Dr inż. Aneta Sikora: „Myślenie, że pszczoła miodna uratuje nas pod kątem gospodarczym i przyrodniczym, jest błędne”
Pszczoła miodna od lat uchodzi za symbol ratowania przyrody, ale to tylko część prawdy. Dziko żyjące zapylacze znikają, a wraz z nimi słabnie system zależności, od którego zależy funkcjonowanie ekosystemów i produkcja żywności. O tym, dlaczego nie wystarczy „ratować pszczół”, jak naprawdę pomagać zapylaczom i czego wciąż nie rozumiemy o przyrodzie, rozmawiamy z dr inż. Anetą Sikorą, przyrodniczką, edukatorką i Prezeską Fundacji Ochrony Trzmieli, która każdego dnia dba o dobro i los owadów zapylających.
Joanna Szubierajska: Jak wygląda obecnie kondycja pszczołowatych w Polsce? Czy ich przybywa, czy wręcz przeciwnie? Pojawiają się jakieś nowe gatunki, a inne znikają?
Dr inż. Aneta Sikora: Na całym świecie widoczna jest tendencja spadkowa – zarówno jeśli chodzi o liczebność, jak i bogactwo gatunkowe. Musimy jednak wziąć pod uwagę, że to niezwykle zróżnicowany świat. Do owadów zapylających zaliczają się także gatunki hodowlane. W kontekście hodowli mamy kontrolę nad liczebnością owadów i celowo ją zwiększamy.
Z punktu widzenia ochrony przyrody nie możemy jednak oceniać sytuacji wyłącznie przez pryzmat liczebności pszczoły miodnej. Gdybyśmy brali pod uwagę tylko ten jeden parametr, mogłoby się wydawać, że wszystko jest w porządku i owadów jest wystarczająco dużo. Tymczasem ogólna tendencja dla wszystkich dziko występujących owadów zapylających jest spadkowa – zarówno w Polsce, jak i w całej Europie czy na świecie.
Odnosząc się do pytania o zmiany w gatunkach: tak, są takie, które zwiększają zasięg swojego występowania. Wynika to m.in. ze zmian klimatu i globalnego ocieplenia, przez które gatunki z południa wędrują na północ Europy, w tym do Polski. Przykładem jest zadrzechnia (Xylocopa) , którą od kilku lat obserwujemy już praktycznie w całym kraju. Ona doskonale reaguje na te zmiany środowiskowe.
Innym przykładem jest trzmiel Bombus haematurus, który nie ma jeszcze oficjalnej polskiej nazwy, ale możemy go określić trzmielem krwistoodwłokowym, ponieważ końcówka jego odwłoka jest intensywnie czerwona. On również reaguje pozytywnie, rozszerzając swoje zasięgi.
Jeśli jednak spojrzymy na ogół trzmieli przez pryzmat ocieplenia klimatu, to jest to grupa bardzo zagrożona. Trzmiele preferują klimat chłodny i umiarkowany. Mapy i prognozy pokazujące, jak mogą zareagować na dalsze ocieplenie, nie napawają optymizmem. Przykładowo, bardzo pospolity obecnie trzmiel kamiennik według prognoz na rok 2100 może już w ogóle nie mieć w Polsce odpowiednich siedlisk do życia.
To nie są dobre wiadomości. Na co dzień chyba nie zdajemy sobie z tego sprawy, bo obserwując przyrodę, widzimy głównie pszczoły miodne. Mam wrażenie, że trzmiele i dzikie zapylacze mają znacznie gorszy PR niż pszczoła miodna. Z czego to wynika i czym właściwie różni się trzmiel od pszczoły miodnej?
Aby to wyjaśnić, musimy najpierw ogólnie opowiedzieć o tym, czym są pszczoły. Stanowią one bardzo dużą nadrodzinę. Żeby było jeszcze trudniej, systematycy włączyli do niej również grzebacze – owady, które wyglądem przypominają pszczoły, ale żywią się pokarmem mięsnym, czyli są drapieżnikami. Nadrodzina pszczoły (Apoidea) została podzielona na dwie serie: grzebaczokształtne i pszczołokształtne.
Skupmy się na pszczołokształtnych. Na świecie żyje ponad 20 000 ich gatunków, a w Polsce około 500. Są to owady, które żywią się wyłącznie pyłkiem i nektarem kwiatów. Dzięki tej ścisłej symbiozie są doskonałymi zapylaczami. Ich budowa morfologiczna jest idealnie przystosowana do zbierania pyłku i sięgania po nektar. Relacja między pszczołą a kwiatem to doskonały związek, który skutkuje zapyleniem, owocowaniem roślin i ich przetrwaniem.
Czym zatem różni się pszczoła miodna od trzmiela? Zarówno jedne, jak i drugie to pszczoły społeczne, czyli tworzące społeczności. Różnica tkwi w cyklu życiowym. Pszczoła miodna tworzy trwałą społeczność, która funkcjonuje z roku na rok – zimą w ulu zostają robotnice wraz z królową i cała rodzina wspólnie przetrwa do nowego sezonu.
U trzmieli jesienią cała rodzina ginie. Zostają jedynie zapłodnione, młode matki które zimują samotnie i dopiero wiosną samodzielnie dają początek nowemu cyklowi. Warto też dodać, że w Polsce mamy tylko jeden gatunek pszczoły miodnej i około 40 gatunków trzmieli. Cała reszta – czyli ogromna większość – to pszczoły samotnice. Nie mają one robotnic ani rodzin. Mogą czasem gniazdować w większych skupiskach, co ludzie mylą z rojem pszczoły miodnej, ale wciąż są to pszczoły samotne.
Czy trzmiele oraz inne dzikie zapylacze są w stanie zastąpić pszczołę miodną? Czy ich praca jest porównywalna, a może nawet bardziej wartościowa? Odnoszę wrażenie, że nie doceniamy roli.
Z pszczołą miodną żyjemy w ścisłej relacji od tysięcy lat. Znamy ją, obserwujemy i w naszej świadomości mocno zakorzeniło się przekonanie, że jest to owad pożyteczny, bo daje nam miód. Musimy jednak pamiętać, że choć pszczoła miodna jest doskonałym zapylaczem, to nie jest zapylaczem uniwersalnym.
Wyobraźmy sobie wczesną wiosnę, gdy zakwitają sady owocowe. Pszczoła miodna ma swój dom (ul) oraz zapasy pokarmu. Jeśli pogoda wiosną będzie niesprzyjająca – będzie za chłodno lub deszczowo – ona po prostu z ula nie wyleci. Wtedy ten krótki moment kwitnienia drzew i krzewów owocowych może zostać bezpowrotnie stracony, bo kwiaty nie zostaną zapylone.
W tym samym czasie działa jednak cała rzesza pszczół samotnic. One nie mają ula, w którym mogłyby przeczekać złą pogodę, a ich czas życia jest dokładnie zsynchronizowany z okresem kwitnienia danych roślin. One nie mają wyjścia – bez względu na aurę muszą wylecieć po pokarm, a przy okazji zapylają kwiaty. Z tego powodu opieranie się wyłącznie na pszczole miodnej w rolnictwie i ogrodnictwie jest niezwykle ryzykowne.
Trzmiele z kolei dysponują unikalnym systemem zwanym zapylaniem wibracyjnym (ang. buzz pollination). Rośliny z rodziny psiankowatych mają specyficzną budowę kwiatów. Pyłek jest w nich mocno zamknięty. Trzmiel siada na takim kwiecie i wprawia swoje ciało w silne wibracje, pod wpływem tych drgań kwiat się otwiera i wysypuje pyłek. Ani pszczoła miodna, ani mniejsze samotnice tego nie potrafią.
Dlatego trzmiele są niezastąpione – również w uprawach szklarniowych, gdzie do zapylania pomidorów wykorzystuje się hodowlane rodziny trzmiele. Pszczoła miodna w takich warunkach sobie nie radzi.
Czyli nasze postrzeganie pszczoły miodnej jako najefektywniejszego zapylacza stanowi uproszczenie
Konkretne rośliny mają swoje ściśle dopasowane odpowiedniki w świecie owadów. Myślenie, że pszczoła miodna uratuje nas pod kątem gospodarczym i przyrodniczym, jest błędne. Naszym zadaniem jest ochrona wszystkich zapylaczy. Musimy pozwolić przyrodzie funkcjonować w taki sposób, jaki wypracowywała przez miliony lat. To doskonały i prosty mechanizm. Ludzkie próby naśladowania tych procesów często zawodzą, ponieważ wielu korelacji w ekosystemie nawet nie dostrzegamy na pierwszy rzut oka.
Jedynym skutecznym sposobem pomocy jest pozostawienie owadom odpowiednich siedlisk. Nie jestem zwolenniczką ochrony przyrody skupionej wyłącznie na pojedynczych, odizolowanych gatunkach. Żaden zagrożony owad nie przetrwa bez bazy pokarmowej w postaci konkretnych roślin, bez odpowiedniego miejsca do gniazdowania czy korytarzy ekologicznych. O przyrodzie musimy myśleć całościowo, jako o sieci połączonych siedlisk, które gwarantują przestrzeń do życia, rozmnażania i rozprzestrzeniania się.
Jak w takim razie powinny wyglądać te siedliska? Wspomniała Pani, że populacja trzmieli i dzikich zapylaczy kurczy się przez zmianę klimatu, a krajobraz rolniczy również drastycznie się zmienia. Co możemy zrobić, aby te populacje odbudować lub chociaż zatrzymać ten spadkowy trend?
Przede wszystkim siedliska powinny być jak najbardziej naturalne. Im więcej dzikich zakątków, różnorodnych gatunków roślin i miejsc dogodnych do gniazdowania, tym lepiej. Kluczowa jest ciągłość kwitnienia roślin od wiosny aż do jesieni.
Musimy też pamiętać, że pojedyncza, wyizolowana łąka nie zapewni owadom przetrwania w dłuższej perspektywie. Organizmy mają dwa główne cele: rozmnożyć się i przemieścić. Przemieszczanie jest niezbędne do zachowania bioróżnorodności na poziomie genetycznym – osobniki z różnych populacji muszą się ze sobą krzyżować. Tutaj kluczową rolę odgrywają korytarze ekologiczne.
Czy takimi korytarzami mogą być na przykład miedze na polach uprawnych?
Tak, miedze są świetnym przykładem. Mogą to być również brzegi rzek, wały, pasy zieleni – wszędzie tam, gdzie owad może bezpiecznie przelecieć, zatrzymać się, pożywić i znaleźć nowe, odpowiednie dla siebie miejsce.
Dlaczego właściwie boimy się owadów, owadów „bzyczących” w szczególności
Myślę, że to lęk atawistyczny, zakodowany w ewolucyjnej pamięci: słysząc bzyczenie, instynktownie chcemy uciekać lub się bronić. Zdałam sobie sprawę, że sama mam ten mechanizm, mimo że jestem entomologiem i przyrodnikiem. Na moim balkonie założyły gniazdo samotne osy z rodzaju bolica (Symmorphus) Moja pięcioletnia córka przybiegła do mnie z informacją: „Mamo, mamo, osy!”. W pierwszej sekundzie nie wygrała we mnie wiedza przyrodnicza, tylko czysty instynkt macierzyński, który podpowiadał: „Czy muszę te osy zlikwidować?”. Złapałam się na tym, jak silne są te automatyczne myśli.
To było dla mnie bardzo pouczające doświadczenie. Pomyślałam, że gdyby moje życie potoczyło się inaczej i nie miałabym tej wiedzy, prawdopodobnie zareagowałabym agresją w obronie dziecka. To pokazuje, jak fundamentalne znaczenie ma edukacja. Musimy być blisko przyrody – i nie mam tu na myśli wyłącznie wypraw do parków narodowych czy rezerwatów. Chodzi o tę najbliższą przyrodę, którą spotykamy na balkonie, w ogródku, na trawniku czy w miejskim parku.
Czyli kluczem są codzienna obserwacja i ciekawość?
Aneta Sikora: Dokładnie tak. Obserwacja i ciekawość dają nam kontrolę nad instynktownym lękiem. Nie musimy się tego strachu wstydzić ani go wypierać. Najpierw trzeba zrozumieć, jak funkcjonujemy jako ludzie i co mamy zakodowane, a dopiero potem zacząć tym mądrze zarządzać.
Wracając do sytuacji na balkonie: wzięłam córkę za rękę, stanęłyśmy w bezpiecznej odległości i zaczęłyśmy obserwować, jak osa pracowicie zaopatruje swoje gniazdo. Nagrałyśmy filmiki, zrobiłyśmy zdjęcia. Uznałam, że to najlepsza możliwa lekcja ochrony przyrody dla mojego dziecka. Teraz cieszymy się, że te osy z nami mieszkają, mimo że to owady żądlące, a ja jako matka nie wiedziałam wtedy, czy moja córka nie jest uczulona na ich jad.
Rozumiem. Chciałabym jeszcze poruszyć kwestię miast. Obecnie modne staje się inwestowanie w miejskie łąki kwietne, ule na dachach czy hotele dla owadów. Czy to są jedynie działania PR-owe, czy realna pomoc dla pszczołowatych? Czy takie inicjatywy mogą w jakiś sposób szkodzić przyrodzie?
Każdy kij ma dwa końce i niestety, kiedy człowiek bez odpowiedniej wiedzy zabiera się za pomaganie przyrodzie, często ujawniają się negatywne skutki tych działań. Jeśli masowo wprowadzamy pszczołę miodną na dachy miejskich budynków, nie dbając jednocześnie o zwiększenie bazy pożytkowej (czyli liczby kwitnących roślin), tworzymy sytuację kryzysową.
Pszczoły miodne zaczynają drastycznie konkurować o pokarm z dzikimi zapylaczami. Pszczoła miodna ma aparat gębowy o określonej długości (około 7 mm) i będzie rywalizować o te same rośliny, z których korzystają rodzime, dzikie gatunki. Co gorsza, pszczoły hodowlane mogą być wektorami chorób. Zostawiają patogeny na kwiatach, skąd łatwo przenoszą się one na dzikie owady. Trzeba więc podchodzić do tego z ogromną ostrożnością.
Podobnie wygląda sytuacja z hotelami (domkami) dla zapylaczy. Tworzymy sztuczne skupiska, które w naturze nie występują. W środowisku naturalnym owady gniazdujące np. w rurkach trzcinowych są rozproszone na znacznie większym obszarze. W domku dla owadów w pierwszym roku warunki mogą być świetne, ale w kolejnych latach takie nagromadzenie staje się idealnym siedliskiem dla pasożytów, grzybów i chorób.
Domki dla owadów mogą spełniać funkcję przyrodniczą i edukacyjną, ale pod jednym warunkiem: ktoś musi się nimi regularnie opiekować, czyścić je i wymieniać materiał gniazdowy (np. rurki trzcinowe) co sezon. Skoro stworzyliśmy coś sztucznego, musimy to pielęgnować.
Zdecydowanie lepszym i bezpieczniejszym rozwiązaniem są miejskie łąki kwietne oraz rabaty z roślinami miododajnymi. Czasem wystarczą jednak zupełnie proste zmiany: ograniczenie lub zmiana terminów koszenia trawników, omijanie miejsc, w których akurat kwitną kwiaty, i pozostawianie dzikich zakątków.
Dziko żyjące pszczoły potrzebują nie tylko jedzenia, ale i zróżnicowanych miejsc do gniazdowania. Przestrzenie, które z ludzkiej perspektywy wyglądają na zaniedbane i które często nazywamy „nieużytkami”, dla przyrody są bezcenne. W ekosystemie nie ma czegoś takiego jak pustka – natura natychmiast zagospodarowuje wolną przestrzeń. To, co dla nas jest nieestetyczne, dla owadów może być najlepszym domem.
Oczywiście musimy też uważać na inwazyjne gatunki roślin, które wypierają te rodzime,Powinniśmy obserwować i podejmować świadome, mądre decyzje, zawsze dostosowane do specyfiki konkretnego miejsca.
Na koniec chciałabym zapytać, jak każdy z nas może realnie pomóc owadom w swoim codziennym życiu? Lepsze jest działanie, czy po prostu odpuszczenie i pozwolenie przyrodzie na autonomię.
Moim zdaniem kluczem jest edukacja – i to przede wszystkim edukowanie samych siebie. Nie chodzi nawet o czytanie skomplikowanych opracowań naukowych, choć wartościowa literatura jest oczywiście ważna. Żadna książka nie da nam jednak tyle, ile własne doświadczenie i obserwacja.
Wystarczy podczas spaceru w parku usiąść na chwilę przy roślinie, którą na co dzień ignorujemy lub uważamy za chwast – choćby przy zwykłej koniczynie – i przyjrzeć się, jakie owady na niej lądują. Taka drobna rzecz może diametralnie zmienić naszą perspektywę i wrażliwość, a to właśnie od zmiany myślenia zaczynają się mądre decyzje. Możemy mieć ogromne fundusze i wspaniałe plany pomocy pszczołom, ale jeśli nie oprzemy ich na rzetelnej wiedzy i zrozumieniu, jak działa przyroda, te działania zakończą się fiaskem.
Zacznijmy od siebie. Nie wstydźmy się również swoich lęków przed owadami. Nie jestem zwolenniczką wytykania ludziom ich fobii. Sama panicznie boję się psów i muszę sobie z tym radzić. Kiedy więc ktoś przychodzi na moje zajęcia i mówi, że boi się owadów, odpowiadam: „Świetnie, mamy nad czym pracować”. Ten strach da się oswoić.
Aby pomóc, nie musimy od razu zakładać wielkich ogrodów botanicznych czy arboretów na własnej posesji. Wystarczy rzadziej kosić trawnik, zostawić nieskoszony fragment z kwitnącymi kwiatami i pozwolić naturze działać. Dla dzikich zapylaczy to już będzie ogromna pomoc.

Absolwentka Inżynierii Środowiska na Politechnice Warszawskiej. Specjalizuje się w technicznych i naukowych tekstach o przyrodzie, zmianie klimatu i wpływie człowieka na środowisko. W swoich artykułach łączy rzetelną wiedzę inżynierską z pasją do natury i potrzeby życia w zgodzie z otoczeniem. Uwielbia spędzać czas na łonie przyrody – szczególnie na Warmii, gdzie najchętniej odkrywa dzikie zakątki podczas pieszych wędrówek i wypraw kajakowych
Opublikowany: 20 maja, 2026
