klimatologów, oraz czasopisma Nature i Science, potwierdziły istotny wkład ludzkości w globalne ocieplenie. O absurdalności owych zarzutów pisał klimatolog prof. Z.W. Kundzewicz w wypowiedzi pod znamiennym tytułem „Globalna bzdura o globalnym spisku” (Gazeta Wyb. 8.02.2010). Można sprawdzić, co sądzi o tym zjawisku oficjalna nauka w podręczniku Kundzewicza i Kowalczaka 2008 Zmiany klimatu i ich skutki, w książce Giddensa 2009/2010 The Politics of climate change (Klimatyczna katastrofa), czy w artykule przeglądowym (Tomiałojć 2011 Ile niepewności w kwestii ocieplenia klimatu. Nauka 2: 95-108). Tak wykoślawione zarzuty podobne są do tych formułowanych przez niemających odrobiny przyzwoitości internautów, jakoby to akurat ekolodzy byli winni wszystkiemu, mimo że… nigdzie ich nie ma. Bo ludzi o wykształceniu ekologicznym nie ma ani w organach ustawodawczych, ani w administracji rządowej, ani w samorządowej, ani w sądownictwie, a nawet już tylko nieliczni –  bo stopniowo eliminowani – są jeszcze w gremiach doradczych. Widać są szkodliwi nawet wtedy, kiedy ich nie ma.

Niestety, ale i zawodowi ekolodzy, zwłaszcza profesorowie i doktorzy, są trochę winni takiej nagonce. Winni są swą biernością temu, że w Polsce bezkarnie rozpowszechnia się tak piramidalne bzdury, jakie niekiedy powiela strona www.wnp.pl i jej „znachorzy” od ekologii i klimatologii. Jak i temu, że niezrównoważonych ataków na ekologizm i ochronę przyrody nie brakuje w „Polityce” oraz w TV (patrz: Tomiałojć L. 2011. Wścieklizna antyekologiczna. Aura  4:25-27). W tych atakach nasi samozwańczy „eksperci” nie są przy tym nawet oryginalni, będąc bezkrytycznymi naśladowcami konserwatywnej fali zrodzonej za oceanem i już przemijającej nawet tam.

Nasilanie się antyekologizmu było i jest wspierane przez gremia starego przemysłu i koncerny paliwowo-militarne. Trwa celowe podważanie idei ekologicznych, gdyż ograniczających zyski owych lobby, choć niosących dalekosiężne korzyści społeczeństwu i środowisku. Stąd już tworzy się organizacje noszące oszukańcze nazwy (np. „Ekolodzy dla energetyki jądrowej”), czy złośliwie pisze się o „przenoszeniu zagrożonych ptaków„, zamiast wyjaśniania czytelnikom istoty kompensacji szkody przyrodniczej (która jeśli wyrządzona dla wyższej konieczności w jednym miejscu, to winna być odpowiednio zrekompensowana w innym). Wyzywa się „ekologów” od wrogów cywilizacji, bez zauważenia tego, że jeszcze większa liczba ludzi o takich poglądach w Wielkiej Brytanii, Skandynawii, czy Niemczech, jakoś tamtych krajów nie zniszczyła. Przeciwnie, imponujący rozwój gospodarczy o charakterze postindustrialnym idzie tam równolegle z rosnącą świadomością konieczności ochrony środowiska oraz budowania bardziej przyjaznych ludziom i przyrodzie osiedli zwanych ekologicznymi osadami (eco-municipalities). Co więcej, w Polsce nie słyszałem dotąd o przypadkach rzeczywistego „ekoterroryzmu”, pod którym to terminem rozumie się w świecie działania zagrażające zdrowiu lub życiu realizatorów oprotestowywanych inwestycji (D. Foreman, 2004. „Wyznania wojownika Ziemi” ). Nie są „terroryzmem” nawet hałaśliwe sprzeciwy wobec kontrowersyjnych inwestycji, skoro niejeden raz były one przez nasze sądy uznawane za zgodne z prawem.

Tryumfalizm polskiego antyekologizmu

Dziś w Polsce i w świecie nie mamy już do czynienia ze zwykłą ignorancją decydentów w kwestii ekologizmu i gospodarowania zrównoważonego. To ich postawa świadomie wroga wobec naszych przyszłościowych koncepcji, choć traktowanych poważnie w unijnym Traktacie Lizbońskim. Ta zmiana w nastawieniu rychło objęła różne szczeble administracji i niemal cały kraj, będąc imitacją amerykańskiego antyekologizmu, bo podobnego nastawienia nie widać ani w prawodawstwie europejskim, ani w praktyce czołowych krajów UE.

Jednym z ważnych elementów sprzyjających rozkrzewieniu się wojującego antyekologizmu było wydanie niesprawiedliwej publikacji profesora chemii, P. Mastalerza, „Kłamstwa  ekologiczne” (Wiadomości Chemiczne 2000, 54: 227-323 oraz w wersji książkowej w r. „Ekologiczne kłamstwa ekowojowników”, 2005). Choć słusznie sprostowano w niej kilka przesadnych lub błędnych twierdzeń paru organizacji proekologicznych (Greenpeace, WWF), to jednak ta publikacja sama okazała się przykładem informowania często bardzo dalekiego od obiektywizmu (Tomiałojć L. 2001 Histeria wokół ekologii. Wiad. Chemiczne 55:567-577).  W zapale misjonarskim, każdą interpretację (także naukową), jeśli tylko inną od własnej, jej autor nazwał kłamstwem, choć określenie to oznacza świadome podawanie nieprawdy w otoczce prawdy. Nie jest wszak kłamstwem powtarzanie w nieświadomości informacji błędnej.

Autorzy tego typu antyekologicznych publikacji nie będąc biologami, ani ekologami, ani meteorologami, jakoś wiedzą najlepiej co w ekologii, przyrodzie lub klimatologii jest prawdziwe, a co nie. To chyba w rezultacie firmowanej tytułami naukowymi ich propagandy obecnie w internecie mamy setki przepełnionych złymi emocjami wyzwisk i megalomańskich wypowiedzi. Tak zmanipulowani ludzie odrzucają m.in.  antropogeniczny w części charakter globalnego ocieplania klimatu (nie będąc klimatologami), masowe wymieranie gatunków (nie będąc biologami), tysiące ofiar Czarnobyla (nie będąc lekarzami), negatywne skutki nadużywania biocydów w rolnictwie (nie będąc gleboznawcami), itd. I to mimo że istnieją mocne dowody potwierdzające poważne niebezpieczeństwa, jak np. dokumentalny film „The Battle of Chernobyl” z udziałem M. Gorbaczowa oraz jego fizyków jądrowych-akademików i generałów, czy jak protest z r. 2005 około setki amerykańskich uczonych (w tym 23 noblistów) przeciw tendencyjnemu zniekształcaniu wyników badań naukowych przez administrację prezydenta G.W. Busha (Horgan J. 2007. Dark days at the White House. Nature 445:365-366). Ale kiedy w końcu administracja owa odstąpiła od zwalczania hipotezy o zmianie klimatu, to nie zaprzestali tego nasi naśladowcy. Widać odpowiednia instrukcja do nich jeszcze nie dotarła.

Stronnicze publikacje, jak te chemika prof. P. Mastalerza (2000 i 2005), czy  dr filozofii T. Teluka „Mitologia efektu cieplarnianego” (2008), nota bene sam ten tytuł zawiera dyskwalifikujący błąd rzeczowy (Tomiałojć 2011. Nauka 2: 95-108), stawszy się dla nieprzygotowanych przyrodniczo techników i humanistów elementarzami, wykorzeniają z umysłów Polaków wszelkie ślady po szkolnej edukacji ekologicznej. Sprawiają, że nagminnie podważa się lub ignoruje sprostowania w pismach naukowych dotyczące zmanipulowanych twierdzeń, a wyjaśnionych i w książce profesorów Anny i Paula Ehrlichów (1996), i w krajowych artykułach (np. Tomiałojć 2001 Wiadom. chemiczne; 2011 Nauka). Znamienne, że nikt z tak autorytatywnie wypowiadających się internautów nie próbował skonsultować swoich wyobrażeń z jakimś zawodowym ekologiem lub klimatologiem, doktorem czy profesorem. Przeszkadza im w tym medialna nienawiść bliźniego? Nadal ludzie ci wypowiadają się ignorancko i arogancko o różnych zjawiskach przyrodniczych i rozwiązaniach prośrodowiskowych, powielając krzywdzące zarzuty, w rodzaju tego, że to jakoby ekolodzy byli winni śmiertelnym wypadkom na ulicy w Augustowie, a nie brak tam kładki nad jezdnią. Choć ekolodzy bynajmniej nie rządzą Augustowem. Jest to szkodliwe podsycanie podziałów między obywatelami, a nie wymiana opinii zmierzająca do poznania prawdy.

W podważaniu ekologizmu celują nie tylko witryny internetowe, ale także… Polska Agencja Prasowa (PAP). Byłem świadkiem manipulacji, kiedy pięciu profesorów różnych specjalności przyrodniczych (od żywienia ludzi i zwierząt, poprzez botanikę i genetykę, a z jednym tylko ekologiem) wystąpiło w r. 2010 na konferencji prasowej w siedzibie PAP. Wykazywaliśmy słabe strony niektórych roślin genetycznie zmodyfikowanych, argumentując, że ta innowacja wymaga uprzednich badań dla poznania ubocznych skutków ekologicznych i społecznych, a nawet wydaje się być niepotrzebną dla kraju jak nasz z nadprodukcją plonów. Odbiór tych argumentów wśród dziennikarzy był życzliwy. Ale nazajutrz komunikat PAPu  aż 9 razy powtórzył w krótkim tekście podjudzający zwrot „ekolodzy przeciw GMO”. Profesorowie nie będący ekologami domagali się sprostowania, ale PAP nie prostuje swoich enuncjacji, będąc jak się okazuje tworem bezkarnym. Nie obowiązuje go ani prawo prasowe, ani zasada bezstronności!

Kiedy w sąsiednich krajach nie tylko lekarze, rolnicy i leśnicy, ale także niektórzy technicy, ekonomiści i fizycy (np. F. Capra 1987. Punkt zwrotny; lub doradca naukowy rządu brytyjskiego dr. D. King, albo prezydent B. Obama) podchwycili ideę budowania nowej cywilizacji opartej na wiedzy systemowej (ekologicznej), to u nas uczonych-ekologów nie dopuszcza się do wypowiedzi publicznych na jakikolwiek poważniejszy temat. Skutecznie ośmieszono też młodych zwolenników ekologizmu, a ludziom uzależnionym od mediów wmówiono, że nie jest ważne co się mówi, a tylko KTO to mówi. Ten sprzeczny z zasadami i nauki i demokracji sposób dyskursu poczynił wielkie spustoszenia w umysłach. Polska staje się „reżimem medialnym”, jak Włochy Berlusconiego, który to system wprawdzie bardzo się różni od reżimu Mussoliniego, ale nie we wszystkim korzystnie. Zdaniem Umberto Eco (2007. Rakiem – Gorąca wojna i populizm mediów) propaganda Mussoliniego nie była skuteczna, bo wszyscy trzeźwi na umyśle ludzie mieli ją za kłamstwo. Natomiast dzisiejsze manipulacje medialne z tabloidów i z TV łyka bezkrytycznie 90% społeczeństwa, i tylko 10% ludzi stać na wyrobienie sobie niezależnego zdania. Tyle U. Eco. W Polsce trend ten nasilił się dodatkowo z braku mediów lewicowych, zwykle bardziej sprzyjających ekologizmowi. Choć z tym bywa już różnie, bo i część lewicy uległa urokowi myślenia wyłącznie merkantylnego.

Świadomości ekologicznej wciąż nie ma też wśród naszych przywódców. W przeciwieństwie do prezydenta V. Havla, u nas nawet tuż po udanych w zakresie ekologii uzgodnieniach Okrągłego Stołu, w expose ani jednego z premierów nie pojawiło się wyraźne stanowisko w ważnych sprawach ochrony środowiska. Przeszkodą w realizacji owych porozumień stało się wkrótce potem faworyzowanie diametralnie odmiennego podejścia związanego z liberalizacją gospodarki (Juchniewicz S. 1993  w: Biul.”Ekologiczny Okrągły Stół po trzech latach”).  A jeszcze później niektórzy z premierów za swoimi doradcami już otwarcie krytykowali rzekomo nadmierną ochronę przyrody, ewidentnie nie wiedząc co mówią, bo mamy jej obszarowo akurat znacznie mniej niż kraje sąsiednie.

Ekologia.pl poleca
Fot.: Wisła, królowa polskich rzek - czy znów przegrodzi ją zapora? (boaedon.pl)
Ochrona środowiska naturalnego
Krótka historia pewnej tamy
Ochrona środowiska naturalnego
Globalne ocieplenie do poprawki

Czy tak już być musi?

Powiedzmy otwarcie: abiologizm był i pozostał naszą narodową specjalnością, jako że nierzadko nasi ludzie z wykształceniu technicznym lub humanistycznym wręcz szczycą się niewiedzą o „trawkach i żabkach”. Jakby żyli w 18. stuleciu, a nie w okresie narastającego kryzysu środowiska. Antyekologizm może też mieć swe archaiczne korzenie w odwiecznym szyderstwie okazywanym w Polsce każdej nowej myśli, w tym myśli postindustrialnie-ekologicznej. Dziś znów ma się liczyć tylko wzrost gospodarczy oraz zysk bogatszych, a nie jakieś tam dobro większości, ani dobro przyszłych pokoleń. Dodajmy do tego gnuśność intelektualną, lękliwość i służalczość sporej części inteligencji, a zrozumiemy powody pozostawania naszego kraju w ogonie innowacyjności. Żadnej dalekowzrocznej wizji czegoś nowego. Niszczy to naturalny optymizm młodego pokolenia wypędzając najaktywniejszą młodzież na emigrację. Co jeszcze bardziej pozbawia naszą populację cech aktywności, samodzielności oraz ideowości. Koło paraliżu społecznego się zamyka, i to wcale nie z powodu nadmiaru ekologizmu.

A tymczasem spory o ekologizm nie są akurat najtrudniejszymi z konfliktów. Można by je rozwiązać ugodowo, wystarczyłoby równoprawne traktowanie stron. Bez dzielenia na „państwowych” obywateli A (nieomylnych technodespotów) oraz „antypaństwowych” obywateli B (nie zatrudnianych w administracji petentów, w tym przyrodników). W sąsiednich Niemczech administracja państwowa wręcz programowo wspiera powstawanie, jako sprzymierzeńców, silnych merytorycznie i administracyjnie organizacji pozarządowych, dla fachowego opiniowania w zakresie oddziaływania inwestycji na środowisko. U nas organizacje takie traktuje się jak „sabotażystów” wobec jakoby półboskiej twórczości technicznej, wprawdzie niezbędnej, ale nieraz bez potrzeby niszczącej środowisko. U nas „państwem” są tylko kręgi technofilne i merkantylofilne, zwykle zdumiewająco krótkowzroczne i bezideowe. Nigdy nie są nim zaś kręgi obywateli o perspektywicznym myśleniu prospołecznym i proekologicznym, bo te drugie gremia są stygmatyzowane „antypaństwowością”, choć to akurat ci obywatele dbają o ponadpokoleniową ciągłość istnienia społeczeństwa i naszego środowiska naturalnego. Ten polski anachronizm wiedzie do narastania zapóźnienia cywilizacyjnego kraju, poprzez wmuszanie rozwiązań gigantomańskich, przestarzałych, zagrażających środowisku, a co gorsze – blokujących akurat rozwiązania bardziej przyszłościowe. Widać to choćby w zakresie energetyki stawiającej na najbrudniejsze źródła energii (węgiel brunatny) lub najniebezpieczniejsze, drogie i uzależniające od zagranicy (energetyka jądrowa), zamiast na nowe technologie i nie lekceważone gdzie indziej rodzime odnawialne źródła energii. Podobnie w transporcie (samobójcze i karygodne zaniedbanie transportu kolejowego), czy w zakresie rolnictwa (zaniedbywanie najwydajniejszej – wg noblistki Elinor Ostrom – jego formy spółdzielczej, a stawianie bezkrytycznie na prywatne majątki i gigantyczne fermy hodowlane rozwijane przez ignorujących skutki środowiskowe i społeczne technodespotów-latyfundystów).

To nie ekologizm hamuje rozwój naszego kraju, w jego dalekowzrocznej wersji zrównoważonej, lecz akurat jego przeciwnicy.


Prof. zw.dr hab.Ludwik Tomiałojć (ur. 1 stycznia 1939 w Michałkoniach k. Wilna, zm. 26 czerwca 2020 we Wrocławiu) – autor 296 publikacji (9 książek), b. wykładowca ochrony przyrody, ekologii i rozwoju zrównoważonego na kierunku Ochrona Środowiska. Były członek Rady Ekologicznej przy Prezydencie RP (L.Walesa) Był przewodniczącym Komitetu Ochrony Przyrody PAN, były przewodniczący Polskiego Kom. Światowej Unii Ochrony Przyrody i członkiem Państw. Rady Ochrony Przyrody.


4.9/5 - (7 votes)
Subscribe
Powiadom o
4 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

A ja i tak będę jadł kiełbaski i szaszłyki nie mówiąc o golonce.

co kolwiek bysmy nie mysleli i kimkolwiek nie byli to nie da sie zyc bez natury; bez drzew ptakow wody tej w kranach i tej w morzach rzekach i oceanch ;teraz gdy klimat sie zmienia kazda roslina jest taka wazna i potrzebna a dbanie o srodowisko to nasz wspolny obowiazek

Krew może zalać. Przyroda i zwierzęta są takie piękne, można wspaniale odpoczywać w naturze ale grupa „myślących inaczej” widzi tylko swoje wątpliwe interesy. Niedobrze się robi.

Czy istnieją jakieś organizacje ANTYekologiczne, które sprzeciwiają się tej nowej religii ekologicznej?