Nie przetrwamy w świecie odizolowanym od przyrody. Wywiad z Grzegorzem Młynarskim

Źródł: KwiatkiBratkiKwiatkibratki to inicjatywa, w ramach której organizowane są wydarzenia i akcje, związane z sadzeniem i pielęgnacją miejskiej, balkonowej, przydomowej, własnej, wspólnej i niczyjej zieleni.

Mamy dziś do czynienia z pewnym paradoksem: zielone tereny zielenią się coraz częściej pod okiem zaangażowanych mieszkańców i urzędników, podczas gdy szare miasta i ich dzielnice, brudne osiedla, zakorkowane centra utrwalają swoje status quo, likwidując ostatnie wolne miejsca, w których jeszcze do niedawna rosła zielona trawa – mówi w wywiadzie dla Ekologia.pl Grzegorz Młynarski, założyciel pracowni Kwiatkibratki.

Joanna Szubierajska: Co Panu najbardziej przeszkadza w polskich miastach?



Grzegorz Młynarski: Miasta gwałtownie rozwijają się, zwiększają swoją objętość i zagęszczenie zabudowy. Przybywa coraz więcej biurowców, osiedli mieszkaniowych i parkingów. W tym samym czasie powierzchnia terenów zielonych kurczy się. W wyniku tego procesu w polskich miastach ubywa coraz więcej drzew, skwerów i trawników. Mamy dziś do czynienia z pewnym paradoksem: zielone tereny zielenią się coraz częściej pod okiem zaangażowanych mieszkańców i urzędników, podczas gdy szare miasta i ich dzielnice, brudne osiedla, zakorkowane centra utrwalają swoje status quo, likwidując ostatnie wolne miejsca, w których jeszcze do niedawna rosła zielona trawa.

Bez żywych terenów zielonych jakość życia w mieście drastycznie spada: nie przetrwamy zbyt długo w świecie odizolowanym od
Bez żywych terenów zielonych jakość życia w mieście drastycznie spada: nie przetrwamy zbyt długo w świecie odizolowanym od przyrody.
przyrody. A Polskie miasta już dziś cierpią z powodu zanieczyszczenia powietrza. Ma to związek z najwyższym wskaźnikiem zagęszczenia ruchu samochodów wynoszącym dziś 2126 samochodów na km2. To, co nie jest zauważalne gołym okiem, widać na przyrządach do pomiaru zanieczyszczeń – a te pokazują, że powinniśmy zacząć się bać.

Według normy Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) minimalna powierzchnia terenów zielonych powinna wynosić 50 m2 na jednego mieszkańca aglomeracji miejskiej, tymczasem według danych Głównego Urzędu Statystycznego z 2008 roku, w najlepiej wypadającej pod tym względem Bydgoszczy (z miast wojewódzkich), na jednego mieszkańca przypada 36 m2 zieleni miejskiej, w Szczecinie jedynie 9,2 m2.

Czyli faktem jest, że miejska zabudowa dramatycznie się zagęszcza, nie pozostawiając miejsca na obszary zielone. Co można zmienić, by ludziom żyło się lepiej?

Wytyczne dotyczące minimalnej ilości zieleni na danym obszarze wpisane są w plany zagospodarowania przestrzennego pod hasłem zieleń miejska. Zieleń miejska z definicji: to wszystkie tereny biologicznie czynne umieszczone na terenie miasta. Ale zieleń zieleni nie równa! I chociaż uschnięty 2-letni grab w za ciasnej donicy przez miasto ewidencjonowany jest jako drzewo, daleko mu do 50-letniego dębu – fabryki życiodajnego tlenu lub chociażby zielonej ściany gęstej i nieśmiertelnej hedery – pogromczyni samochodowego smogu i kwaśnych deszczy. Będzie nam się wszystkim lepiej żyło, jeśli będziemy pamiętać o tym, jaką funkcję pełnią rośliny w miejskim ekosystemie.

Technologicznie mamy zdecydowanie więcej możliwości niż dwie dekady temu i nawet przy większym zagęszczeniu zabudowy moglibyśmy oferować mieszkańcom odpowiednią ilość zieleni – problem w tym, że nie wszyscy dostrzegają w tym wartość.

Gdy brakuje miejsca na skwery alternatywą pozostają zielone ściany – zarówno wzdłuż chodników, jak i wewnątrz dziedzińców czy nawet na balkonie. Wertykalne ogrody, zarówno te kwiatowe, jak i warzywne robią furorę na całym świecie.

Władze Toronto uchwaliły ustawę nakazującą deweloperom aranżację zieleni na dachach wszystkich nowych budynków. Łatwo można wyobrazić sobie sytuację, w której miasto oglądane z lotu ptaka wygląda dokładnie tak samo, jak tereny wiejskie, z tą różnicą, że poszczególne elementy przestrzeni znajdują na różnych wysokościach a drogi je rozdzielające są daleko w dole. To tak, jakby miasto wyniosło naturalny krajobraz nad pierwotnie uformowany poziom. Zielone dachy łagodzą klimat miejski: obniżając temperaturę tzw. wysp ciepła, zatrzymując wody opadowe, zwiększając tym samym wilgotność powietrza i odciążając kanalizację miejską, wzbogacają powietrze w tlen, zmniejszają zawartości CO2. pochłaniają pyły i gazy z powietrza, zmniejszają hałas uliczny i działają jako dodatkowa izolacja dachu, zarówno termiczna jak i chroniąca pokrycie dachu przed uszkodzeniami zewnętrznymi.

Od czego w takim razie zacząć?

Zmianę polskich miast na zielone musimy zacząć od edukacji. Edukacja i świadomość ogrywają bardzo ważną rolę w procesie kształtowania zachowań, a te bezpośrednio przekładają się na decyzje dotyczące przestrzeni publicznej.

Zielone dachy, lasy, łąki i pola w miastach… Na jakich miastach się wzorować? Skąd czerpać inspiracje?

Warto zwrócić uwagę na projekt Omotesando Farmco – to japońska farma, która wyróżnia się na tle europejskich i amerykańskich gospodarstw zakładanych na dachach. By zapewnić dostawę świeżej żywności, obniżając jednocześnie koszty magazynowania i transportu, Iimura Kazuki otworzył w Tokio pierwszą podniebną plantację ryżu. W centrum ekskluzywnej dzielnicy handlowej i mieszkaniowej powstało gospodarstwo oferujące szesnaście działek rolnych, które wspólnoty mieszkaniowe mogą wynajmować dla mieszkańców. Zastosowane tam mokre pola, które konieczne są do uprawy ryżu, pokazują, że miejski krajobraz można dziś przekształcać dowolnie. Jak widać, zbliżamy się do sytuacji, w której miasto i znajdujące się w nim budynki, zaczynają stanowić podesty pod ogrody, parki, pola, stawy, pewnie niedługo też lasy, jeziora i plaże.

Na terenach silnie zurbanizowanych, gdzie gęsta zabudowa uniemożliwia tworzenie parków i skwerów pojawiają się dziś nowe
Zbliżamy się do sytuacji, w której miasto i znajdujące się w nim budynki, zaczynają stanowić podesty pod ogrody, parki, pola, stawy, pewnie niedługo też lasy, jeziora i plaże.
rozwiązania takie jak na przykład jak wertykalne ogrody przy stacji Edgware Road czy ławki ParkedBench z systemem modułowych donic z bujną roślinnością – obydwie realizacje w Londynie. Warto przyjrzeć się także projektowi The Kitchen Community, w ramach którego rocznie powstaje kilkanaście ogrodów warzywnych zlokalizowanych przy szkołach na terenie całych Stanów Zjednoczonych. Ogrody te nie tylko są źródłem warzyw i owoców do szkolnych stołówek, ale jak za dawnych czasów są uprawiane przez uczniów i nauczycieli, co pozytywnie wpływa na integrację i wiedzę uczniów o świecie roślin. Rolnictwo miejskie jest głęboko zakorzenione w kulturze i pojawiało się w miastach od wielu wieków, na przykład jako ogrody przy zakonach. Analizując współczesną historię miast można dostrzec rozkwit ogrodów społecznych.

Dzięki takim rozwiązaniom standard miejskiego życia znacząco wzrasta, często na nieuświadamianym przez mieszkańców poziomie. Krajobraz staje się bardziej naturalny nie tylko w sferze estetyki dostępnej dla zmysłu wzroku, ale także w sferze doznań odbieranych pozostałymi zmysłami. Skutki zmian są odczuwalne na co dzień bez konieczności wyjeżdżania z miasta w ucieczce przed smogiem i hałasem. Miejskie ogrodnictwo to niewątpliwie powrót do korzeni i do natury; to przyjemna alternatywa spędzania czasu z przyjaciółmi: pozwala fizycznie zostać w mieście, chociaż idee tam uprawiane dalekie są od postępującej i coraz szybciej urbanizacji.


Czy można w to włączyć koegzystencję zwierząt?

Rośliny w mieście pełnią funkcję ozdobną – taka była pierwotna przyczyna ich uprawy na terenach miejskich – ale to tylko jedna z licznych korzyści, które daje ludziom ich sąsiedztwo. Gdy dodamy do tego tereny wodne, parki, miejskie pasieki, zielone dachy i ściany oraz inteligentne systemy oszczędzania energii i zarządzania wodą deszczową – miejskie życie zacznie przypominać raj atrakcyjny nie tylko dla człowieka, ale też dla zwierząt. Co więcej, jak dobrze wiemy, bez niektórych gatunków rośliny wcale by nie przetrwały – mowa tu głównie o ptakach i owadach zapylających. To dzięki ich obecności w mieście możemy wciąż oddychać tlenem i chronić się w cieniu drzew. W naszym interesie powinna być koegzystencja i utrzymywanie jak najdłużej takich warunków, w których uda nam się zachować symbiozę.

Jest Pan współzałożycielem pracowni Kwiatkibratki, która m. in. zachęca mieszkańców do wspólnych działań w mieście – do sadzenia kwiatów, siania trawy. Skąd pomysł na taką działalność?

Kwiatkibratki to inicjatywa, w ramach której organizujemy wydarzenia i akcje, dostarczamy produkty i usługi związane z sadzeniem i pielęgnacją miejskiej, balkonowej, przydomowej, własnej, wspólnej i niczyjej zieleni. W ten sposób chcemy pokazać, że polskie miasta mogą być zielone od chodników po dachy… i że powrót do natury może odbyć się w symbiozie z miastem i rytmie, który dyktuje miasto. Dzięki nam każdy może zostać miejskim ogrodnikiem. Ten pomysł i ta wiara dały nam impuls do działania.

Każdy chce w mieszkać w przyjemnej ładnej okolicy, ale nie każdemu chce się działać, wpływać na swoje otoczenie. Jak mieszkańcy miast reagują na takie inicjatywy?

Mieszkańcy polskich miast coraz większą wagę przywiązują do warunków, w jakich na co dzień mieszkają, przemieszczają się czy
Polskie miasta mogą być zielone od chodników po dachy… i że powrót do natury może odbyć się w symbiozie z miastem i rytmie, który dyktuje miasto.
pracują. Wzrost świadomości na temat jakości powietrza, roli zieleni w mieście czy też estetyki przestrzeni publicznej sprawia, że obywatele zaczynają brać sprawy w swoje ręce. Wierzę, że ruch oddolny ma sens, ale wciąż potrzebuje wsparcia zarówno merytorycznego, jak finansowego. Dziś wszyscy potrzebujemy poważnej debaty na temat tego, jak na nowo zdefiniować role organizacji pozarządowych, instytucji państwowych czy korporacji i ich pracowników w procesie rozbudowy polskich miast. To oczywiste, że duży może więcej, dlatego doceniam ideę stworzenia takiego ekosystemu, w którym panują sprzyjające warunki do zapraszania mieszkańców do współtworzenia przestrzeni publicznej. To bardzo ważne, gdyż wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to jak wyglądają polskie ulice, miejsca spotkań i odpoczynku oraz w jakim kierunku będą się rozwijać.

Jak miasto reaguje na takie działania?

Miasto, „stety” i niestety, przyjmie wszystko. To taka bardzo pojemna i plastyczna tkanka. Z jednej strony to cieszy, gdy mieszkańcy sami biorą sprawy w swoje ręce i sprawiają, że szare do tej pory przestrzenie stają się zielone. Z drugiej strony, pewna zrywowość i tak zwany eventyzm powodują, że te oddolne działania mają krótkotrwały charakter. A rośliny, ogród, zieleń wymaga systematyczności. To jest największe wyzwanie, z którym obecnie się mierzymy. Wiemy na pewno, że bez pomocy lokalnych liderów, organizacji pozarządowych, czy wspólnot mieszkaniowych trudno będzie działać na dłuższą metę. I władze miast, które dostrzegły potencjał w samoorganizacji się mieszkańców, też  o tym doskonale wiedzą – tworząc takie inicjatywy jak budżet obywatelski dbają o to, by realizowane w ramach jego działania miały charakter długofalowy.

Jest Pan Jurorem w konkursie Lechstaretera, który ma zachęcić społeczności do wprowadzenia pozytywnych zmian w miejskim otoczeniu. Czego oczekuje Pan oczekuje od uczestników konkursu?

Od uczestników programu LECHSTARTER oczekuję przede wszystkim tego, że proponowane rozwiązania zostaną stworzone w dialogu z mieszkańcami, na podstawie nawet małej diagnozy, która pokaże, że proponowane zmiany zdecydowanie podniosą
Nowoczesne miasta muszą być przyjazne, zdrowe i czyste – będą takie, gdy będą zielone.
komfort i pozytywnie wpłyną na zdrowie mieszkańców, przyczyniając się do zwiększenia bioróżnorodności i poprawy estetyki. Oczekuję też, że rozwiążą jeden z poniższych problemów: zanieczyszczonego powietrza, cieplnych wysp, zbyt dużego zużycia wody, szarej (niezielonej) przestrzeni, braku dostępu do ekologicznych upraw, zmniejszania się gatunków rzadkich ptaków lub owadów zapylających.

To jak wyglądają miasta teraz wiemy. Jak w takim razie powinny wyglądać miasta przyszłości?

W Raporcie ONZ „Resilient People, Resilient Planet: A future worth choosing” na temat zrównoważonego rozwoju przeczytamy, że ponad połowa mieszkańców naszej planety mieszka w miastach. Ponieważ urbanizacja jest procesem nie dającym się powstrzymać, do 2050 roku na terenach silnie zurbanizowanych zamieszka ponad 70 procent ludzi. Jednocześnie małe ośrodki miejskie i wsie ulegają nieustającej transformacji – co raz częściej wraz z rozbudową infrastruktury drogowej i zagęszczeniem zabudowy znikają naturalne oazy zieleni, czy dawno stworzone skwery.

Miasta przyszłości to miasta oparte na rozwiązaniach, w których nowe technologie działają na korzyść przyrody, jednocześnie wykorzystując potencjał tkwiący w naturze. Rozwiązania oparte na technologii internetu rzeczy (IoT; Internet of Things) sprawiają, że zarówno ogrodnictwo, leśnictwo, jak i rolnictwo zaczynają zmieniać się w sektory oferujące inteligentne rozwiązania wykorzystywane do budowy inteligentnych miast przyszłości – Smart City. To słowo „smart” jest kluczem, bo odnosi się nie tylko do sztucznej inteligencji, ale także do mądrych decyzji i strategii rządzących. Nowoczesne miasta muszą być przyjazne, zdrowe i czyste – będą takie, gdy będą zielone.

Dziękuję za rozmowę


Grzegorz Młynarski – socjolog, badacz, projektant usług publicznych. Założył pracownię miejskich transformacji Sociopolis oraz pracownię Kwiatkibratki, w ramach której prowadzi zielone interwencje, projekty i instalacje na terenie całej Polski. Stały współpracownik Narodowego Centrum Kultury. Współtwórca programu „Nasz Ogród Społeczny", w ramach którego w całej Polsce powstają ogrody społecznościowe. Wykładowca w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie i na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.






Joanna Szubierajska, Ekologia.pl




Ocena (5.0) Oceń:
Pasaż zakupowy