To my sprawiamy, że zwierząt w mieście jest za dużo. Wywiad z Katarzyną Wypychewicz z Fundacji Mushika
W miastach żyją obok nas stworzenia, które na co dzień pozostają niewidoczne – szczury, gołębie, jeże czy wiewiórki. Ich obecność często budzi kontrowersje i skłania do pytania: kiedy zwierząt w mieście zaczyna być „za dużo”? O tym, jak człowiek wpływa na miejskie populacje i jakie nowoczesne, humanitarne metody zarządzania nimi są testowane, opowiada Katarzyna Wypychewicz, prezeska Fundacji Mushika.
Joanna Szubierajska: Co tak naprawdę sprawia, że zwierząt w miastach zaczyna być „za dużo”?
Katarzyna Wypychewicz: Na obecność zwierząt w miastach w dużej mierze wpływają warunki, które tworzy człowiek. Najważniejsze z nich to łatwy dostęp do pożywienia oraz sposób, w jaki przekształcamy przestrzeń miejską. Dużą rolę odgrywa tu niewłaściwa gospodarka odpadami. Wyrzucanie resztek jedzenia czy brak odpowiedniej segregacji śmieci sprawiają, że zwierzęta znajdują w miastach stałe źródło pokarmu. W takich warunkach łatwiej im przetrwać i funkcjonować w pobliżu ludzi.
Warto też pamiętać, że rozwój miast często oznacza wchodzenie na tereny, które wcześniej były naturalnym siedliskiem wielu gatunków. Wzrost zabudowy i ograniczanie terenów zielonych sprawiają, że zwierzęta zaczynają pojawiać się bliżej ludzi, bo ich dotychczasowa przestrzeń się kurczy.
Dobrym przykładem są szczury. Na co dzień ich nie widzimy, ponieważ żyją głównie w ukryciu. Jednak podczas dużych remontów czy przebudowy infrastruktury ich siedliska bywają niszczone, przez co zwierzęta muszą je opuścić i stają się bardziej widoczne w przestrzeni miasta.
Kiedy można powiedzieć, że populacja wymknęła się spod kontroli i trzeba coś z tym zrobić?
O populacji „wymykającej się spod kontroli” można mówić nie wtedy, gdy zwierząt jest po prostu dużo, ale wtedy, gdy zostaje zaburzona równowaga i pojawiają się realne, mierzalne konsekwencje – na przykład zagrożenie dla zdrowia publicznego, szkody w infrastrukturze czy ryzyko dla bezpieczeństwa ludzi.
W przypadku szczurów kluczowe znaczenie ma przede wszystkim dostęp do pożywienia i odpadów. Jeśli w przestrzeni miejskiej łatwo znaleźć jedzenie, populacje mogą szybko się zwiększać. Dlatego tak ważne jest odpowiedzialne zarządzanie przestrzenią w mieście, na co składa się właściwa gospodarka odpadami, szczelne pojemniki oraz regularne monitorowanie populacji.
Pojedyncza obserwacja szczura nie oznacza jeszcze „plagi”. O problemie można mówić dopiero wtedy, gdy pojawia się trwały i szybki wzrost liczebności, powtarzające się szkody infrastrukturalne albo potwierdzone zagrożenia sanitarne.
Warto też pamiętać, że szczury są częścią miejskiego ekosystemu. Ich obecność w parkach czy na terenach zielonych nie jest niczym niezwykłym – podobnie jak widok wiewiórek czy jeży. Problem zaczyna się wtedy, gdy pojawiają się w budynkach, takich jak domy, restauracje czy przedszkola.
Dobrym przykładem jest Nowy Jork, który od kilku lat zmienia sposób gospodarowania odpadami. Przez dziesięciolecia śmieci były tam wystawiane na chodnikach w workach, co tworzyło łatwy dostęp do pożywienia dla szczurów. Miasto zaczęło stopniowo wprowadzać obowiązkowe zamykane pojemniki na odpady i ograniczać pozostawianie worków na ulicach. Celem tych zmian jest właśnie zmniejszenie dostępu do jedzenia, który napędza wzrost populacji gryzoni.
To pokazuje, że szczury w dużej mierze reagują na warunki, które tworzy człowiek. W miastach, w których dba się o czystość, szczelność infrastruktury i regularny monitoring, populacje tych zwierząt zwykle stabilizują się w naturalny sposób.
Czy są dowody, że antykoncepcja działa lepiej niż to, co robiono do tej pory – czyli odławianie, odstraszanie czy niszczenie miejsc lęgowych?
Coraz więcej danych wskazuje, że w niektórych sytuacjach kontrola rozrodu może być skuteczniejsza niż tradycyjne metody. Antykoncepcja dla szczurów jest obecnie testowana w kilku dużych miastach w Stanach Zjednoczonych, m.in. w Nowym Jorku, Chicago i Waszyngtonie. Wyniki pilotażowych programów są obiecujące, choć bez działań prewencyjnych w dostępie do żywności, antykoncepcja nie rozwiąże całkowicie problemu.
Dotychczasowe doświadczenia pokazują kilka ważnych efektów. Po pierwsze, antykoncepcja ogranicza tempo rozmnażania, dzięki czemu liczebność populacji może stopniowo się stabilizować lub zmniejszać. Po drugie, nie powoduje tzw. „efektu próżni” – po odławianiu czy truciu bardzo często szybko pojawiają się nowe osobniki z okolicznych terenów. W przypadku kontroli płodności struktura populacji pozostaje bardziej stabilna.
Metoda ta ma też znaczenie etyczne i społeczne, ponieważ jest rozwiązaniem nieletalnym, co w wielu miastach staje się coraz ważniejszym elementem polityki zarządzania dzikimi zwierzętami. Jednocześnie warto podkreślić, że tradycyjne metody, takie jak odławianie czy trucie, często dają szybki, ale krótkotrwały efekt. Jeśli nie zmienią się warunki środowiskowe – przede wszystkim dostęp do odpadów i jedzenia – populacja zwykle szybko się odbudowuje.
Dlatego w praktyce najlepsze rezultaty przynosi połączenie kilku działań: ograniczenie dostępu do pożywienia, monitoring populacji oraz – tam, gdzie jest to możliwe – narzędzia ograniczające rozród. Takie podejście coraz częściej traktuje się jako bardziej długofalowy sposób zarządzania populacją zwierząt w miastach.
Czy rozwiązania stosowane u jednego gatunku mogą się sprawdzić u innych? Na przykład – jeśli działa to u ptaków, to czy ma sens myśleć o podobnych metodach u szczurów albo dzików?
Jeśli dana metoda kontroli rozrodu działa u jednego gatunku, może być inspiracją dla innych, ale zawsze wymaga osobnych badań i dostosowania do biologii konkretnego zwierzęcia – jego tempa rozmnażania, sposobu życia i środowiska, w którym funkcjonuje.
Różnią się również same substancje i sposób ich podawania. U ptaków stosuje się na przykład karmę z dodatkiem nicarbazyny, podawaną w okresie lęgowym, która ogranicza rozwój zarodka w jaju i tym samym zmniejsza liczbę wykluwających się piskląt.
W przypadku szczurów testowane są inne związki wpływające na płodność. Należą do nich m.in. substancje oddziałujące na funkcjonowanie jajników i ograniczające liczbę dojrzewających komórek jajowych, takie jak 4-vinylcyclohexene diepoxide (VCD), czy związki naturalnego pochodzenia, jak gossypol – substancja występująca w oleju z nasion bawełny, która może obniżać płodność, zwłaszcza u samców. Badany jest również triptolid, związek roślinny analizowany pod kątem wpływu na zdolności rozrodcze.
W przypadku dzików rozważa się z kolei inne podejście – ze względu na ich rozmiar i sposób życia badane są preparaty podawane w zastrzykach, które wywołują odpowiedź immunologiczną przeciwko hormonom lub białkom kluczowym dla rozrodu.
Pokazuje to, że kontrola płodności może być stosowana u różnych gatunków, ale każdorazowo wymaga dopasowania metody do biologii zwierzęcia oraz do warunków środowiska, w którym dana populacja funkcjonuje.
Czy istnieje ryzyko, że substancje antykoncepcyjne mogą pośrednio wpływać na inne gatunki – na przykład drapieżniki, które zjadają gryzonie? Jak zabezpiecza się takie preparaty, żeby nie zjadły ich przypadkiem inne zwierzęta?
Teoretycznie takie ryzyko jest zawsze analizowane, dlatego każdy preparat stosowany w środowisku musi przejść szczegółową ocenę bezpieczeństwa. W badaniach rozważa się dwa scenariusze: spożycie bezpośrednie, czyli sytuację, w której inny gatunek zje przynętę, oraz spożycie pośrednie, gdy drapieżnik zjadłby zwierzę, które wcześniej przyjęło dany preparat.
W przypadku szczurów w programach pilotażowych stosuje się kilka zabezpieczeń. Przynęty umieszczane są w zamkniętych stacjach deratyzacyjnych, do których dostęp powinny mieć tylko szczury. Otwory w takich stacjach są dopasowane do ich wielkości, a teren jest monitorowany, aby sprawdzić, czy przynęta nie jest wynoszona poza miejsce aplikacji. W tym kontekście warto wspomnieć, że powszechnie używane trutki też mogą dostać się poza taki karmnik a są to substancje o wiele bardziej niebezpieczne.
Wracając do antykoncepcji, ważne jest też precyzyjne dawkowanie – większość środków działa tylko przy określonym, regularnym spożyciu, co dodatkowo ogranicza ryzyko przypadkowego wpływu na inne zwierzęta.
Podobne zasady stosuje się przy programach dla ptaków. W przypadku gołębi karma z dodatkiem nicarbazyny podawana jest w kontrolowanych punktach karmienia, tak aby ograniczyć dostęp innych gatunków. Sama substancja nie działa toksycznie i nie kumuluje się w tkankach, dlatego przy prawidłowo prowadzonym programie ryzyko dla drapieżników, które mogłyby zjeść takie ptaki, uznawane jest za niskie.
Dlatego w praktyce tego typu rozwiązania wprowadza się stopniowo i w ramach programów pilotażowych, które pozwalają monitorować zarówno skuteczność, jak i ewentualny wpływ na inne elementy ekosystemu.
Część osób uważa, że kontrolowanie rozrodu zwierząt jest „nienaturalne”. Jak rozmawiać z takimi obawami?
Trudno nam mówić o naturalności w mieście bo, samo miasto jest środowiskiem bardzo mocno przekształconym przez człowieka. To my tworzymy takie warunki jak stały dostęp do resztek jedzenia, ciepłe piwnice, brak drapieżników, które sprawiają, że niektóre gatunki, jak szczury, rozmnażają się intensywniej, niż miałoby to miejsce w bardziej zrównoważonym ekosystemie.
Idealnie byłoby, gdybyśmy po prostu lepiej dbali o odpady i przestrzeń wspólną. Gdyby nie było łatwego dostępu do pożywienia, populacje stabilizowałyby się w sposób bardziej „naturalny”. I to powinien być pierwszy krok.
Jednocześnie, jako osoba, która bardzo szanuje przyrodę i szuka sposobów na możliwie pokojowe współistnienie ludzi i zwierząt w mieście, postrzegam kontrolę rozrodu raczej jako „mniejsze zło”. W praktyce alternatywą są dziś często cykliczne akcje trucia. W przypadku szczurów stosuje się m.in. antykoagulanty, które powodują wewnętrzne krwotoki i prowadzą do długotrwałej śmierci zwierzęcia.
Antykoncepcja nie jest rozwiązaniem idealnym, ale w porównaniu z metodami śmiertelnymi bywa postrzegana jako bardziej humanitarne i długofalowe narzędzie zarządzania populacją, szczególnie jeśli jest elementem szerszej strategii obejmującej także ograniczanie dostępu do odpadów i lepsze zarządzanie przestrzenią miejską.
Czy Pani zdaniem antykoncepcja zwierząt może kiedyś stać się normalnym narzędziem zarządzania populacjami w miastach?
Myślę, że w przyszłości może to być jedno z narzędzi, które na stałe wpisze się w zarządzanie populacjami zwierząt w miastach. Na pewno jednak nie będzie to rozwiązanie jedyne ani wystarczające samo w sobie.
Ludzie często chcą mieć poczucie sprawczości i szukają szybkiego rozwiązania. Trochę tak jak w przypadku naszego zdrowia – chcielibyśmy wziąć jedną tabletkę i uznać, że problem został rozwiązany. W zarządzaniu populacjami zwierząt w miastach też pojawia się pokusa takiego podejścia: „podajmy preparat i problem zniknie”. W praktyce jednak, podobnie jak w przypadku zdrowia, najważniejsze są długofalowe zmiany naszych zachowań i sposobu zarządzania środowiskiem.
Coraz więcej miast odchodzi dziś od podejścia wyłącznie interwencyjnego – czyli schematu „zgłosić – wytruć – zapomnieć” – na rzecz strategii bardziej systemowych. Obejmują one monitoring populacji, edukację mieszkańców oraz ograniczanie źródeł pożywienia. Antykoncepcja wpisuje się w ten kierunek, ponieważ działa stopniowo i długofalowo, zamiast przynosić krótkotrwały efekt.
Można się spodziewać, że takie rozwiązania będą zyskiwać na znaczeniu także dlatego, że coraz więcej osób zwraca uwagę na humanitarne traktowanie zwierząt i szuka metod, które ograniczają cierpienie w przeciwieństwie do trutkami czy pułapkami lepowymi.
Jednocześnie, jeśli chcemy realnie kontrolować liczebność takich gatunków jak szczury czy gołębie, kluczowe pozostaje ograniczenie dostępu do pożywienia. Chodzi przede wszystkim o niewyrzucanie resztek jedzenia w przestrzeni publicznej, korzystanie z przeznaczonych do tego pojemników oraz usprawnianie systemu gospodarki odpadami – szczelne kontenery, podziemne pojemniki czy częstszy odbiór śmieci.
W praktyce więc nie chodzi tylko o to, żeby było mniej zwierząt, ale o lepsze zarządzanie środowiskiem miejskim, które zmniejsza konflikty między ludźmi a dziką przyrodą.
Na stronie akcji jestemszczurem.pl Fundacja Mushika opublikowała unikalny raport z badań poświęconych szczurom wolno żyjącym. „Nieznani mieszkańcy miasta” to pierwsza tego typu publikacja w Polsce. Jej autorkami są naukowczynie i prawniczki. Przedstawia informacje na temat szczurów, które dla wielu mogą być zaskakujące. Można dowiedzieć się m.in. o ich wrażliwości, empatii wobec innych, wysokiej inteligencji oraz silnie wykształconych zachowaniach rodzinnych.
***
Katarzyna Wypychewicz to założycielka i prezeska Fundacji Mushika, której celem jest systemowa poprawa dobrostanu zwierząt poprzez edukację i działania na poziomie regulacyjnym. Równolegle współzarządza Koronea Family Office, gdzie odpowiada za projekty inwestycyjne związane z transformacją energetyczną i ESG. Jest także prezeską spółki E-Magazyny, w ramach której rozwija wyspecjalizowane media branżowe i współtworzy przestrzeń debaty eksperckiej wokół magazynowania energii i bezpieczeństwa energetycznego.

Absolwentka Inżynierii Środowiska na Politechnice Warszawskiej. Specjalizuje się w technicznych i naukowych tekstach o przyrodzie, zmianie klimatu i wpływie człowieka na środowisko. W swoich artykułach łączy rzetelną wiedzę inżynierską z pasją do natury i potrzeby życia w zgodzie z otoczeniem. Uwielbia spędzać czas na łonie przyrody – szczególnie na Warmii, gdzie najchętniej odkrywa dzikie zakątki podczas pieszych wędrówek i wypraw kajakowych
Opublikowany: 20 marca, 2026 | Zaktualizowany: 6 sierpnia, 2026
