Kenia ma 93 proc. zielonej energii, a prąd wciąż jest drogi. Teraz stawia na atom i potraja ambitny plan
Kenia chce potroić swoje długoterminowe cele energetyczne i jeszcze mocniej postawić na czyste źródła energii. Paradoks? Kraj, który już dziś produkuje aż 93 proc. energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych, wciąż zmaga się z wysokimi rachunkami za prąd. Nowe elektrownie mogą więc nie wystarczyć, jeśli nie zmieni się cały system.

Kenia chce dokonać energetycznego skoku na skalę, jakiej wcześniej nie planowano. Długoterminowy cel rozwoju nowych mocy w czystej energetyce został zwiększony z około 1500 MW do 5500 MW. Plan obejmuje rozwój energetyki geotermalnej i wodnej, a także ambitny program jądrowy, zakładający budowę 2000 MW mocy w atomie.
To kolejny krok kraju, który już teraz należy do światowych liderów zielonej energetyki. Około 93 proc. produkowanej w Kenii energii elektrycznej pochodzi ze źródeł odnawialnych. Dominującą rolę odgrywają m.in. geotermia, hydroenergetyka, wiatr i energia słoneczna.
Jednak za imponującymi statystykami kryje się problem, którego nie rozwiąże samo budowanie kolejnych elektrowni: energia elektryczna w Kenii wciąż jest bardzo droga.
– Dokonaliśmy ponownej kalibracji naszej długoterminowej trajektorii wzrostu z 1500 MW do 5500 MW w ramach rozwoju odnawialnych źródeł energii – powiedział Peter Njenga, dyrektor generalny KenGen, państwowego producenta energii odpowiadającego za około 60 proc. krajowej produkcji elektryczności.
Cel jest jasny: zaspokoić rosnące zapotrzebowanie na energię i zapewnić jej wystarczającą ilość dla rozwijającego się przemysłu. Problem w tym, że więcej zielonych megawatów nie musi oznaczać niższych rachunków. Eksperci podkreślają, że końcowa cena energii zależy od znacznie większej liczby czynników niż koszt jej wyprodukowania. Do rachunku dochodzą koszty finansowania inwestycji, utrzymania i rozbudowy sieci, straty podczas przesyłu i dystrybucji, podatki, kursy walut oraz warunki umów zawieranych z producentami energii.
W efekcie odbiorcy przemysłowi w Kenii płacą obecnie około 0,18–0,23 dolara za kilowatogodzinę. To wielokrotnie więcej niż około 0,03 dolara za kWh w RPA i Egipcie czy 0,05 dolara w Maroku i Etiopii. A to poważny problem dla kraju, który chce przyciągać inwestycje i rozwijać przemysł.
Wysokie ceny energii stały się na tyle poważnym problemem, że kenijscy parlamentarzyści zaczęli naciskać na rząd. W lipcu polecili ministrowi energii Opiyo Wandayi przygotowanie polityki dotyczącej renegocjacji umów na dostawy energii z największymi producentami. Według ustawodawców niższe ceny hurtowe mogłyby dać Kenya Power większą możliwość obniżenia taryf dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw bez pogarszania sytuacji finansowej spółki.
To pokazuje, gdzie leży sedno problemu. Kenia niekoniecznie cierpi dziś na brak zielonej energii. Znacznie większym wyzwaniem jest sposób, w jaki cały system energetyczny został zbudowany i finansowany.
– Aby zrozumieć czynniki wpływające na końcowy koszt energii, należy spojrzeć na cały system energetyczny holistycznie – podkreśla Mugwe Manga, dyrektor ds. finansów klimatycznych w organizacji FSD Kenya.
Jednym z największych problemów jest stan i efektywność sieci elektroenergetycznej. Według Mangi ponad 20 proc. energii elektrycznej w Kenii jest tracone w wyniku problemów technicznych oraz nielegalnych podłączeń. Dla porównania światowa średnia wynosi około 8-10 proc. To oznacza, że ogromna część wyprodukowanej energii nigdy nie trafia do odbiorców, którzy za nią płacą.
– To doskonała okazja do poprawy efektywności i przekazania jej odbiorcom końcowym poprzez obniżone taryfy – wskazuje Manga.
Innymi słowy: zanim powstaną kolejne wielkie elektrownie, Kenia może potrzebować przede wszystkim naprawy energetycznego „dziurawego wiadra”. Produkowanie coraz większej ilości czystego prądu ma ograniczony sens, jeśli znaczna jego część ginie w systemie przesyłowym.
Kolejnym problemem pozostaje finansowanie. Projekty energetyki odnawialnej w Afryce często muszą być finansowane znacznie droższym kapitałem niż podobne inwestycje realizowane w Europie czy innych bogatych gospodarkach. Inwestorzy postrzegają afrykańskie projekty jako bardziej ryzykowne, dlatego oczekują wyższych stóp zwrotu. A koszt drogiego kredytu nie znika. Ostatecznie trafia do rachunku.
Kenia, w przeciwieństwie do takich państw jak Maroko, Egipt czy Chiny, stosuje również ograniczone bezpośrednie subsydia, które mogłyby łagodzić ceny energii dla odbiorców. Dlatego nawet jeśli sama produkcja energii z geotermii, wiatru czy słońca jest konkurencyjna cenowo, konsument nadal płaci za cały łańcuch kosztów: elektrownię, kredyt, sieć, straty energii, podatki i wahania kursów walut.
Pod szczególną obserwacją znalazły się umowy zakupu energii zawierane z niezależnymi producentami. Prywatni wytwórcy dostarczają około 40 proc. całkowitej mocy w ramach długoterminowych kontraktów, zawieranych po liberalizacji kenijskiego rynku energetycznego pod koniec lat 90. Niektóre z tych umów zawierają klauzule typu „bierz lub płać”. Oznaczają one, że odbiorca zobowiązuje się do zapłaty określonej kwoty nawet wtedy, gdy zakontraktowana energia nie zostanie w pełni wykorzystana.
Krytycy twierdzą, że w ten sposób konsumenci mogą płacić za energię, której system faktycznie nie potrzebuje. Z drugiej strony takie gwarancje były ważnym mechanizmem pozwalającym inwestorom zdobywać finansowanie na kosztowne projekty energetyczne. Bank, który finansuje budowę elektrowni, chce przecież wiedzieć, że jej właściciel będzie miał zapewnione przychody. I właśnie dlatego rozwiązanie problemu nie jest tak proste, jak zwykłe polecenie: „obniżcie ceny”.
– Baza zasobów odnawialnych Kenii stanowi ogromną zaletę, ale ceny energii elektrycznej są kształtowane przez cały system, a nie tylko przez koszty jej wytwarzania – podkreśla Albert Nganga, starszy menedżer ds. regulacji w CrossBoundary Energy.
Jak zaznacza, cena zależy również od tego, jak energia jest kontraktowana, przesyłana, dystrybuowana i jak odzyskiwane są koszty całego systemu.
Wzrost planowanych mocy do 5500 MW ma pomóc Kenii sprostać rosnącemu zapotrzebowaniu na energię i wesprzeć industrializację kraju. Szczególnie interesująca jest rola geotermii. Kenia ma wyjątkowe warunki do jej rozwoju dzięki położeniu w obrębie Wielkiego Rowu Afrykańskiego. W przeciwieństwie do energii słonecznej czy wiatrowej geotermia może zapewniać stabilną produkcję energii przez całą dobę, co czyni ją niezwykle cennym źródłem dla systemu energetycznego. Plan zakłada również 700 MW nowych mocy w energetyce wodnej oraz aż 2000 MW w energetyce jądrowej.
To ostatnie założenie pokazuje, że Kenia nie zamierza ograniczać swojej strategii wyłącznie do tradycyjnie rozumianych odnawialnych źródeł energii. Atom ma zapewnić dużą, stabilną produkcję energii i wesprzeć rozwój gospodarczy.
Jednocześnie warto zauważyć pewną nieścisłość w przedstawianiu całego planu jako rozbudowy „energii odnawialnej”. Energetyka jądrowa nie jest odnawialnym źródłem energii, choć jest źródłem niskoemisyjnym. Precyzyjniej byłoby więc mówić o rozbudowie niskoemisyjnego systemu energetycznego, obejmującego zarówno OZE, jak i energetykę jądrową.
Kenia ma ogromny potencjał. Już dziś większość jej energii elektrycznej pochodzi z czystych źródeł, a kraj chce jeszcze bardziej zwiększyć produkcję. Jednak przykład Kenii pokazuje, że transformacja energetyczna to znacznie więcej niż liczba paneli, turbin czy megawatów.
Można mieć jeden z najbardziej „zielonych” miksów energetycznych na świecie, a jednocześnie zmagać się z wysokimi cenami energii.
– Prawdziwym testem będzie to, czy dodatkowej czystej generacji towarzyszyć będą reformy obniżające koszty energii elektrycznej dla konsumentów – podkreśla Cynthia Angweya-Muhati, dyrektor generalna Kenijskiego Stowarzyszenia Energii Odnawialnej.
I właśnie to może okazać się najtrudniejszą częścią kenijskiej rewolucji energetycznej.
Bo wybudowanie kolejnej elektrowni to jedno. Sprawienie, by tani prąd rzeczywiście dotarł do ludzi i firm – to zupełnie inne wyzwanie.

Absolwentka Inżynierii Środowiska na Politechnice Warszawskiej. Specjalizuje się w technicznych i naukowych tekstach o przyrodzie, zmianie klimatu i wpływie człowieka na środowisko. W swoich artykułach łączy rzetelną wiedzę inżynierską z pasją do natury i potrzeby życia w zgodzie z otoczeniem. Uwielbia spędzać czas na łonie przyrody – szczególnie na Warmii, gdzie najchętniej odkrywa dzikie zakątki podczas pieszych wędrówek i wypraw kajakowych
Opublikowany: 19 sierpnia, 2026