Maria Kuczkowicz: jak pomaga dzikim zwierzętom i ratuje ich życieEkologia.pl
Ekologia.pl Środowisko Każde życie, które ratujemy, ma znaczenie. Wywiad z lekarką weterynarii Marią Kuczkowicz

Każde życie, które ratujemy, ma znaczenie. Wywiad z lekarką weterynarii Marią Kuczkowicz

walka o to, co słuszne, w imieniu tych, co nie mówią, jest dla niej ważniejsza od życia w spokojnej i wygodnej nieświadomości i stagnacji. Rozmowa z Marią Kuczkiewicz, lekarką weterynarii, która od 2013 roku w ramach projektu „W imieniu tych, co nie mówią” zajmuje się rehabilitacją dzikich zwierząt, ochroną gatunków zagrożonych i edukacją ekologiczną społeczeństwa.

Maria Kuczkowicz jest lekarzem weterynarii, od 2013 roku w ramach swojego projektu ,,W imieniu tych, co nie mówią” zajmuje się rehabilitacją dzikich zwierząt

Maria Kuczkowicz jest lekarzem weterynarii, od 2013 roku w ramach swojego projektu ,,W imieniu tych, co nie mówią” zajmuje się rehabilitacją dzikich zwierząt

Joanna Szubierajska: Dlaczego zdecydowałaś się pomagać zwierzętom, a szczególnie dzikim zwierzętom?

Lek. wet. Maria Kuczkowicz: Nie pamiętam momentu, w którym zdecydowałam o tym, że będę pomagać zwierzętom. Zdaje się, że to przekonanie towarzyszyło mi od zawsze. Już jako dziecko moją głowę zaprzątała myśl o ratowaniu ich zdrowia i życia. To było to, co chciałam robić. Nosiłam w sobie taką wewnętrzną potrzebę. Pytałam rodziców o moment, w którym wyraźnie i po raz pierwszy w życiu dałam znać o swoich pragnieniach. Mama zawsze przytacza taką historię, gdy czteroletnia Marysia podchodzi do lekarza weterynarii szczepiącego nasze psy i mówi: „Jak będziesz stary, to ja będę to robić za ciebie”. Wygląda na to, że jestem tym szczęśliwym przypadkiem, który urodził się świadomy swojego powołania. Wtedy natomiast nie wiedziałam jeszcze, jaką konkretnie drogę wybiorę.

Jako dziecko i nastolatka już fascynowałam się światem przyrody przed ekranem telewizora, wyświetlającego obrazki dzikich zwierząt z najdalszych zakątków świata, z głosem Davida Attenborough w tle, który opowiadał ich historie. W głębi serca bardzo chciałam być na jego miejscu, ale nie traktowałam tych pragnień zbyt poważnie – wydawało mi się to bardzo nierealne. Przez długi czas byłam przekonana, że jeśli będę lekarzem weterynarii, to grupa moich pacjentów będzie raczej obejmować zwierzęta domowe i gospodarskie.

To co się zmieniło? 

W sierpniu 2013 roku wylądowałam na wolontariacie w ośrodku rehabilitacji żółwi morskich w Grecji organizacji Archelon. To był punkt zwrotny. Widok tych majestatycznych stworzeń w małych basenach rehabilitacyjnych, z przeciętymi karapaksami, pękniętymi czaszkami, pourywanymi płetwami i tych wszystkich wolontariuszy oddających swój czas i serce tym zwierzętom, w ukryciu i za ścianami ośrodka, walczących jednocześnie o każdy grosz na pokarm i lekarstwa dla tych żółwi, sprawił, że poczułam się potrzebna jak nigdy wcześniej. Wiedziałam, że bycie jedną z nich to najlepsze, co mogę w tym momencie zrobić, że jestem w odpowiednim miejscu.

Te zwierzęta nie miały swoich opiekunów – byliśmy ich jedyną nadzieją. Wszystkie trafiły do ośrodka w wyniku działalności człowieka – zaplątywały się w pozostawione w wodzie sieci rybackie, były ranione przez śruby łodzi lub połykały plastikowe reklamówki, myląc je z meduzami. I nikt oprócz nas o tym nie wiedział. Tak jest z problemami przyrody na całym świecie – w tym momencie odbywają się dramaty różnych gatunków dzikich zwierząt, których większość społeczeństwa nie zauważa lub od których odwraca wzrok. Potrzeby i problemy przyrody, dzikich zwierząt są pomijane, lekceważone, spychane na ostatni plan, podczas gdy nasze interesy działają destrukcyjnie na ich środowisko, życie i zdrowie.

Nie chciałam tylko przeżyć tego wolontariatu i o nim zapomnieć. Nie umiałabym też przejść do porządku dziennego, nie opowiadając o swoim doświadczeniu. Po powrocie powstały strony „W imieniu tych, co nie mówią” i pierwszy artykuł pod tytułem: „Pułapki czyhające na żółwie morskie”. Zaczęłam zgłębiać sytuację gatunków dzikich zwierząt i angażować się w pomaganie im na różne sposoby. Pochłonęło mnie to i nie miałam wątpliwości, że z tej drogi nie można już zawrócić. Świadomość działa w ten sposób, że musisz ją rozszerzać i się nią dzielić.

Masz za sobą wolontariaty i setki godzin pracy z poranionymi, potrzebującymi pomocy zwierzętami – które z uratowanych zwierząt do dziś najbardziej zapadło Ci w pamięć, nie jako „sukces”, ale jako historia, która coś w Tobie pękła lub zmieniła Cię bezpowrotnie?

Można pomyśleć, że poniekąd odpowiedziałam już na to pytanie, ale takich historii jest o wiele więcej i trudno wybrać jedną. Każde doświadczenie, każdy przypadek czegoś mnie uczy i zmienia postrzeganie rzeczywistości bezpowrotnie, zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym sensie.

Zacznijmy od tych mniej przyjemnych zdarzeń, bo niestety to one odciskają największe piętno. Z każdym kolejnym dzikim pacjentem, projektem, obserwacją na nowo odkrywam nieograniczone pokłady ludzkiej nieświadomości, obojętności, a nawet (niestety) okrucieństwa wobec przyrody i dzikich zwierząt. Tu nasuwa się obraz azjatyckich słoni w Tajlandii, których brutalną tresurę oglądałam na własne oczy. Następnie słonie wykorzystywano w cyrkach, do pracy w lesie czy przejażdżek turystycznych po ulicach miast. Żeby opowiedzieć dokładnie o całym procederze zniewalania słoni, musiałybyśmy się umówić na inny wywiad.

Nie trzeba jednak wyjeżdżać za granicę, żeby opowiedzieć o tym, jak wielki i destrukcyjny wpływ na środowisko ma nieświadomość czy obojętność ludzi. Można to zaobserwować w okresie rozrodczym dzikich zwierząt, gdy w moje ręce trafiają najmłodsi pacjenci. Niepotrzebnie odebrane rodzicom sarenki czy ptasie podloty, które odchowane ręką ludzką nie będą już tak dobrze przygotowane do życia, w porównaniu z sytuacją, gdyby zrobił to prawdziwy rodzic. Trafiają do mnie też całe gniazda ptaków czy wiewiórek ścięte z drzewem.

Moimi pierwszymi w życiu ptasimi pacjentami były cztery sikorki modraszki, których dziupla została przecięta przez piłę motorową. Pozostałe rodzeństwo nie przeżyło zdarzenia. Wycinka była prowadzona nielegalnie. Zdarzają się pisklęta z celowo zrzuconych gniazd – tu przypomina mi się historia pewnych jaskółek oknówek; bo właśnie gatunek najczęściej jest w ten sposób traktowany.

Przez moje ręce przeszły dziesiątki ptaków i drobnych ssaków (zajączków, wiewiórek, ryjówek, kretów i nietoperzy) pogryzionych przez puszczane samopas koty domowe. To temat wzbudzający ogromne kontrowersje w społeczeństwie. Lecz czy naprawdę powinien? Walczymy o przyszłość ginących gatunków, naszego wspólnego dobra narodowego, które boryka się z wieloma czynnikami prowadzącymi do spadku liczebności ich populacji, a czynniki te wprowadzane są do środowiska przez człowieka.

Odpowiedzmy sobie na pytanie: czy kot domowy, który ma opiekuna, musi dokładać się do ich eksterminacji? Ten sam problem dotyczy zresztą puszczanych wolno psów. Trudno zaakceptować rzeczywistość przepełnioną tak wielkim brakiem zrozumienia dla naszego wspólnego dobra – przyrody. Siedząc w temacie, patrzysz nie tylko na cierpienie zwierząt, ale wiesz, że masz do czynienia z gatunkami ginącymi i chciałabyś przerwać to błędne koło, zatrzymując szkodliwe decyzje ludzi.

Jednak do wielu osób to nie dociera

Bo w gruncie rzeczy wystarczy tak niewiele – przestać szkodzić. W praktyce jednak, w przypadku wielu ludzi, to nie działa. Powtarzające się sytuacje mogą wywołać w tobie różne emocje i stany: od niezgody, silnej potrzeby zmiany i motywacji do działania, co mnie osobiście poprowadziło do stworzenia wykładów i poświęcenia całego roku na edukację w szkołach, po frustrację, poczucie bezsilności, beznadziei, a nawet chęci rezygnacji. Przeżyłam to wszystko.

Oczywiście zdarzają się też doświadczenia, które nagradzają twoje wysiłki – tak zwane chwile, dla których warto żyć. Na pewno należy tu wymienić wszystkie momenty powrotów dzikich zwierząt na wolność, ale i spotkania z ludźmi pełnymi pasji i miłości do świata przyrody, którzy dzielą z tobą twoje przekonania i cele. I kiedy o tym mówię, przypomina mi się pół roku, które spędziłam z rodziną Pazhetnov w samym sercu dzikiego lasu, w sierocińcu dla osieroconych niedźwiedzi brunatnych. Niedźwiedzie straciły swoje matki w wyniku działalności kłusowniczej, a odchów wszystkich zakończył się ich powrotem na wolność. To był czas, który naładował mnie motywacją na kolejne lata działalności mojego projektu.

Bardzo wiele historii nosi słodko-gorzkie smaki. Tu pragnę wspomnieć jedną, bardzo dla mnie szczególną i osobistą – historię mojej rezydentki sarny „Śliwki”, która napawa nadzieją, ale i refleksją. Śliwka w wieku dwóch tygodni przeżyła wypadek komunikacyjny. Gdy podążała za swoją mamą przez drogę, samochód uderzył ją w głowę. Straciła oko, a ja podjęłam się stworzenia dla niej domku i zagrody w mojej rodzinnej miejscowości. Cztery lata później, po siatce ogrodzenia jej wybiegu, wspinają się dwa wolno biegające psy i prawie odbierają jej życie. Rozszarpują tchawicę i kończynę. Śliwkę znów, z pomocą kilku innych lekarzy, udaje się uratować.

Dla jednych ta historia może nie mieć sensu i powinna zakończyć się eutanazją sarny, dla innych Śliwka jest ambasadorem problemów dzikich zwierząt, swojego gatunku i ludzi walczących o ich przyszłość – żywym symbolem. Dowodem na to, że w życiu warto być „fajterem”. Należę do tej drugiej grupy. Kocham to zwierzę.

Co skłoniło Cię do założenia Ośrodka Rehabilitacji dla Dzikich Zwierząt w Małopolsce?

Odpowiedź na pytanie, co skłoniło mnie do chęci stworzenia takiego miejsca, jest bardzo prosta. Na terenie Podhala i Orawy nie istnieje żadna instytucja, która w sposób profesjonalny udzieliłaby pomocy, a następnie podjęłaby się rehabilitacji poszkodowanego dzikiego zwierzęcia. Takie miejsce jest potrzebne. Gminy na terenie regionu przyjmują coraz więcej zgłoszeń dotyczących gatunków w potrzebie. Związane jest to nie tylko ze zwiększającą się świadomością społeczną, ale przede wszystkim z intensywnym rozwojem infrastruktury i zagarnianiem coraz większych przestrzeni przez ludzi do realizacji swoich inwestycji i pomysłów, co nasila zdarzenia konfliktowe i wypadki z udziałem dzikich zwierząt.

Dużo trudniejsza jest natomiast realizacja budowy ośrodka rehabilitacji. Oficjalnie jeszcze nie istnieje. Obecnie jestem na etapie oczekiwania na decyzję w sprawie dzierżawy działki i przestrzennej zmiany jej zagospodarowania. Nie wiadomo, jak długo potrwa biurokracja, ani czy wniosek zostanie rozpatrzony pozytywnie. Cierpliwie czekam i mam nadzieję.

Jakie są najczęstsze błędy ludzi w relacji z dziką przyrodą – takie, których często nie są świadomi?

Zawsze powtarzam, że empatia bez wiedzy i odwrotnie – wiedza bez empatii – potrafi narobić więcej szkody niż pożytku. W społeczeństwie można zaobserwować zarówno jedną, jak i drugą skrajność. A już totalną katastrofą jest brak jednego i drugiego. Doskonałym tego odzwierciedleniem są decyzje i działania związane z ochroną przyrody i zwierząt. Uczłowieczanie dzikich zwierząt, wkładanie im w głowę własnych analiz, odczuć i emocji, nazywane dość powszechnie bambinizmem, to jeden z najczęstszych i najcięższych błędów popełnianych względem przyrody.

Ludzie popychani do działania emocjami, bez konkretnej wiedzy na temat funkcjonowania i zależności pomiędzy poszczególnymi gatunkami, wchodzą w działanie i interakcję z dzikim zwierzęciem w sposób dla niego szkodliwy i/lub całkowicie niepotrzebny. Przykładem jest wiosenne wykradanie młodych zwierząt ich rodzicom, bo: „było samo”, „nie widziałem mamy”, „siedział skulony”, „tak patrzył”.

Wiele gatunków młodych, dzikich zwierząt, jak np. sarny czy zające, pozostaje w wysokiej trawie lub w dołku w ziemi w oczekiwaniu na matkę, która odchodzi od nich za dnia, chroniąc je w ten sposób przed drapieżnikami. Jest to całkowicie naturalne zjawisko. Podobnie ptasie podloty, które opuszczają gniazdo jeszcze zanim nauczą się dobrze latać – są ciągle dokarmiane przez rodziców. Ptak jednak nie sfrunie do młodego, widząc w okolicy zagrożenie w postaci człowieka.

Innym przykładem empatii bez wiedzy jest nawoływanie do wypuszczania wszystkich zwierząt trzymanych w niewoli do środowiska naturalnego. Tutaj dobrym przykładem będzie negatywny stosunek części społeczeństwa do ogrodów zoologicznych. W czasach niszczenia środowiska życia poszczególnych gatunków niemożliwym staje się ich ocalanie jedynie poprzez ochronę na wolności. Te gatunki muszą być rozmnażane w niewoli. Przykładem jest nasz chomik europejski i projekt wsiedlania osobników wyhodowanych w ogrodach zoologicznych na pola użytku ekologicznego w Jaworznie. Kolejny przykład to Okapi, które przetrwało do naszych czasów tylko za sprawą ogrodów zoologicznych.

Katastrofalnym błędem jest też oswajanie dzikich zwierząt poprzez ich dokarmianie i fotografowanie się z nimi. Zwierzę dzikie, które utraciło naturalny strach przed człowiekiem, sprowadzi ostatecznie niebezpieczeństwo na siebie. Tracąc czujność i rozwagę, może bardzo szybko zginąć pod kołami samochodu, w paszczy domowego drapieżnika lub od kuli myśliwego czy kłusownika.

Z tego powodu również wszelkie pomysły odchowywania i leczenia dzikich zwierząt na własną rękę nie powinny mieć miejsca. W przypadku drapieżników i dużych zwierząt kopytnych ich oswojenie szybko prowadzi do tego, że stają się zagrożeniem dla ludzi. Oswojony niedźwiedź czy jeleń wymuszający na turystach oddanie posiłku najprawdopodobniej będzie musiał stracić życie lub trafić do klatki.

Szkodliwą formą miłości do zwierząt jest również odrzucanie humanitarnej opcji skrócenia cierpienia dzikiego zwierzęcia poprzez eutanazję, gdy dalsze jego utrzymywanie, leczenie lub rehabilitacja tylko przedłużają jego ból – tak zwane ratowanie na siłę. Dzikie zwierzęta, szczególnie te dorosłe, panicznie boją się ludzi. Jeśli rehabilitacja miałaby ciągnąć się miesiącami, a zwierzę nie kwalifikowałoby się do powrotu na wolność, przy czym każde kolejne wejście opiekuna do woliery wywoływałoby u niego stres, traumy i ryzyko zranienia, eutanazja takiego osobnika staje się dla niego formą pomocy. Szczególnie w przypadku dzikich zwierząt jakość życia jest ważniejsza niż samo jego przedłużanie.

Można też mieć wiedzę, ale nie posiadać empatii. Z taką postawą wiąże się skłonność do uprzedmiotawiania zwierząt. Czyli np. nieudzielenie zwierzęciu pomocy po wypadku komunikacyjnym w postaci zawiadomienia odpowiednich służb. Odjechanie z miejsca wypadku bez reakcji – tym samym skazanie istoty żyjącej na cierpienie.

Gdy brakuje zarówno empatii, jak i wiedzy w stosunku do przyrody, mamy do czynienia z działaniami o niesłychanie wysokiej szkodliwości. Myślę, że nie popełnię wielkiego błędu, gdy podam przykład właścicieli zwierząt egzotycznych, którzy po czasie, znudzeni swoją „zabawką”, pozbywają się jej, wrzucając do środowiska naturalnego. Skazują na śmierć i cierpienie swoje zwierzę albo przyczyniają się do destrukcji rodzimej flory i fauny poprzez wprowadzenie do środowiska kolejnego przedstawiciela gatunku inwazyjnego.

Analogicznym przykładem jest niekontrolowane rozmnażanie i pozbywanie się zwierząt domowych. Ludzie pozbawieni empatii i wiedzy w stosunku do przyrody nie przestrzegają prawa, nie widzą problemu w niszczeniu miejsc lęgowych ptaków czy w ogóle siedlisk gatunków chronionych. Karczowanie drzew, osuszanie stawów czy zanieczyszczanie terenu – w ich rozumieniu cel uświęca środki. Kłusownictwo, sprowadzanie trofeów gatunków ginących – myślę, że przedstawicielami tej grupy są właśnie ludzie pozbawieni wiedzy i empatii.

Czy uważasz, że obecny system prawny w Polsce sprzyja ratowaniu dzikich zwierząt, czy raczej przerzuca odpowiedzialność na jednostki i organizacje społeczne?

Zdecydowanie nie sprzyja ratowaniu dzikich zwierząt. Zapisy w prawie, chociażby w Ustawie o ochronie przyrody czy Ustawie o ochronie zwierząt, dotyczące obowiązku zapewniania opieki i pomocy dzikim, rannym zwierzętom, czy te o ochronie siedlisk i konsekwencjach związanych z ich niszczeniem, są pełne luk, nieprecyzyjne, a przez to w praktyce interpretowane dowolnie lub w ogóle pomijane.

Odnoszę wrażenie, że nawet jeśli przestępstwo, np. związane z niszczeniem ptasich gniazd w okresie lęgowym, zostanie zgłoszone odpowiednim jednostkom, najczęściej policji, sprawa zostaje potraktowana jako czyn o niskiej szkodliwości społecznej i jest umarzana. Naprawdę? Szkodzenie naszemu wspólnemu dobru narodowemu, gatunkom ginącym, jest czynem o niskiej szkodliwości społecznej?

W ten sposób ludzie za zabijanie dzikich zwierząt czy niszczenie ich siedlisk nie ponoszą żadnych konsekwencji, więc w przyszłości czyny będą powtarzane, a to prosta droga do eksterminacji gatunków.

W przypadku udzielania pomocy poszkodowanym dzikim zwierzętom powszechna jest tak zwana „spychologia”. Gminy czy miasta bardzo często nie mają podpisanych umów z żadnym ośrodkiem rehabilitacji dzikich zwierząt. Osoby zgłaszające zdarzenia są odsyłane ze zwierzęciem do ośrodków rehabilitacji czy lekarzy weterynarii na własny koszt, bądź doradza się im pozostawienie zwierzęcia bez pomocy. Najczęściej jednak na miejsce odsyłany jest łowczy, który zwierzę po prostu dobija.

Maria Kuczkiewicz, lekarka weterynarii, autorka projektu: „W imieniu tych, co nie mówią”

Maria Kuczkiewicz, lekarka weterynarii, która od 2013 roku w ramach projektu „W imieniu tych, co nie mówią” zajmuje się rehabilitacją dzikich zwierząt, ochroną gatunków zagrożonych i edukacją ekologiczną społeczeństwa.

Czy był moment, w którym poczułaś, że ta droga – ratowanie dzikich zwierząt i mówienie w ich imieniu – może Cię psychicznie przerosnąć? Jaką cenę płacisz prywatnie za to, że stale konfrontujesz ludzi z niewygodną prawdą o ich wpływie na przyrodę?

To jest bardzo aktualne pytanie, bo szczególnie w ostatnich miesiącach obserwuję nasilony hejt skierowany w moją osobę. Działam już 13 lat i mam za sobą bardzo wiele momentów, w których sytuacje mnie przerastały. Kiedyś z tego powodu zostawiłam projekt na rok i myślałam, że już do niego nie wrócę. Na szczęście, jak już mówiłam, nie potrafię tego zostawić.

Przerastały mnie sytuacje śmierci moich podopiecznych, widok cierpienia dzikich zwierząt, na które skazują je ludzie swoimi działaniami i decyzjami. Wielokrotnie brałam na swoje barki zbyt wiele obowiązków i pomysłów. Pracowałam ponad swoje siły, by tworzyć materiały na strony, zarobić pieniądze na utrzymanie swoje i podopiecznych, no i ratować te zwierzęta. Potrafiłam nie spać wiele nocy z rzędu, nie dojadałam.

W tym wszystkim borykałam się z brakiem zrozumienia ze strony społeczeństwa, również najbliższego otoczenia. W końcu przyszło mi się mierzyć z agresją i obraźliwymi komentarzami skierowanymi w moją osobę w Internecie. Często w tym wszystkim doskwierało mi też poczucie samotności. To wszystko spowodowało, że zapłaciłam wysoką cenę w postaci utraty zdrowia fizycznego i psychicznego. Z częścią dolegliwości będę się mierzyć do końca życia. Czasami bardzo utrudniają mi codzienność.

Chciałabym mimo to zaznaczyć, że mam w sobie tyle determinacji, że ostatecznie zawsze staję na nogi i jestem w tym coraz lepsza. Zasada „co cię nie zabije, to cię wzmocni” działa w moim przypadku wzorowo, haha. Poczyniłam też konkretne kroki, które ograniczą niektóre z powyższych zjawisk, jak hejt na moich stronach. A dla hejterów mam jedno zdanie: nie zatrzymacie mnie.

Zaczęłam bardziej zwracać uwagę na potrzebę odpoczynku i stan zdrowia psychicznego. Teraz już dbam nie tylko o zwierzęta, ale i o siebie. Trochę czasu zajęło mi zrozumienie tego, że moja kondycja ma fundamentalny wpływ na efekty mojej pracy i opiekę nad podopiecznymi. Bardzo ważna jest umiejętność stawiania granic. Nauczył mnie tego i ciągle uczy ten projekt.

Gdybyś mogła wprowadzić jedną systemową zmianę – prawną, infrastrukturalną lub organizacyjną – która realnie uratowałaby najwięcej dzikich zwierząt, co by to było i dlaczego akurat to?

Tylko jedną? Hahaha! W mojej głowie jest cała, długa lista czynników godzących w stan środowiska i przyrody, które mogłoby rozwiązać dobrze napisane prawo, pociągnąć za tym zmiany w zachowaniu ludzi, w infrastrukturze i organizacji całego systemu ochrony przyrody.

Ale wybieram problem, który działa najbardziej destrukcyjnie na wszystkie organizmy żywe, inne czynniki stanowią dodatkowe gwoździe do tej trumny. Mam na myśli ciągłe przyzwolenie na zabijanie i niszczenie siedlisk (miejsc rozrodu, bytowania i żerowania) gatunków ściśle chronionych prawem, których liczebność populacji ma trend spadkowy, a w szczególności tych, o których wiemy już, że są zagrożone wyginięciem.

To niewiarygodne, że dziś takie zwierzęta nie mogą jeszcze liczyć na całkowitą ochronę w tym zakresie. Jeśli na danym terenie występuje taki gatunek, prawo nie powinno dopuszczać żadnych odstępstw i obejść od zakazu niszczenia siedliska takiego gatunku, niezależnie od statusu społecznego interesanta (np. dewelopera), zwłaszcza jeżeli nie ma możliwości zastosowania działań kompensacyjnych – te nie są skuteczne, albo przesiedlanie populacji będzie wiązać się z jej wysoką śmiertelnością.

Gdybyś mogła porozmawiać z samą sobą sprzed 2013 roku – wtedy, gdy dopiero zaczynałaś – co byś jej powiedziała? Czy naprawdę poleciłabyś jej tę samą drogę?

Z czułością i wdzięcznością patrzę na tamtą dziewczynę, chętnie bym ją uściskała i powiedziała: „Jestem dumna, że to wszystko przeszłaś i doniosłaś ten projekt do 2026 roku”.

Gdybym ją zapytała o to, jak widzi jego przyszłość, pewnie trochę zawiodłaby się, konfrontując swoją wizję z tym, w jakim miejscu znajduje się po tych 13 latach. Celowała wyżej i dalej. Myślę, że wydawało jej się, że zmienianie świata będzie łatwiejsze. I tu sprowadziłabym ją delikatnie na ziemię, być może oszczędzając trochę dyskomfortu i cierpienia.

Jestem jednak pewna, że mimo wszystko wybrałaby tę samą drogę. Musiała stanąć po właściwej stronie. Tak wtedy, jak i teraz, walka o to, co słuszne, w imieniu tych, co nie mówią, jest dla niej ważniejsza od życia w spokojnej i wygodnej nieświadomości i stagnacji.

Maria Kuczkowicz jest lekarzem weterynarii, od 2013 roku w ramach swojego projektu ,,W imieniu tych, co nie mówią” zajmuje się rehabilitacją dzikich zwierząt, angażuje w akcje i projekty poświęcone czynnej ochronie gatunków zagrożonych wyginięciem i szeroko pojętą edukacją społeczeństwa w tym zakresie.


Absolwentka Inżynierii Środowiska na Politechnice Warszawskiej. Specjalizuje się w technicznych i naukowych tekstach o przyrodzie, zmianie klimatu i wpływie człowieka na środowisko. W swoich artykułach łączy rzetelną wiedzę inżynierską z pasją do natury i potrzeby życia w zgodzie z otoczeniem. Uwielbia spędzać czas na łonie przyrody – szczególnie na Warmii, gdzie najchętniej odkrywa dzikie zakątki podczas pieszych wędrówek i wypraw kajakowych

4.9/5 - (19 votes)
Subscribe
Powiadom o
3 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Nie jest dla mnie zaskoczeniem, że wywiad rozmowa z Panią Lekarką Weterynarii Marią Kuczkowicz zbiera najwyższe oceny. To jest docenienie tego, co robi, a robi tak dużo dla Przyrody💚
Jestem w roli obserwatora i skromnego Patrona Projektu **W imieniu Tych, co nie mówią** i trochę już wiem, jak ciężką pracę wykonuje Pani Maria.
Jest duża potrzeba uświadamiania i uczenia
Mi-ło-ści do dzikich Zwierząt.
Dzię-ku-ję, że Pani Jest🤞👍💪

Odpowiednia osoba na odpowiednim miejscu. Oby ten ośrodek powstał!

Pani Marysia jest super. Trzymam kciuki, żeby udało się wybudować ten ośrodek!