Chcą nam zabrać zielone płuca Lublina. Wywiad z Magdaleną Nosek z Inicjatywy Górki Czechowskie Wietrznie Zielone - Ekologia.pl
Ekologia.pl Środowisko Chcą nam zabrać zielone płuca Lublina. Wywiad z Magdaleną Nosek z Inicjatywy Górki Czechowskie Wietrznie Zielone

Chcą nam zabrać zielone płuca Lublina. Wywiad z Magdaleną Nosek z Inicjatywy Górki Czechowskie Wietrznie Zielone

“Na Górkach Czechowskich mamy ponad 500 gatunków roślin i chronionego chomika europejskiego, którego obserwacja wymaga cierpliwości i czasu” – mówi Magdalena Nosek, aktywistka walcząca o zachowanie terenów zielonych Lublina. “To miejsce to nie tylko historia i przestrzeń rekreacyjna, ale też prawdziwy azyl dla dzikiej przyrody w mieście.”

Magdalena Nosek z Inicjatywy Górki Czechowskie Wietrznie Zielone

Magdalena Nosek z Inicjatywy Górki Czechowskie Wietrznie Zielone

Mateusz Bernacki: Jest Pani lublinianką i studiowała Pani turystykę i rekreację w Krakowie,zaczęła Pani wtedy pracę jako pilot wycieczek i przewodnik, mieszkała i pracowała w Chorwacji, północnej Grecji, na Krecie, w Paryżu i 9 lat w czeskiej Pradze.

Magdalena Nosek:  Tak mi się zdarzyło. Brzmi to pięknie teraz.

MB: Deklaruje się Pani jako miłośniczka przyrody historii i ludzi, dlatego Pani z nimi pracuje.

MN: To się zgadza.

MB: Od 2010 roku ponownie mieszka Pani w Lublinie i zaczęła angażować się w sprawy miejskie jako aktywistka, współorganizując liczne akcje i wydarzenia.

MN: Często współorganizowałam, choć nie zawsze. Najwięcej działań dotyczyło oczywiście Górek Czechowskich i szeroko rozumianej przyrody Lublina, ale było też sporo innych inicjatyw – ratowanie drzew, działania obywatelskie, wybory samorządowe. W Lublinie działa wiele środowisk i potrafimy się jednoczyć, choć wciąż jest nas za mało.

MB: Jest Pani mamą trójki dzieci. Czy to również wpłynęło na zaangażowanie w sprawę Górek?

Na pewno. To przecież miejsce, w którym moje dzieci będą żyły. Jesteśmy związani z Lublinem rodzinnie i chciałabym, żeby także w przyszłości było to miasto przyjazne – takie, w którym można korzystać zarówno z infrastruktury miejskiej, jak i z dzikiej przyrody kilka kilometrów od centrum.

MB: Jak wyglądała historia Górek Czechowskich przed 2000 rokiem?

To zależy, od jak dawna chcemy ją opowiadać, bo ślady obecności człowieka sięgają bardzo odległych czasów. Pierwsze historyczne wzmianki o obecności człowieka na górkach to jest okres kultury pucharów lejkowatych. Znaleziono tam piec do wypalania, ślady osadnictwa oraz cmentarzysko w okolicach Sławina. Do połowy XVIII wieku część terenu była pastwiskiem, a część porastał las dębowy, który stopniowo wycinano. Na mapach z końca XIX wieku tego lasu już nie ma. W czasie II wojny światowej Niemcy wykorzystywali teren jako strzelnicę, ale pozwalali rolnikom na wypas bydła – z dość osobliwym warunkiem, by usuwać krowie odchody, żeby nie przeszkadzały żołnierzom podczas ćwiczeń.

MB: Czyli strzelnica powstała jeszcze przed wojną?

Strzelnica już została zbudowana w momencie, kiedy ten teren przeznaczono na cele wojskowe, a to się stało, bo wcześniej należała do majątku dworskiego; zresztą vis-à-vis, tak jakby strzelnicy przy ulicy, dzisiaj Nowickiego, dwór się znajdował, teraz zostały tylko stupięćdziesięcioletnie lipy, które były na wejściu jakby do zabudowań. Sama strzelnica powstała w 1916 roku, tak naprawdę ta przestrzeń została podarowana Legionom Piłsudskiego, miała służyć jako poligon wojskowy i tak też się stało – tutaj ćwiczyli ci rekruci, którzy do Lublina zjeżdżali z różnych rejonów całego województwa.

M.B. Przejdźmy do okresu wojny i powojnia – to właśnie wokół tych wydarzeń toczy się dziś spór historyczny. Co tam się wydarzyło?

To jest bardzo ciekawa sprawa z tą historią wojenną Górek Czechowskich z wielu powodów, ale przede wszystkim dlatego, że to jest jedno z miejsc martyrologii lublinian i więźniów zamku lubelskiego, katowanych często pod zegarem, i mówimy tutaj najprawdopodobniej o około tysiącu pięciuset osobach, które zostały rozstrzelane w czasie drugiej wojny światowej przez Niemców w kilkunastu, może nawet kilkudziesięciu egzekucjach.

Okres drugiej wojny światowej na Górkach jest okresem szczególnie smutnym, wręcz tragicznym, o czym niewiele osób pamięta, to znaczy może teraz w ostatnich 45 latach dowiedziało się o tym, co się na Górkach działo, przynajmniej tak pobieżnie, ale do tego czasu, od okresu wojny, praktycznie ten temat był martwy, najprawdopodobniej z takiego drastycznego powodu, że oprócz rozstrzeliwań w czasie drugiej wojny światowej bezpośrednio po wojnie, w tym okresie stalinizmu, Bieruta, nie bardzo można było cokolwiek wspominać na ten temat.

Był taki pan, który nazywał się Rudolf Ostrzyński, to zwykły mieszkaniec Prząśniczki, który interesował się historią, i on pod koniec siedemdziesiątych lat obszedł cały Czechów, rozmawiając z najstarszymi mieszkańcami, i zebrał kilkaset relacji związanych z drugą wojną światową na Górkach, to jest naprawdę kopalnia wiedzy.

MB: Czyli ta wiedza nie jest nigdzie skodyfikowana, trzeba dokopywać się do archiwów?

MN: Na razie tak, sporo tej wiedzy ma też IPN, ponieważ wszystko do czego my się dokopywaliśmy, to przekazywaliśmy im. Z tego co wiem to oni niewiele więcej oprócz jakichś zdjęć KIS-owskich zdobyli.

MB: Na Górkach znajduje się krzyż legionisty i sanitariuszki z 1916 roku. Czy to rzeczywiście grób

Tak na 100 proc., to nie dowiemy się, jak to jest, ale mamy dużo przesłanek, które świadczą o tym, że jest to grób symboliczny, który właśnie powstał po to, żeby mieszkańcy nie zapomnieli, że jest to miejsce uświęcone krwią Polaków, tam kiedyś stał zwykły betonowy żołnierski krzyż, taki, jakie widujemy na cmentarzu na Lipowej, na przykład w tej części żołnierskiej, taki zwykły, prosty, betonowy, ktoś go zniszczył albo gdzieś zabrał. Ludzie postawili drewniany duży, on też postał kilkanaście lat, po czym został zniszczony. Potem mieszkańcy osiedla Tor po raz kolejny postawili w tym samym miejscu krzyż żeliwny, bardzo ładny, prosty, i on stał na Górkach naprawdę bardzo długo, do lat 2000, niestety zardzewiał, złamał się, jest wśród mieszkańców osiedla i czeka na piaskowanie i odnowienie, ale wtedy też mieszkańcy postanowili w jakiś sposób uczcić to miejsce jeszcze bardziej i zrobili grób, znamy konkretne osoby, które to robiły, postawiły tablicę nagrobną, na której napisali, że jest to właśnie grób dwóch zmarłych legionistów i sanitariuszki z 1916 roku, natomiast oni żadnej wiedzy o tym, czy to tak jest, czy nie, nie posiadali, to była tylko taka wiedza ustna.

MB:Czyli taki rodzaj miejskiej legendy?

MN: Dokładnie

MB: Dlaczego ten teren jest tak cenny historycznie i przyrodniczo?

No więc historycznie jest to rzeczywiście miejsce bardzo ważne, a bezpośrednio po wojnie ekshumowano z tego terenu 231 ciał. W przypadku kilku osób tożsamość była na pewno polska, ale byli wśród nich także Żydzi.

Były to jednak, jak się okazuje, bardziej symboliczne ekshumacje, ponieważ odbywały się zimą – było bardzo dużo śniegu, panował silny mróz, a prace trwały naprawdę bardzo krótko, zaledwie po 2 dni przy jednej takiej zbiorowej mogile, a mimo to wydobyto stamtąd tak ogromną liczbę ciał.

No i okazało się, że ten grób legionisty rzeczywiście jest grobem naszych polskich bohaterów, którzy zginęli tak naprawdę w Lublinie, często podczas pierwszych dni obrony miasta. Wskazują na to różne artefakty, które mieli przy sobie.

W terenie mamy także piękny pomnik Jerzego Kierskiego – został on postawiony przy ul. Północnej w 1996 roku i w pewnym sensie już oddaje cześć tym rozstrzelanym osobom. Natomiast przerażające jest to, że deweloper, chcąc jakby zakończyć dyskusję na temat historyczny, planuje postawienie po prostu kolejnego pomnika na środku Górek.

Widzicie – taki pomnik zupełnie nie współgrałby z placem zabaw, który zbudowano na największej, według map z lat osiemdziesiątych, mogile, i z tym właśnie w całej sprawie Górek, szczerze mówiąc, nam – obrońcom Górek – najtrudniej się pogodzić.

MB: Deweloper twierdzi, że teren nie ma szczególnej wartości przyrodniczej.

No oni bardziej chcieli wykazać, że na Górkach nie tylko nie ma nic cennego, ale w ogóle, że nic tam nie ma – tak, że 105 hektarów to według nich pustynia bądź beton. Co jest nieprawdą. Tak jak wcześniej wspominałam najpierw był to las dębowy, później pastwiska i one powolutku, sukcesywnie zarastają – jak to w przyrodzie bywa, także te łąki muraw kserotermicznych przeistoczyły się w przeróżne, okazałe, przepiękne formy, potem te łąki były już po pas, następnie pojawiły się inne gatunki roślin i całe środowisko stawało się coraz bogatsze. Obecnie jest to niesamowity teren, tak naprawdę powinno się to nazywać Wąwozy Czechowskie, a nie Górki Czechowskie, bo to jest sześć płaskich wierzchowin porozdzielanych od siebie.

MB: I symbolem Górek stał się chomik europejski. Jaka jest jego liczebność?

MN: A wiesz co, z chomikiem to bardzo skomplikowana sprawa, bo jego liczebność można badać tylko poprzez inwentaryzację. Ekstrapoluje się wyniki na całą powierzchnię badanego terenu i w ten sposób dochodzi się do jakiegoś konsensusu, ile ich faktycznie jest. To jest też wartość zmienna, bo w danym roku jakaś roślinka, na przykład koniczyna, może wystąpić bujniej, i chomiki wtedy przemieścić się o te 50–100 metrów, pozostawiając część nor pustych; nie wiadomo do końca, które są zajęte, a które nie. Obserwacja musi trwać dosyć długo, ponieważ często ukrywają się pod roślinnością, pod konarami drzew, mają różne pomysły na ukrycie się i trudno je zobaczyć tak naprawdę. Na Górkach mamy ponad 500 gatunków roślin, co jest w ogóle ewenementem miejskim i nie tylko, bo to naprawdę spora liczba, a rośliny zazwyczaj skutecznie się maskują.

MB: Kiedy w zasadzie zaczęły się działania zmierzające do zabudowy tego obszaru? Bo to już w zasadzie można powiedzieć sprawa, która trwa od dekad.

MN: Tak, Górki Czechowskie według planistów Lublina miały być przeznaczone w całości, czyli 150 hektarów, na duży miejski park, który miał służyć północnej części Lublina do rekreacji sobotnio-niedzielnej – spacer, pewnie wiesz, to dwie, trzy godziny, tu rzadko się idzie na 20 minut, żeby tylko wejść i wyjść. Tak planowano ten teren w latach 50., 60., 70., a nawet 80. czy 90. Wojsko sprzedało ten teren niefortunnie prywatnemu inwestorowi – to było Echo Investment z Kielc. Miasto Lublin miało prawo pierwokupu, a teren był wtedy ekstremalnie tani.

MB: I to jeśli się nie mylę miało miejsce około 2000 roku?

MN: W 2000 roku ten teren przeszedł w ręce prywatne, z tym że w całości wpisany do studium był jako teren zielony, publiczny, otwarty. No i kilka lat później właściciel terenu postanowił, żeby na tym terenie powstała galeria handlowa, a w zamian za te 5–6 hektarów na galerię handlową zaproponował na dwudziestu kilku hektarach sport i rekreację bez kubatur, czyli różne boiska, baseny dla mieszkańców, po prostu cuda wianki. Radni zgodzili się na przystąpienie do takiego planu i w 2005 roku tak się stało. Do 2012 roku opracowywano rzeczywiście taki plan.

Na nieszczęście dla Górek, zaraz po przegłosowaniu, ten deweloper jasno i wyraźnie powiedział, że nie będzie budował galerii handlowej, więc też nie będzie robił nic z tymi obszarami na rekreację i Górki zostały tak, jakby same sobie pozostawione, tak się wydawało opinii publicznej. Natomiast tak naprawdę już trwały prace planistyczne nad kolejnymi zmianami, ponieważ deweloper wystąpił o zmianę tych trzydziestu hektarów na sport i rekreację oraz galerię handlową na funkcję mieszkaniową i to procedowano przez wiele lat, aż w 2016 roku zupełnie niechcący dowiedzieliśmy się jako mieszkańcy o tym, zaczęliśmy bardzo intensywnie działać, żeby temu wszystkiemu zapobiec.

MB: Rozumiem, a czy mogłaby Pani coś więcej powiedzieć o referendum z 2019 roku?

MN: To było bardzo trudne przeżycie dla nas, społeczników. To był pomysł Krzysztofa Żuka, pana prezydenta Lublina, w momencie, kiedy dobiegała końca jego kampania wyborcza i zależało mu na tym, żeby coś o Górkach powiedzieć referentom. Kiedy został po raz kolejny prezydentem, rzeczywiście natychmiast przystąpił do organizowania tego referendum. Miasto ogłosiło informację, długo prezydent i deweloper wymyślali pytanie referendalne, mające bodaj 21 wyrazów, to jedno zdanie i było to masło maślane, które nie mówiło przeciętnemu mieszkańcowi zbyt wiele, a dla nas było wręcz przerażające, o czym za chwilę.

Miasto teoretycznie się nie mieszało, choć trudno to tak nazwać – pozostawiło kampanię referendalną wolną demokratycznie, ponieważ zdjęcia, które umieszczano na przykład na stronie dotyczącej referendum, na której praktycznie nic nie było, były brzydkie, czarno-białe, pokazywały pojedyncze śmietniki na Górkach, nie było to obiektywne. Czas kampanii był dla nas bardzo trudny, ponieważ jako społecznicy nie mieliśmy żadnych funduszy oprócz swoich, które każdy mógł wyłożyć, a musieliśmy walczyć z przeciwnikiem, który miał miliony i mógł dowolną kwotę przeznaczyć na kampanię – i tak też robił. Były reklamy po kilka minut w kinach przed filmami, w których mówiono, że my jesteśmy głupiutcy i nie wiemy o tym, że ludzie czekają na mieszkania w tak dobrej lokalizacji, i takie inne.

Przystąpiło ponad 30 000 osób, a 22 000 było przeciw budowie bloków, co było dla nas olbrzymim sukcesem, z tym że frekwencja wynosiła około 6% mieszkańców w skali miasta. Wiadomo, że pojedyncze osoby głosowały w dzielnicach odległych, jak Abramowice, natomiast tutaj, dookoła Górek, na Czechowie, Sławinie, Wieniawie, frekwencja przekraczała 30%, a w dwóch komisjach na Botaniku dochodziła nawet do 78%. Stanowcze „nie” wynosiło tam ponad 90%. Byliśmy szczęśliwi, że mieszkańcom chciało się wyjść i poświęcić czas na głosowanie, które zupełnie niepotrzebnie kosztowało 200 000 zł, a może nawet pół miliona. Wiadomo, że przy takich referendach nie osiąga się 30% frekwencji, zwłaszcza że było to pierwsze tak ważne, niby demokratyczne narzędzie.

MB: Kultura jeszcze jest niewykształcona.

MN: Niestety. Był jeszcze panel obywatelski dotyczący smogu, który okazał się dla nas sukcesem, ale pan prezydent chyba przez miesiąc w ogóle nie ogłaszał wyników, ewidentnie nie wiedząc, co z tymi Górkami zrobić. Później, z całego tego panelu za 200 000 zł, jedyny zrealizowany postulat to było wyświetlanie obecnego poziomu zanieczyszczeń powietrza na przystankach.

MB: Nie chcę być tendencyjny, ale z dostępem do informacji, które powinny być publiczne w Lublinie, nadal niestety jest problem, chyba nie do końca jeszcze dorośliśmy do upominania się o takie rzeczy.

MN: A oni do odpisywania na temat też.

MB: Wiemy już, co sądzi deweloper, natomiast co sądzą autorytety naukowe i specjaliści? Przedstawiciele dewelopera również powołują się na naukowy autorytet. O jakich właściwie autorytetach możemy mówić, które w sprawie Górek opowiadają się po Waszej stronie, a jacy wspierają stronę opowiadającą się za zabudową?

MN: Z przeróżnych uczelni, w różnych okresach, różne osoby nam pomagały, przede wszystkim pisały inwentaryzację. Jest tam 11 nazwisk: pan Biaduń, jeśli chodzi o ornitologię, pani profesor Ewa Trzaskowska jako szefowa całego zespołu. Są to profesorowie Urban, Wójcik, profesor Chmielewski, profesor Harasimiuk, a także młodzi naukowcy, którzy regularnie chodzą po Górkach z aparatami i potrafią wskazać miejsce rozrodu czerwończyka nieparka. Ela Krysińska zajmuje się fotografią przyrodniczą i jej obserwacje oraz wiedza są dla nas niezmiernie ważne, a także Tomek Buczek, od którego nauczyliśmy się bardzo dużo o chomiku europejskim i który cały czas wspiera nas artykułami naukowymi, a także pan Robert Kozak – mykolog, który znalazł na Górkach parę rodzajów grzybów w Polsce uznanych za wymarłe.

Jeśli chodzi o drugą część pytania, jakich naukowców ma deweloper, nie wiem. Znacie jakieś nazwisko?

MB: Nie przypominam sobie, szczerze mówiąc.

MN: Zapewne chodzi ci o tych państwa biologów i ornitologa, których spotkaliśmy kiedyś wspólnie na Górkach Czechowskich podczas miejskiego spaceru?

MB: Tak, również mi się to właśnie rzuca…

MN: Wtedy byli tam ludzie, prawda, którzy wyglądali jak naukowcy i rzeczywiście podejrzewam, że tacy byli, ale ich opinia moim zdaniem nie powinna być brana za pewnik i powinna być sprawdzona ponownie przez obiektywnych naukowców, być może lubelskich, być może spoza grupy najętej przez dewelopera. Te osoby, które napotkaliśmy idąc po tych szlakach, po których chodzili naukowcy lubelscy i znaleźli około 300 chomików, państwo znaleźli siedem, nie są obiektywne; wydaje mi się, że robili tę pracę pod tezę i jest to bardzo widoczne.

MB: Oni chyba byli z Katowic, prawda?

MN: Tak, to była firma z Katowic, wynajęta z kolei przez inną firmę robiącą dokumenty środowiskowe dla deweloperów, firmę z Bydgoszczy, która była z kolei diamentem Forbesa. To wszystko pozornie nie ma znaczenia, ale troszeczkę o czymś świadczy.

MB: W trakcie naszej rozmowy wielokrotnie pojawiała się liczba mnoga, czyli stowarzyszenie – proszę coś o nim opowiedzieć: skąd się wzięło, kiedy powstało i pod jaką nazwą działa przede wszystkim?

MN: To jest ciekawa sprawa, bo to grupa ludzi, którzy bronią Górek Czechowskich i troszczą się bardziej, może dlatego że na początku nikt nie chciał specjalnie ich bronić, bo nic im nie groziło teoretycznie – były cały czas chronione studium, w którym były zapisane jako teren zielony, duży, ogólnodostępny. Być może mieszkańcy dziwili się, że park nie powstaje, ale z drugiej strony wiedzieli, że to są płuca miejskie i nawet w formie niezagospodarowanej alejkami jest to świetny teren do rekreacji. Ścieżki, które sami sobie przez wieki ludzie wydeptali, mają przebieg taki sam, jak na bardzo starych fotografiach lotniczych sprzed wojny.

W 2012 roku, z inicjatywy profesora Dominika Fijałkowskiego, ówczesnego dyrektora ogrodu botanicznego, planowano przepiękną rzecz – połączyć Górki Czechowskie z Botanikiem wąskim pasem zieleni przez Sławin i stworzyć park o bardzo różnorodnym charakterze. Myślę, że byłoby to cudowne, niestety nie doszło do skutku. Pan profesor Fijałkowski zachęcił panów Andrzeja Wróbla, Andrzeja Filusa, pana Przychodzkiego i Konrada Szewczyka do stawiania czoła tym zmianom planistycznym w postaci stowarzyszenia.

Ja w 2016 roku, w urzędzie miasta, zupełnym przypadkiem dowiedziałam się o planach zabudowy i po powrocie do domu zaczęłam działać. Niestety do członków stowarzyszenia nie dało się początkowo „dostać”, więc z sąsiadami musieliśmy zorganizować drugi komitet, poniekąd zrobić petycję, którą podpisało 4,5 tysiąca osób. Udało nam się po miesiącu czy dwóch znaleźć członków stowarzyszenia, wspólnie zorganizowaliśmy w ratuszu konferencję naukową, żeby radni mogli posłuchać o walorach Górek. Profesorowie wypowiadali się, niestety spośród radnych miejskich głosujących za zabudową Górek nikogo wtedy nie było. Była opozycja, która nie miała wystarczającej liczby głosów. Jest również Stowarzyszenie Towarzystwa dla Natury i Człowieka, jak też osoby prywatne zjednoczone pod przewodnictwem pana Andrzeja Filipowicza.

MB: A gdzie w takim razie można was znaleźć? Bo wiadomo, że macie fanpage na Facebooku „Górki Czechowskie Wietrznie Zielone”, ponad 15 000 obserwujących, co jest liczbą dość imponującą jak na taki niszowy temat. Czy macie jakieś inne media społecznościowe?

MN: Jest jeszcze Facebook stowarzyszenia Obrony Górek Czechowskich…

MB: Ale on chyba jest dosyć „martwy”, z tego co kojarzę.

MN: …tak, członkowie stowarzyszenia są staroświeccy i wolą chodzić na spotkania oraz pisać skargi! My, młodsi (ponad czterdziestolatkowie), prowadzimy Facebooka, ponieważ nie daliśmy rady równolegle kilku. Jest jeszcze Instagram, ale na nim jest mniejsza aktywność. Jest także strona Stowarzyszenia Obrony Górek Czechowskich, ale chwilowo ma problemy techniczne. No i cóż, zapraszam do kontaktu przez „Górki Czechowskie Wietrznie Zielone”.

MB: Są również zbiórki prowadzone na wszelkiego rodzaju działania prawnicze i tak dalej.

MN: Tak, to znaczy, to jest nasza pierwsza zbiórka. Tak naprawdę nie chcieliśmy przez całe 10 lat z niej korzystać, były jakieś działania przed referendum, ale teraz stanęliśmy pod ścianą i zrzutki są konieczne. Zbieramy środki na obsługę prawną różnych spraw, zarówno skargi na ZPI, jak i skargi do Unii Europejskiej na brak możliwości uczestniczenia i stricte ochrony przyrody, w tym chomika europejskiego, który jest chroniony dyrektywami europejskimi, a w Polsce nikt na to niestety nie zwraca uwagi. Ponad 10 000 zł wydaliśmy w sierpniu ubiegłego roku na kampanię dotyczącą ZPI.

MB: Czy mówi Pani o gazetce, która została wydana?

MN: Tam było mnóstwo rzeczy, to było tak naprawdę bardzo szybko procedowane przez urząd miasta. Mieliśmy miesiąc, a to był wakacyjny okres, żeby zachęcić ludzi, kiedy nie są tak aktywni ani w mediach, ani w życiu, żeby jeszcze raz poprosić wszystkich, żeby przyszli na radę miasta, żeby zainteresowali się tematem, przeczytali projekt i byli aktywni.

MB: Czyli Pani widzi celowość w działaniach miasta przy procedowaniu tego akurat w tym okresie?

MN: Za każdym razem, kiedy coś było robione przeciwko nam, jestem pewna, że było to celowe i przemyślane, naprawdę, i nigdy nie było obojętne. To zawsze była taka „szpileczka” i zdajemy sobie z tego sprawę, i tak jest od dziesięciu lat, i to nas szczerze mówiąc bardzo wykańcza psychicznie, bo to nie jest łatwe. Nie jestem płaskoziemcą i nie szukam dziury w całym, po prostu takie są fakty i widać je w dokumentacji, w datach i wielu innych czynnikach. Zbiórka przed ZPI pozwoliła nam roznieść masę ulotek tłumaczących ludziom, dlaczego to istotne, i wydać gazetę, bodajże 30 000 sztuk nakładu.

MB: No to w takim wypadku, jak już o tych działaniach prawnych rozmawiamy, proszę powiedzieć – jak widzi Pani przyszłość Górek Czechowskich? Czy działania prawne w Polsce coś pomogą, czy trzeba będzie iść do Europy?

MN: To bardzo trudne pytanie, najtrudniejsze. Chciałabym z wielkim optymizmem zapewnić, że prawo ochrony przyrody w Polsce będzie przestrzegane i że coś się wydarzy, natomiast jestem prawie pewna, że niestety nic się nie zmieni. Oczywiście będziemy starali się sądzić, przede wszystkim najpierw stać się stroną, bo wierzymy, że prawda zwycięży, i bardzo nam przykro, że chcą nas pozbawić zieleni, w momencie gdy w Lublinie na głowę mieszkańca przypada 14 metrów kwadratowych tejże, a WHO twierdzi…

MB: Już chyba w 2019 roku była połowa tego, co powinno…

MN: …50 powinno być, 30 byłoby spoko, ale jest 14 i to jest bardzo mało, a chce się nam olbrzymi teren – 30 hektarów ma stać się blokowiskiem, w zamian tworzone są parki kieszonkowe, które mają 5 na 10 metrów, dwie ławki i kosz na śmieci. To olbrzymia szkoda dla Lublina i jego przyszłości. Jeśli w Polsce się nie uda, mamy nadzieję, że uda się w Komisji Europejskiej.

MB: A czy pan Prezydent Nawrocki, ze swoją przeszłością jako prezes IPN, wie o sprawie?

MN: Wreszcie mogę odpowiedzieć krótko – tak, wie. Pan Karol Nawrocki, jako dyrektor IPN-u, wizytował Lublin kilka razy specjalnie dla Górek, czy przyjechał z powodu Górek Czechowskich, ponieważ pięć razy ekipa poszukiwawcza IPN-u w terenie ustaliła położenie kilku mogił masowych. Pan Karol Nawrocki przyjechał w 2024 roku jesienią na dużą konferencję prasową obwieszczającą największe wykopaliska, tak naprawdę archeologiczne ekshumacje po drugiej wojnie światowej. Okazało się, że właśnie to były te nasze na Górkach. Była to trzygodzinna konferencja prasowa, a on był tam jako jeden z gości i wypowiadał się około 15 minut.

Oprócz tego, co dowiedział się od prokuratorów, czyli takiej suchej wiedzy dotyczącej stricte poszukiwań ostatnich, my jako publiczność – kilka osób, bodajże pięć, które dobrze znają historię Górek Czechowskich – przedstawiliśmy tę drastyczną sytuację. Pan Prezydent, wtedy dyrektor, był żywo zainteresowany, zadawał pytania do naszych wypowiedzi. Według słów dyrektora lubelskiego IPN-u, przejął się tym wszystkim i obiecał, że będą szukać szczątków, aż znajdą wszystkie. Chcielibyśmy bardzo przypomnieć się niedługo, kiedy pan Prezydent będzie miał więcej czasu i możliwości skupienia się na tej sprawie -być może małej z jego perspektywy, ale ma on świadomość i bardzo się z tego cieszymy. Chcielibyśmy, żeby sprawił, że choćby ten plac zabaw zostanie przeniesiony.

MB: Spora część lublinian nie wie w ogóle, że ma takie zielone płuca na tym terenie, dlatego dobrze by było, gdyby faktycznie ten temat stał się bardziej medialny, ponieważ patrzenie władzy na ręce powinno być w interesie każdego mieszkańca, nie tylko Lublina, ale jakiegokolwiek miasta na mapie naszego kraju.

MN: Byłoby super, gdyby mieszkańcy interesowali się tym, jak wygląda zarządzanie ich miastem, jak wyglądają plany, jak się mają zmienić, i żeby robili wspólnie rzeczy, ponieważ wspólnie naprawdę można czynić rzeczy wielkie. Samemu nie do końca się da, ale można próbować proponować innym, żeby się przyłączali, i wtedy można to czynić. My akurat, jako „Górki Czechowskie Wietrznie Zielone” i Stowarzyszenie Obrony Górek Czechowskich, jesteśmy przykładem, że czasami się przegrywa, bo prawdopodobnie na czterech wierzchowinach z sześciu zostaną całkowicie…

MB: Już te wnioski o pozwolenie na budowę zostały chyba złożone?

MN: Tak, i myślę, że na całym obszarze będą chcieli takie wnioski zdobywać, natomiast na pozostałym terenie, którego wcale tak dużo nie będzie – na dwóch wierzchowinach -będzie masa ludzi, kilkanaście tysięcy, pewnie 3 000 nowych piesków. Więc nie ma co mówić o ochronie tych zbiorowisk roślinnych. Nie wierzę, że te sarny, nasze dziki, lisy, nasz borsuk, myszołów czy nasz krogulec będą chciały na blokowisku mieszkać – nie sądzę. Chomik tym bardziej.

Magdalena Nosek, rocznik 1978, aktywistka miejska, lublinianka, studiowała turystykę i rekreację w Krakowie, pilot wycieczek, mieszkała w Chorwacji, Grecji, Paryżu i w Pradze. Matka trójki dzieci i posiadaczka psa.


Mateusz Bernacki

Mateusz Bernacki, student dziennikarstwa na UMCSie, na sercu leży mu dobro Lublina i jego przyrody. Prywatnie miłośnik historii, melodic death metalu, militariów i psów.

5/5 - (6 votes)
Subscribe
Powiadom o
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments

Brawo synu🙂 dobrze, że są ludzie którym jeszcze zależy na środowisku i walczą o jego dobro. Górki Czechowskie to moje dziecinstwo, ucieczka od blokowisk na łono natury i mile wspomnienia……