Sprzedajni naukowcy, czyli kto zgarnął kasę
Uprzejmie proszę o wytłumaczenie dlaczego osoba wrażliwa na dobro przyrody powinna być przeciwna energii jądrowej. Jasno i klarownie. Gdzie są dowody? Nadzieja matką głupich! Jednoznaczniej odpowiedzi nigdzie nie znajdziecie. Naukowcy powtarzają, że elektrownie jądrowe są dziś bezpieczne. No właśnie, ale którzy naukowcy?
Czytam artykuły na stronach jednej z organizacji, którym energia atomowa jawi się jako śmiertelna broń wynaleziona przez samego Lucyfera. Najbardziej eksponowanym tagiem jest „Czarnobyl”. Wiadomo: wybuch, skażenie, nowotwory… Organizacja powołuje się na publikacje naukowe, a więc robi się poważnie. Bibliografia wygląda imponująco. Przytaczane tytuły mają prawo wywołać respekt u czytelnika, który zamierzał dowiedzieć się więcej o energii atomowej. Literatura jest obcojęzyczna, co także dodaje stosownej powagi. Research musiał być rzetelny! Może sprawdzę te przypisy przy następnej wizycie w bibliotece?
Zajrzyjmy na brytyjski Greenpeace. Tu co prawda nie ma tak obszernej bibliografii, ale argumenty są przedstawione klarownie. W punktach i w formie odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania. No i niespodzianka. Możemy obejrzeć film…
No dobrze, uzbrojony w argumenty przeciwko elektrowni jądrowej (i trochę wystraszony), szukam kolejnych informacji. I co znajduje? Kilkudziesięciostronicowy raport zaprzeczający wszystkiemu co przeczytałem na stronach ekologów. Raport profesora, zapewne entuzjasty atomu. Lata badań, nad tymi malutkimi elementami kosmosu – wystarczająco dużo czasu, by się do nich przywiązać, a nawet je pokochać. A więc totalna dychotomia.
Przyjrzyjmy się co mówią naukowcy. W jednej z prac dr Strupczewski, ze zręcznością literata, rysuje analogię między krytykami energii atomowej a XIX wiecznymi przeciwnikami budowy… kanalizacji. Otóż w 1900 roku szanowana oficyna wydawnicza Gebethner i S-ka opublikowała książkę pod tytułem: „Kanalizacya Miasta Warszawy jako Narzędzie Judaizmu i Szarlataneryi w Celu Zniszczenia Rolnictwa Polskiego oraz wytępienia Ludności Słowiańskiej nad Wisłą”. Autor książki przekonywał mieszkańców stolicy o szkodliwości kanalizacji dla zdrowia (sic!), rolnictwa i gospodarki. „System kanalizacyjny potępili jednozgodnie najwięksi myśliciele, mężowie stanu, ekonomiści i badacze natury” – pisał autor książki. I dalej: „Kanały warszawskie zubożyły ludność wiejską i miejską, napełniły krzywdą społeczeństwa kieszenie Lindleja i jego szajki…”.
Jak można przypuszczać dr Strupczewski sytuuje zwolenników atomu, a więc i siebie, w miejscu współczesnych Lindley’ów.
Załóżmy, że to atomowe lobby, z marnych pobudek finansowych, albo gorzej – w wyniku wyrafinowanej niczym niewytłumaczalnej perfidii – płaci za badania, które potem w formie codziennej prasy trafiają do zdezorientowanego odbiorcy, czyli w tym wypadku niestety do mnie. Jeśli tak jest rzeczywiście, to ludzie nauki zwyczajnie sprzedali swoje ideały (zakładając, że mieli je kiedykolwiek). To możliwe, nie raz wszak w ciągu wieków bywało, że nauka kłaniała się dolarowi, a bywało też, że znacznie niżej stojącym złotówkom. Czyli decyduje pieniądz. Dziennikarze, nawet najbardziej szacownych gazet, kształtują swoją opinię na podstawie wytycznych formułowanych przez sprzedajnych badaczy, bo też co innego poczciwi dziennikarze mogą zrobić. Czytelnik zaś dostaje propagandę atomową zasiewaną przez ludzi, którzy bez wahania zakopią pod dnem oceanu nawet najgorszą truciznę.
Perfidia sprzedajnych naukowców musiałaby być zatem niezmierzenie wielka. Według spiskowego scenariusza nie tylko dezinformują oni bezbronnych intelektualnie dziennikarzy (najczęściej po studiach humanistycznych), ale także wykorzystują do swoich niecnych celów e k o l o g i ę. Naukowcy mówią: „prawdziwi ekolodzy wiedzą, że tylko atom powstrzyma ocieplenie”. Elektrownia jądrowa nie emituje CO2. A więc jest przyjazna dla klimatu. I tu aktywiści wpadli we własne sidła, bo przecież na lewo i prawo informują o zagrożeniu zmianami klimatycznymi.
Wielki biznes płaci naukowcom, którzy piszą fałszywe elaboraty o bezpieczeństwie atomu. Tak twierdzą antyatomowi aktywiści. Niestety, ta sensacyjna teoria ma pewną słabą stronę – piętę achillesową po prostu.
Skoro naukowcy biorą kasę od kogo popadnie, to czemu nie wykorzystuje tego przemysł węglowy? Czemu nie płaci za dyskredytację energii jądrowej? Głosu polskich fizyków przeciwnych energii jądrowej nie słychać. A przecież koncerny węglowe pieniądze mają, a o polityczne zaplecze nietrudno. Wszak konserwatyści szczerze nienawidzą lewicujących ekologów lobbujących za OZE. Tak jest w Polsce i na Zachodzie. Politycy Partii Republikańskiej ze stanów Ohio i Wirginia, wpadli w prawdziwą furię, kiedy Obama – urzędujący dziś prezydent USA – oświadczał (jeszcze jako kandydat), że amerykańscy emitenci CO2 będą musieli bankrutować…
Zresztą podział na przemysł atomowy i węglowy wcale nie musi być klarowny. W budowę atomowych elektrowni brytyjskich zaangażowany jest m.ni. francuski EdF, który zarabia m.in. na obsługiwaniu elektrowni w ę g l o w y c h w Chinach…. W Polsce EDF też ma elektrownie węglowe. Należy do niego Elektrownia Rybnik SA, do której węgiel dostarcza kilkanaście kopalń. Roczne zużycie węgla przeznaczonego do produkcji energii wynosi około 4 mln ton.
W natłoku sprzecznych opinii naukowców, każdy musi sobie wybrać instytucję godną zaufania. Trzeba się wsłuchać w ten dwugłos lobbystów – i zaufać tym specjalistom, którzy są najbardziej wiarygodni. Dyskusja już dawno przestała mieć charakter merytorycznego sporu, a stała się medialną rywalizacją dwóch środowisk. Dlatego zamiast wagi argumentów liczą się efektowe filmy, na których samoloty rozbijają się o elektrownie jądrowe oraz wyczyny retoryczne fizyków – literatów, którzy wcielając się w rolę głosu rozsądku, starają się dokopać „ekoterrorystom”.
I jeszcze o wiarygodności. Może niektórych zdziwi fakt, że jeden z najpopularniejszych ekologów w historii, James Lovelock, uznał już dawno, że to energia atomowa jest jedyną szansą. Może go kupili? Nie da się ukryć, że pracował kiedyś dla wielkiej korporacji – dla Shella, który od lat zbija kokosy na ropie.