Katastrofy ekologiczne w wizjach apokalipsy

Pragnienie odkrycia tajemnicy powstania otaczającego nas świata zrodziło się w ludzkim umyśle w chwili, gdy człowiek zdołał zrzucić okowy, które nakładała nań pierwotna, jedyna i przytłaczająca troska o zaspokojenie podstawowych potrzeb bytowych. Wraz z pytaniem o początek wszechrzeczy, nabierającym z czasem charakteru sporu ideologicznego, pojawił się oczywiście problem kresu znanej nam rzeczywistości. O ile uzyskanie odpowiedzi na pierwsze pytanie zaspokoiłoby w zasadzie jedynie naszą ciekawość i utwierdziło światopogląd, to zagadnienie tzw. końca świata rysowało się i wciąż rysuje bardziej realistycznie, gdyż może dotyczyć człowieczego „tu i teraz”.



Fot. Getmilitaryphotos/ShutterstockFot. Getmilitaryphotos/Shutterstock


Naturalną koleją rzeczy zaczęto tedy wypatrywać na ziemi i na niebie znaków, które – jak usiłowano wierzyć – pozwoliłyby przewidzieć czas ostatecznej zagłady, czyli apokalipsy. Echa tych obserwacji znajdujemy w dawnych mitologiach i w tradycjach kultury wielu ludów, a także w objawieniach znanych przed wiekami wizjonerów. Ciągle podejmowane są próby nowych interpretacji zachowanych tekstów proroctw z nadzieją, że poznana zostanie nie tylko końcowa data i poprzedzające ją zwiastuny, ale także droga ratunku.
Nie wdając się tu w dyskusję o sensie tych poszukiwań i o wartości samych przekazów, trzeba jednakowoż stwierdzić, iż poczesne miejsce w apokaliptycznych wizjach zajmują katastrofy i plagi, które w istocie mogą doprowadzić do zagłady rodzaju ludzkiego na Ziemi.

Obraz ostatnich chwil ludzkości kojarzy się nam na ogół z biblijnymi proroctwami, zwłaszcza z objawieniem św. Jana. Niejeden las wycięto, aby wyprodukować papier, na którym starano się objaśnić symbolikę tej wizji. Oczywiście znamy też doskonale przepowiednie związane z końcem cyklu w kalendarzu Majów. Niezliczone publikacje i katastroficzne filmy wyeksploatowały ten temat chyba już do samego dna absurdu.

W minionych tysiącleciach dość licznie powstawały naturalnie i inne proroctwa dotyczące końca dziejów, które jednak nie zyskały aż tak wielkiej popularności. Niechaj więc to one staną się przedmiotem naszego zainteresowania. Znajdziemy w nich zadziwiająco wiele wspólnych elementów i inspiracji, a kluczowym czynnikiem niejednokrotnie okaże się aktywność człowieka.

Pośród grożących naszej planecie klęsk szczególną grozę wzbudzała wizja gwałtownych zmian klimatycznych, powodujących niebywałą aktywność żywiołów. 

W dawnych – przed X wiekiem – przepowiedniach skandynawskich (Ragnaroek) czytamy np. o wielkim mrozie (Fimbulvinter - trzyletnia zima), który ma ogarnąć cały świat. Mają też wtedy wystąpić ogromne opady śniegu i gigantyczne sztormy zalewające lądy aż po górskie szczyty, a temu wszystkiemu będą towarzyszyć podziemne wstrząsy. Mieszkańcy północnych krain – czemu zresztą trudno się dziwić – właśnie w morderczym dla ludzi, zwierząt i roślin oziębieniu klimatu (Wiek Północnych Wiatrów) widzieli zapowiedź końca, który ma być konsekwencją morderczej bitwy między zastępami bogów i siłami zła. W walce tej polegną obie walczące strony, a przy okazji zniszczeniu ulegnie Niebo i Ziemia. Łatwo dostrzec tu analogię z opisanym w Biblii Armageddonem, czyli ostatnią bitwą złych władców Ziemi z samym Bogiem. W tym przypadku zło przegra i nastanie Dzień Sądu Ostatecznego. Niektórzy współcześni interpretatorzy chcą widzieć w tych opisach zapowiedź nuklearnej zimy, która ma nastąpić po wielkiej bitwie z użyciem broni jądrowej. Ragnaroek niesie jednak w sobie również promyk nadziei, gdyż według tego mitu po dniach zagłady nastąpi odrodzenie: z morskich odmętów ponownie wyłonią się lądy i powstanie nowy, lepszy świat.
Friedrich Wilhelm Heine tak właśnie wyobrażał sobie Ragnaroek: Battle of the Doomed Gods (by Friedrich Wilhelm Heine, 1882). Źródło: Friedrich Wilhelm Heine (1845-1921)., Public domain, via Wikimedia Commons
Wielka woda

Rozwinięty wątek powodzi znajdujemy w przepowiedniach Quetzalcoatla (przed objęciem władzy Ce Acatl Topiltzin), tolteckiego króla, kapłana i astrologa żyjącego w X wieku na obszarze środkowego Meksyku. To jemu przypisuje się autorstwo astrologicznego kalendarza zw. Tonalamatl i związanej z nim „Księgi przeznaczenia”. Otóż Pierzasty Wąż – tak tłumaczymy imię mędrca – uważał, iż „sądny dzień’ nadejdzie w wyniku potopu, spowodowanego dla odmiany szybkim globalnym ociepleniem. W innym miejscu czytamy też o niszczącym wszystko ogniu.

Na oceaniczne fale z niepokojem patrzył już dużo wcześniej św. Kolumba (Columcille), żyjący w VI wieku Irlandczyk, założycieł klasztoru w Hy na wyspie Iona i autor wielu rękopisów. Ponad trzydzieści lat pielgrzymował on po terenach Szkocji, nawiedzając Hebrydy, Orkady i Szetlandy. Nieobce były mu także Wyspy Owcze i Islandia. Wszędzie tam prowadził działalność misyjną. Ów świętobliwy mnich w jednej ze swoich proroczych prac zanotował, że na siedem lat przed dniem ostatecznym morski wylew w jednej chwili pochłonie Irlandię. 

Nadchodzącą zagładę w morskich odmętach wieszczył w roku 1555 Grecji, Azji Mniejszej i – w roku 1557 – południowo-zachodnim terenom Anglii znany wszystkim doskonale Nostradamus, autor „Centuries astrologiques” (wyd. w 1555 r.), który na dodatek zapowiadał jeszcze wielką suszę w południowej Europie i Afryce oraz trzęsienie ziemi w środkowej Azji.

Pisze on też o mającym nastąpić ogromnym wzroście temperatury, w wyniku którego zginą ryby w morzu, jeziorach i rzekach. Do proroctw twórcy „Les Propheties” (wyd. w 1557 r.) jeszcze wrócimy.

O morskich nawałnicach i zalewających lądy oceanicznych falach wspomina również św. Hildegarda z Bingen, niemiecka benedyktynka żyjąca w XII wieku. Była to kobieta fascynująca, niezwykle wykształcona i niepokorna. Podczas długiego życia korespondowała z cesarzami, papieżami i królami oraz najwybitniejszymi intelektualistami swoich czasów.
 Miniatura zaczerpnięta z rękopisu opery Liber divinorum autorstwa Hildegardy de Bingen. Źródło: Creator:Hildegard von Bingen, Public domain, via Wikimedia Commons
Własne proroctwa spisała w dziele pt. „Liber Scivias Domini” podczas pobytu w Rupertsbergu opodal Bingen, gdzie przybyła ok. roku 1147. Uczona mniszka przedstawia nam obraz zniszczenia, które ma nastąpić po przejściu wielkiej komety (może komety Halleya w 2062 r.?). Trzęsienia ziemi, burze i wylewające woda mają według niej spustoszyć wówczas m.in. jakiś wielki zamorski kraj zamieszkiwany przez ludzi różnych ras, identyfikowany obecnie jako Stany Zjednoczone.  
Skoro wspomnieliśmy o ruchach skorupy ziemskiej, to musimy przypomnieć tu list słynnego Nostradamusa z roku 1557, w którym informuje króla Francji Henryka II o mających wystąpić w odległej przyszłości (twierdzono, że ok. roku 2000) wielkich trzęsieniach ziemi, spowodowanych utratą siły grawitacji, a może nawet wypadnięciem planety z orbity okołosłonecznej.

Wspomnijmy w tym miejscu o egipskich zapiskach z czasów starożytnych, interpretowanych jako zapowiedź nagłej zmiany położenia biegunów Ziemi lub przesunięcia jej osi obrotu. Dodajmy też wzmiankę o wyroczni Sybilli z II wieku p.n.e., rysującej obraz jakiejś totalnej kosmicznej zagłady życia i całej ziemskiej materii, co ma nastąpić w ciągu jednego dnia.

Na rok 1996 straszliwe, ogólnoświatowe trzęsienie ziemi zapowiadała tzw. przepowiednia warszawska z roku 1790, sporządzona przez polskiego zakonnika. Według tego dokumentu, z powierzchni ziemi miały wówczas zniknąć pewne fragmenty lądów na obszarze Włoch, Hiszpanii i Portugalii oraz Sycylii. 

Wszystkim tym dramatycznym zmianom – zgodnie z opinią dawnych wizjonerów – mają towarzyszyć lub je poprzedzać rozmaite straszne choroby i wynikające m.in. z przeludnienia klęski głodu oraz zatrucie ziemi i wody.

Zdaniem Nostradamusa, niedostatki żywności pojawią się najpierw w różnych rejonach świata (np. głód na Bałkanach w wyniku opadu „fałszywego pyłu”), aby w końcu objąć całą planetę, co ma doprowadzić do powszechnych aktów kanibalizmu.

Zauważmy, że według wspomnianej już przepowiedni skandynawskiej ludzie mają zjeść się nawzajem w wyniku głodu wywołanego długotrwałą zimą Fimbul. O głodzie i wielkim niedostatku pisze również św. Hildegarda, odnosząc prawdopodobnie swoje proroctwo do czasów, gdy istnieć będą Stany Zjednoczone. Podobnie zresztą sądzi XIII–wieczny wizjoner Joao De Vatiguerro, wieszcząc straszliwy głód na całym świecie, a zwłaszcza na „obszarach zachodnich”.

Dużo do powiedzenia o rozmaitych plagach miał również Nostradamus. Niektórzy znajdują nawet w jego notatkach opis symptomów AIDS. Michel de Nostredame przewidywał mianowicie, że w wyniku zarazy będącej skutkiem wojny zagładzie ulegnie większość mieszkańców świata, w wyniku czego miasta ulegną wyludnieniu i ustanie produkcja rolna. Według astronomicznych obliczeń (koniunkcja Jowisza, Marsa i Merkurego) może to nastąpić w okresie od 2012 do 2020 roku. Dość jednoznacznie brzmi XVI-wieczna przepowiednia z położonego nad wodami Laacher See opactwa benedyktyńskiego Maria Laach w Niemczech, w której czytamy o wywołanych przez człowieka niosących śmierć chmurach opadających na ziemię. Ma to być następstwem kolejnej wielkiej wojny.
Nostradamus. Źródło: Wikipedia

Z kolei żyjący w I połowie XVII wieku ksiądz Bartłomiej Holzhauser, teolog, filozof i wizjoner, proboszcz w bawarskim Tittmoning, zapisał w roku 1642 zdania o podziurawionym przez człowieka niebie, które obecnie interpretuje się jako ostrzeżenie przed skutkami uszkodzenia warstwy ozonowej. Mówi on także o zniszczeniach i wszelakich plagach wywołanych wojną z użyciem nowoczesnych broni masowej zagłady. Wszystko to według jego proroczych wizji ma przetrwać jedynie niewielka grupa ludzi.

Jakiś związek z działaniami wojennymi mają zapewne słowa św. Hildegardy, która przekazała potomnym obraz północnej nawałnicy, niosącej dziwną mgłę i pył atakujący oczy i drogi oddechowe.

Bitewny zgiełk daje się także słyszeć w XIX-wiecznym proroctwie z Pasawy w Niemczech, gdzie czytamy o pękającej skorupie ziemskiej, długotrwałej zimie (nuklearnej?), trzydniowych ciemnościach, czarnym morze i trującym pyle (radioaktywnym?). Według znanego proroctwa z La Salette, objawionego 19 września 1846 roku, świat spodziewać się ma podobno efektu cieplarnianego oraz mającej wystąpić później wzmożonej aktywności sejsmicznej i wulkanicznej. Tak w każdym razie niektórzy objaśniają zapowiedziane zjawiska.

Zatrucie atmosfery, zniszczenie wszelkich plonów i wyjałowienie gleby wieszczyli podobno również aleksandryjscy wyznawcy mitycznego boga-filozofa Hermesa Trismegistosa w pierwszych wiekach naszej ery.

O spadających kometach, trujących chmurach i dodatkowo o zabójczych dla ludzi, palących promieniach (podobno miało to nastąpić w roku 2000) wspomina też znana nam już „przepowiednia warszawska”. A niezawodny w tych sprawach Nostradamus dodaje wzmiankę o padającym wszędzie wokół lodowatym rdzawym deszczu

Zabijający ludzi i zwierzęta czarny deszcz miał natomiast widzieć w swoich objawieniach jasnowidz Brahan (Jasnowidzący z Brahan), specjalizujący się w proroctwach dla Szkocji. Prawdopodobnie żył on w XVII wieku (ur. ok. 1650 r.) i nazywał się Coinneach Odhar Fionsiche. Pracował w posiadłości Brahan – stąd miano. W niektórych źródłach występuje jako Kenneth MacKenzie; utożsamiany jest też niekiedy z Keanochem Owirem, skazanym za czary w roku 1577. W przepowiadaniu przyszłości miał mu pomagać odpowiednio obrobiony fragment meteorytu. Dzięki swoi wizjom zyskał pieniądze i sławę w całym kraju, ale w końcu zaprowadziły go one na stos, gdzie zginął w wyniku oskarżeń o praktyki czarnoksięskie. Widać musiał biedak zapomnieć o międzynarodowej mądrości ponadczasowej, która głosi, że lepiej jest nie wiedzieć i nie widzieć zbyt wiele.

Próby rozdarcia nieprzeniknionej zasłony przyszłości na ogół jednak kończyły się mniej tragicznie, niż w przypadku Brahana. Zwykle bowiem przezorni prorocy zapewniali sobie opiekę możnych tego świata, a ich przepowiednie były zwykle na tyle mgliste, niejednoznaczne i dotyczyły tak odległych czasów, że dopiero post factum udawało się dopasować zdarzenie do wróżby. Niegdyś celowała w tym Sybilla, a później mistrzostwo w tej materii osiągnął Nostradamus. Wszelkie objawienia precyzujące czas i miejsce wypadków często zresztą ośmieszały i kompromitowały wróżbitę. Mamy na to wiele przykładów wśród "modnych" jasnowidzów z XIX i XX wieku.

W naszym przypadku wiarygodność i „sprawdzalność” przepowiedni nie ma jednak większego znaczenia, gdyż istotniejsza jest tu sama wymowa wizji, która przecież zazwyczaj odzwierciedlała obawy tkwiące w podświadomości wizjonera, zakorzenione jednocześnie głęboko w problematyce nurtującej jego pokolenie. Były i ciągle są owe proroctwa często po prostu odpowiedzią na tzw. społeczne zapotrzebowanie. A tu – niestety – jak na dłoni widzimy wciąż te same ludzkie błędy, wady i przywary oraz ten sam strach przed ich końcowym efektem, prowadzącym prosto ku zatraceniu.

Zgodnie z takim podejściem do sprawy, przewidywana zagłada mogła być zatem wymierzoną przez bóstwo karą za grzechy albo po prostu stanowić przyczynowo-skutkową konsekwencję określonego działania człowieka.
Wydaje się zatem, że już przed wiekami ludzie intuicyjnie zdawali sobie sprawę, iż został im oddany we władanie niezwykle czuły i precyzyjny mechanizm, jakim jest Ziemia i – co więcej – doskonale pojmowali swą nieporadność w sterowaniu nim. Stąd zresztą brały się rozliczne próby znalezienia właściwej „instrukcji obsługi”. Z tego też powodu rodził się odwieczny lęk człowieka przed przyjęciem pełnej odpowiedzialności za losy świata. Obawy te towarzyszą ludzkości do dnia dzisiejszego, gdyż trudno jest przecież pewną ręką prowadzić ziemską nawę poprzez kosmiczne otchłanie nie posiadając patentu sternika. Może więc trzeba – niektórzy czynią to z ochotą – na razie pogodzić się z myślą, że ktoś inny ciągle jeszcze dzierży ster, zna trasę i cel podróży?
Ekologia.pl (Marek Żukow-Karczewski)
Ocena (3.7) Oceń: