Z pudełka po butach do streetwearu. Jak Marek Wisiecki tworzy modę z drugiego obiegu
Co zrobić z pudełkiem po butach i starą kurtką? Większość z nas bez wahania wrzuci je do kosza. Marek Wisiecki robi inaczej. Do kosza rzuca tylko piłkę – i to na boisku. Rzeczom, które inni uznaliby za bezużyteczne, daje drugie życie. Tak powstało emwuhats – marka, która łączy streetwear, rzemiosło i ruch zero waste.
Na profilu emwuhats Marek pokazuje swoje realizacje: czapkę z daszkiem z kieszonką wyciętą ze starej bluzy Patagonii, torebkę wykonaną z pudełka po butach Chanel, panele uszyte z materiałów, które miały już swoją historię. Między filmikami – porady, jak szyć, kulisy pracy i szczere relacje z budowania marki od zera. Nic się nie marnuje. Każdy projekt jest inny, każdy opowiada inną historię. – Mam nadzieję przekuć to hobby w stabilny biznes – mówi, choć w jego przypadku to już znacznie więcej niż hobby. A jak to się zaczęło?
Jedna stara czapka, która zmieniła wszystko
Geneza emwuhats nie zaczęła się od strategii ani wizji marki. Zaczęła się na pchlim targu – w środku lata, wśród stołów zastawionych rzeczami, których nikt już nie chciał. – Leżała tam stara, zniszczona czapka. Wyblakła, znoszona, pozornie bezwartościowa – wspomina Marek. – Większość ludzi przechodziła obok. Ja się zatrzymałem.
Nie chodziło o sentyment ani modę vintage. Ta czapka miała w sobie ślady czyjegoś życia: wakacji, koncertów, codziennego noszenia. Była materiałem z historią. I zamiast trafić na wysypisko, zasługiwała – w jego odczuciu – na ciąg dalszy.
Zabrał ją do domu. Rozłożył na stole. Rozpruł, obejrzał każdy fragment. I wtedy pojawiła się myśl, która uruchomiła lawinę: a co, jeśli da się jej nowe życie?
Miesiąc później powstała pierwsza czapka EMWU – uszyta z materiału, który według logiki fast fashion był już odpadem. To nie był jeszcze produkt. To był eksperyment. Sprawdzenie, czy z czegoś „skończonego” da się stworzyć coś, co ktoś będzie chciał nosić.
– Dziś wiem, że to nie był koniec starej czapki. To był początek czegoś większego – mówi Marek. – Manifestu przeciwko kulturze jednorazowości. I dowodu, że każdy materiał może dostać drugą szansę, jeśli ktoś poświęci mu czas i uwagę.

fot. emwuhats
Dzień zaczyna się o piątej
Dzień Marka zaczyna się przed świtem. Wstaje około piątej. Pracuje od szóstej do południa, a potem odpisuje na wiadomości, montuje materiały, ogarnia sprawy biurowe. Codziennie około dziesięciu godzin – opowiada. Największa zmiana? Elastyczność. – Kiedyś myślałem, że praca musi być od 9 do 17. Teraz wiem, że każdy dzień może wyglądać inaczej. Mogę wyjść na spacer w środku dnia albo zrobić sobie wolne, jeśli tego potrzebuję.
Marek pochodzi z Krakowa. Jako nastolatek marzył o karierze koszykarskiej. Z mamą – byłą zawodniczką Wisły Kraków – trudno było nie wsiąknąć w ten świat. – To była moja największa pasja. I wciąż jest, tylko w amatorskiej formie – mówi. Profesjonalna kariera okazała się zbyt wymagająca, ale sport zostawił coś ważniejszego: dyscyplinę, konsekwencję i ambicję. Dziś Marek żartuje, że chce być „NBA wśród zero waste”.
Od AWF-u do korporacji (i dalej)
Po odłożeniu koszykówki próbował studiów na AWF, pracował w skateshopie, gastronomii, Foot Lockerze. – Praca z ludźmi i odzieżą jest fajna, ale tylko do pewnego momentu – wspomina.
Po pięciu latach w handlu przeniósł się do Warszawy i trafił do korporacji. – To było jak przejście gry na 100 procent: procedury, Excel, raporty, które niczego realnie nie zmieniały. Po dwóch miesiącach wiedziałem, że albo awansuję, albo muszę coś zmienić.
Z korporacji trafił do… linii lotniczych. – Zostałem stewardem. Dosłownie rozwinąłem skrzydła – śmieje się. – To było trudne szkolenie i duże wyzwanie, ale dało mi coś bardzo ważnego: wiarę w siebie. Po dwóch latach intensywnego latania zrozumiał jednak, że nie chce tak spędzić całego życia. I wtedy wrócił do czegoś, co zawsze miał w rękach.

Fot. emwuhats
Maszyna do szycia i Instagram
Manualne zdolności odziedziczył po ojcu. Na plastyce zawsze był precyzyjny i cierpliwy. Przełom przyszedł przypadkiem – podczas scrollowania Instagrama. – Zobaczyłem gościa z USA, który przerabiał stare bluzy na czapki i akcesoria. Pomyślałem: „Skoro on może, to ja też”. Zapisał się na kurs szycia. – Poprosiłem prowadzącą, żeby nauczyła mnie szyć czapkę. Odpowiedziała: „Czapek nie szyję, ale pokażę ci maszynę”.
I to wystarczyło.
Moda z szafy – dosłownie
Na początku szył ze swoich starych ubrań i perełek z second handów. Tanie materiały, maksimum kreatywności. Z czasem klienci zaczęli przynosić własne rzeczy: porwane, poplamione, nienoszone. Idea? Po co wyrzucać, skoro można dać temu nowe życie?
Każdy projekt stawał się wspólnym procesem. – To nie tylko recykling. To współtworzenie. Moda nie musi być gotowym produktem – może być procesem.
Dlaczego czapki i karton?
– Bo sam je noszę – odpowiada bez wahania. – Czapka daje ogromne pole do popisu. Pierwsze zamówienia pojawiły się szybko. A potem przyszedł pomysł na torebki z kartonu.
– Miałem stos pudełek po butach. Zrobiłem prototyp z pudełka Chanel i dałem dziewczynie na urodziny. Po wrzuceniu zdjęcia na Instagram ludzie zaczęli pytać, gdzie mogą coś takiego kupić. Karton – materiał, który zwykle ląduje w śmietniku – stał się wyzwaniem projektowym i manifestem.
Jakość zamiast logo
Filozofia emwuhats jest prosta: lepiej jeden dobrze wykonany produkt niż kilka tanich, które rozpadną się po praniu. – Nie chcę, żeby ludzie kupowali dla logo – mówi Marek. – Chcę, żeby kupowali dla jakości, historii i ręcznej pracy. Choć nie odcina się od brandów, buduje własną tożsamość. – Zależy mi, żeby emwuhats kojarzyło się z rzemiosłem, nie z metką.

Fot. Emwuhats
Cena wolności
Początki pełnoetatowego szycia oznaczały obniżenie standardu życia. – Kiedyś co dwa miesiące bywałem w Nowym Jorku. Teraz nie byłem tam od dwóch lat – śmieje się. Bywały momenty, gdy ratował się sprzedażą ubrań na Vinted. – To była lekcja pokory. I nauka, że do szczęścia potrzeba naprawdę niewiele. Dlatego tak mocno stawia na edukację. Pokazuje proces, tłumaczy koszty, uczy szacunku do ręcznej pracy. – Spersonalizowany produkt zawsze będzie droższy. I powinien być.
Kiedy zaczynał, w Polsce nikt nie robił upcyklingowych czapek na taką skalę. – To była podróż w nieznane. Testy, błędy, brak wzorców. Dziś pojawiają się naśladowcy. – I bardzo dobrze. To znaczy, że upcykling staje się modny. Ale samo nagranie filmiku nie wystarczy. Liczy się rzemiosło.
Moment zwątpienia przyszedł, gdy sprzedaż nie szła w parze z wysiłkiem. Pomógł mentoring. – Usłyszałem, że ten produkt ma ogromny potencjał. I wtedy postanowiłem zainwestować w siebie.
Dziś myśli globalnie. – Chcę, żeby o emwuhats usłyszano w Niemczech, Holandii, Japonii, Korei. Przygotowuję kampanię po angielsku, planuję targi i współprace.
Równolegle rozwija warsztaty, e-booka i kanał na YouTubie. – Pomysłów jest mnóstwo. Czasu zawsze za mało – śmieje się.
Moda jako sposób myślenia
– Chciałbym, żeby emwuhats było synonimem mody, która nie jest tylko produktem, ale stylem życia – mówi na koniec. – Każda czapka i każda torebka to komunikat: dbam o środowisko, cenię jakość i chcę się wyróżniać.

Absolwentka Inżynierii Środowiska na Politechnice Warszawskiej. Specjalizuje się w technicznych i naukowych tekstach o przyrodzie, zmianie klimatu i wpływie człowieka na środowisko. W swoich artykułach łączy rzetelną wiedzę inżynierską z pasją do natury i potrzeby życia w zgodzie z otoczeniem. Uwielbia spędzać czas na łonie przyrody – szczególnie na Warmii, gdzie najchętniej odkrywa dzikie zakątki podczas pieszych wędrówek i wypraw kajakowych
Opublikowany: 13 stycznia, 2026 | Zaktualizowany: 19 stycznia, 2026
- https://mycompanypolska.pl/artykul/czapki-z-kosza/18245;
