Upadek kowboja

hummerFot. sxc.hu

Hummer, niepraktyczny gadżet, którego popularność wyrosła na militarnej modzie, przegrywa z nowym fetyszem zachodniego świata – ekologią



Moje pierwsze spotkanie z hummerem. Noc, centrum Warszawy. Wyrasta przede mną wielka, żółta, lśniąca cegła na kołach, która nie mieści się na pasie ruchu. Pasuje jak pięść do oka.

Zaczęło się od „Pustynnej burzy”. Pierwsza od czasów II wojny akcja „sprzymierzonych” przeciw „złemu” była wielką operacją medialną. Na zdjęciach z Kuwejtu i Iraku amerykańscy żołnierze poruszali się wozami niepodobnymi do poczciwych dżipów. Samochody nazywały się Humvee – od HMMWV (High Mobility Multipurpose Wheeled Vehicle – wielozadaniowy pojazd kołowy o dużej zdolności przemieszczania się). Duże, kanciaste budziły respekt i zaufanie.

Auto jak młot
Amerykański AM General, producent samochodu, miał nosa. Auto zapragnął kupić Arnold Schwarzenegger, filmowy Terminator i kawał chłopa. Trudno o lepszą reklamę. Już w 1992 roku do sprzedaży trafiła cywilna wersja wozu, z wyczuciem nazwana Hummer (co wymawia się podobnie jak hammer – młot).

Auto idealnie wpasowało się w panujący za oceanem szyk. Po dekadzie bezpłciowych, zaokrąglonych karoserii znów można było kupić samochód po staremu amerykański; spełniający wymogi tamtejszej gigantomanii.

Hummer szybko wywalczył sobie miejsce wśród dóbr pożądanych. Pojawił się w garażach gwiazd Hollywood, sportowców i w teledyskach raperów. Był niepraktyczny i drogi jak długaśne limuzyny i świadczył o próżności właściciela. Bo mimo warunków do jazdy w terenie rzadko kiedy zjeżdżał z asfaltu.

– USA to wciąż kraj na dorobku – tłumaczy Andrzej Markowski, psycholog transportu. – Społeczeństwo bez tradycji musiało stworzyć wyznaczniki statusu. Stąd umiłowanie wielkiego, mocnego samochodu zapewniającego poczucie niezależności i bezpieczeństwa. Nie wjadę czymś takim w teren, ale gdyby było trzeba, jestem gotowy. To auto jest jak ubranie kowboja: buty, kapelusz i skórzane spodnie.

Pierwsze hummery przy swoich monstrualnych rozmiarach (2,2 metra szerokości i 1,9 wysokości!) były niewygodne nawet w Ameryce. Nie mieściły się w garażu, kabina i wnętrze były zbyt spartańskie. W 2002 roku zrodził się więc Hummer H2, nieco węższy i wyższy, bardziej przypominający SUV-a niż pojazd wojskowy. Trzy lata później dołączył doń mniejszy H3 („ledwie” 199 centymetrów szerokości) opracowany z myślą o Europie.

Oba trafiły fatalnie. H2 wszedł na rynek niedługo po zamachach z 11 września. Rozpoczęła się wojna w Afganistanie, potem w Iraku. Ceny ropy poszybowały. Producenci skoncentrowali się na autach mniej paliwożernych. A ośmiocylindrowy silnik trzytonowego monstrum spalał 30 litrów na setkę. Dziennikarze, którzy jeździli hummerami, narzekali też, że nie czuć w nich mocy, kiepsko hamują i prowadzi się je jak taczkę.

Brudasa nie chcemy
Hummer stał się za to pożądanym gadżetem. Sprowadzone do Polski nieliczne egzemplarze (za ponad 400 tysięcy złotych) są do dziś wynajmowane na śluby, używane w akcjach promocyjnych. Krążącym po Opolu czarnym hummerem Tatiana Okupnik zachęcała do oddawania głosów na jej kandydaturę w konkursie piosenki; wymalowanym w kwiaty Mandaryna promowała nową płytę. Wszystkich przebiła Doda, zamawiając przedłużaną, różową wersję auta z zestawem do karaoke. W tym samym czasie pogrążony w kryzysie rynek bezlitośnie weryfikował zasadność istnienia zjawiska o nazwie Hummer.

Auto razem z innymi równie paliwożernymi smokami z napędem na cztery koła trafiło na celownik ekologów. Dbające o wizerunek gwiazdy show-biznesu zaczęły kupować pojazdy hybrydowe albo elektryczne. Nie chciały być kojarzone z samochodem, który demonstracyjnie przyczynia się do globalnego ocieplenia. Od 2006 roku sprzedaż hummerów drastycznie zmalała z 80 do 9 tysięcy sztuk w roku 2009.

General Motors, który w 1998 roku kupił prawa do marki, 10 lat później postanowił się jej pozbyć. Zainteresowanie wykazywali Chińczycy, którzy zresztą produkują kopie wojskowego humvee. W październiku 2009 roku spółka Tengzhong zgodziła się zapłacić 150 milionów dolarów za Hummera. Na przeszkodzie stanął jednak chiński rząd, który oświadczył, że nie chce u siebie fabryki samochodów zanieczyszczających powietrze – choć dotąd zdawał się nie przywiązywać dużej wagi do ochrony środowiska. Pod koniec lutego GM zdecydował o likwidacji marki.

– Dzisiaj hummer, a raczej humvee, nie spełnia wymogów pola walki – tłumaczy Wojciech Drzewiecki z instytutu Samar badającego rynek samochodowy. – Kiepsko chroni przed minami. A gdy upada wojskowa część linii, nie ma sensu utrzymywać cywilnej.
Hummer dostał więc dwa ciosy – nie chce go już armia, bo jest za słaby. Nie chcą go gwiazdy, bo za bardzo brudzi. W ciągu zaledwie kilku lat dawne zalety znikły albo zamieniły się w uciążliwe wady.

Została tylko legenda.
Autor: Max Suski
Źródło: „Przekrój” 11/2010
Ocena (3.8) Oceń:
Pasaż zakupowy