Czarnobyl: cień nad Europą
Zaprosiliśmy do rozmowy prof. Mirosława Dakowskiego, przeciwnika energii jądrowej. Profesor zastrzegł sobie, aby przytaczać jego opinie wprost, dlatego prezentujemy wszystkie komentarze i uwagi, nawet te najostrzejsze.
Panie profesorze, skąd biorą się rozbieżności w ocenach skutków katastrofy w Czarnobylu?
Będę mówił otwartym tekstem: ułamek idiotów i oszustów wśród ludzi z tytułami naukowymi jest podobny do ułamka kłamców wśród innych ludzi. A może większy. Więc sam fakt, że ktoś ma przed nazwiskiem „dr” lub „prof.” nie oznacza, że będzie mówił prawdę. Szczególnie w Polsce i innych krajach postkomunistycznych, gdzie w sferze publicznej nadal funkcjonują ludzie, którzy otrzymali tytuły naukowe nie za osiągnięcia, lecz dzięki związkom z SB i agenturą. To wyjaśnia dlaczego w niektórych środowiskach nie ma szacunku dla naukowego tytułu. Poza tem niektóre osoby i środowiska zawodowe mają w zaniżaniu ilości ofiar Czarnobyla interes finansowy.
O kim mowa?
O części z tych, którzy chcieliby w Polsce wprowadzić, moim zdaniem przestarzałą, energetykę opartą na rozszczepieniu. O niektórych ludziach pracujących na etatach w Centralnym Laboratorium Ochrony Radiologicznej i osobach związanych (niestety…) z Instytutem Energii Atomowej.
Dane przekazane opinii publicznej przez WHO oraz UNSCEAR mówią, że katastrofa w Czarnobylu nie miała istotnego wpływu na zdrowie mieszańców Europy. Jak rozumieć opinie naukowców z tych instytucji?
Te „badania” są fałszywe. Ściślej – taka interpretacja pomiarów. Za kłamstwa odpowiadają, powiązani z przemysłem jądrowym, pracownicy Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej z siedzibą Wiedniu (IAEA), a także – i szczególnie – władze Związku Radzieckiego, które przekazywały nieprawdziwe dane. Dla przykładu: Oszustwa przy uśrednianiu skażeń na cały obszar państwa dały mapę (i tabele MAEA w Wiedniu), wskazujące na… większe skażenie w Bułgarii niż w Związku Radzieckim. Głupców to przekonywało.
Jakie były motywacje, by zataić prawdę?
W Wiedniu (MAEA) siedzą „od zawsze” nie nadający się do pracy emeryci, którzy starają się przedłużyć swoją wysokopłatną pracę w agencji przez podnoszenie rangi energetyki jądrowej. Związek Radziecki z kolei był zainteresowany zatuszowaniem sprawy z powodów politycznych, zgodnie ze stałą tendencją do okłamywania swoich poddanych i tzw. opinii publicznej. Lekarzom nie wolno było na przykład zapisywać w karcie chorych czy umierających, że byli likwidatorami w Czarnobylu i zostali tam napromieniowani. Nie było też wolno podawać wysokości dawek. Polityka informacyjna doprowadziła do tragedii. Cześć likwidatorów sama ukrywała pomiary dozymetrów indywidualnych, jeśli te wykazywały nadmierne promieniowanie. Ludzie ci nie chcieli bowiem zostać odsunięci od pracy, za którą otrzymywali (wysokie według tamtych standardów) wynagrodzenie. To oznacza, że udostępnione przez Związek Radziecki dane, z których korzystali np. naukowcy z Międzynarodowej Agencji Atomowej w Wiedniu, od początku były zafałszowane! Zresztą w 1986 roku protestowaliśmy przeciw ich błędnej interpretacji w prasie podziemnej. My – fizycy rozszczepienia ze Świerka. Uczciwi fizycy z MAEA o tym wiedzieli.
Ale często mówi się, że poziom zagrożenia radiologicznego w na różnych terenach Europy po wybuchu nie był wcale wysoki. Podaje się przykład Finlandii.
To dezinformacja! Błąd polega m. inn. na uśrednianiu wyników dla olbrzymich obszarów. Część obłoku radioaktywnego szła w kierunku Moskwy. Radzieckie lotnictwo sztucznie wywołało opad w okolicach Kurska. Radioaktywny obłok opadł na niespodziewających się niczego kołchoźników. Natomiast obłok, który szedł na północ, z wiatrem, został przepuszczony przez sowietów i opadł daleko na północy Finlandii. Udział plutonu, strontu i cezu i tak był tam setki, czy tysiące razy mniejszy niż w okolicy 30-50 km od Czarnobyla. Ale skażone tereny znajdowały się nie tylko w bezpośrednim sąsiedztwie elektrowni. W znacznej odległości od miejsca awarii, w okolicach Homla (Białoruś) powstała ogromna wyspa aktywności, m.in. plutonu, który osiadł w tamtej okolicy w postaci tzw. gorących punktów (hot spot). Nie ewakuowano stamtąd ludności, mimo, że było to miejsce skażone silniej, niż bliskie otoczenie Czarnobyla. Co więcej, ściągano tam ludzi z terenów bliższych elektrowni.
A Polska? Czy płyn Lugola podawany w naszym kraju pomógł powstrzymać skutki awarii?
Katastrofa nastąpiła w nocy z piątku na sobotę. Natomiast specjalna Komisja Rządowa zebrała się w poniedziałek koło południa. Płyn Lugola był dawany w środę i później. Tarczyce ludzi (to szczególnie groźne dla dzieci!) były już wtedy pełne radioaktywnego jodu. Komisja Rządowa pod naciskiem Jerzego Urbana starała się zbagatelizować sprawę. Nie poinformowano opinii publicznej mimo, że była świadomość niebezpieczeństwa, na pewno w resortach siłowych. Świadczy o tym fakt, że dzieci milicjantów i SB-ków dostawały płyn Lugola już w niedzielę. Płyn zatem powinien być rozpowszechniony wcześniej, wtedy byłby skuteczny. Z drugiej strony trzeba powiedzieć, że nikt nie wiedział, jak rozwinie się sytuacja. Gdyby rdzeń jądrowy reaktora dostał się do warstw wodonośnych i wywołał dodatkowy wybuch parowy (a wtedy było to prawdopodobne), podawanie płynu Lugola nawet w środę, czy czwartek byłoby uzasadnione.
Jak dzisiaj wygląda zagrożenie wokół Czarnobyla? Czy nadal potrzebne są strefy ochronne?
Trzeba zacząć od tego, że nie da się wyznaczyć sensownej strefy, szczególnie w kształcie koła. Na początku zorganizowano zamkniętą zonę o promieniu 30 km. To była idiotyczna decyzja, bo chmura radioaktywna rozchodziła się w różnych kierunkach i nie pokrywała się ze strefą zakazu. Ludzie, którzy wrócili na skażone tereny i teraz tam mieszkają nie mają z pewnością świadomości, które miejsca są nadal groźne. Jest ich dużo. Ale dzisiaj najbardziej niebezpieczny jest sarkofag nad reaktorem nr 4, który zbudowano kosztem ofiar ogromnej ilości napromieniowanych ludzi.
Na czym polega problem z sarkofagiem?
Rdzeń do dziś ma wysoką temperaturę. Kilka lat po wypadku było tam 1200 stopni. Był taki samobójca – idiota, który wszedł do sarkofagu w parę miesięcy (chyba) po jego zbudowaniu. Sfilmował wewnętrzne zniszczenie radiacyjne. Wkrótce potem oczywiście umarł. Ale film jest dostępny. Zbrojony beton z dużą zawartością ciężkich metali dodanych, aby skuteczniej powstrzymać promieniowanie gamma, sypał się jak biała mączka. Jest chyba cudem boskim, że ten stary sarkofag jeszcze nie zawalił się pod swoim ciężarem. Po wypadku, stopiony rdzeń zatrzymał się na osłonie betonowej, którą budowano pod reaktorem po katastrofie – też ofiarami ludzi. Gdyby rdzeń dostał się do warstw wodonośnych, nastąpiłby wybuch parowy. Wtedy jeszcze więcej substancji promieniotwórczych dostałoby się do atmosfery. Dzięki ofiarom setek górników z Donbasu, którzy zginęli robiąc podstawę pod „stopę słonia” (tak nazwano rozlany rdzeń reaktora) udało się temu zapobiec. Ale zagrożenie ciągle istnieje. Gdyby dach sarkofagu zawalił się, to z pewnością, a w każdym razie z ogromnym prawdopodobieństwem, wbiłby stopiony rdzeń do poziomu warstw wodonośnych, co mogłoby się skończyć większą katastrofą niż sam Czarnobyl (ten z 1986 r.). Nie buduje się nowego sarkofagu, choć były na to przeznaczone ogromne pieniądze, miliardy z Zachodu. Chyba je rozkradziono, może już na Ukrainie.
A jaki jest wpływ awarii w Polsce dziś?
W tej chwili, tzn. w roku 2009, na pewno od paru lat nie ma w Polsce żadnych zagrożeń związanych z Czarnobylem.
Dziękujemy za rozmowę!
Mirosław Dakowski
Fizyk jądrowy. Profesor zwyczajny. Doktorat otrzymał w 1968 roku. Habilitował się z badań rozszczepienia najcięższych pierwiastków. Prowadził badania w Dubnej (ZSRR), w Gesellschaft für Schwerionenforschung w Darmstadt, w Institut de Physique Nucleaire Orsay i Saclay we Francji. Profesurę otrzymał za osiągnięcia z dziedziny fizyki rozszczepienia i mechanizmów zderzeń najcięższych jąder (1997). W latach 1959 – 1989 pracował w Instytucie Badań Jądrowych w Świerku, potem zaś na Uniwersytecie Warszawskim i w Państwowej Agencji Atomistyki.
Wspaniały artykuł. Bardzo rzetelny i obiektywny. na choroby tarczycy chorują ludzie urodzeni po 87 roku, którzy nie dostawali już płynu Lugola. Ludzie urodzeni przed 86 i w 86 zostali chociaż minimalnie zabezpieczeni, niestety urodzeni później byli bardzo narażeni na radioizotopy.