Odprowadzamy wodę od lat. Teraz płacimy za to suszą. Wywiad z prof. Bogdanem Chojnickim - Ekologia.pl
Ekologia.pl Środowisko Odprowadzamy wodę od lat. Teraz płacimy za to suszą. Wywiad z prof. Bogdanem Chojnickim

Odprowadzamy wodę od lat. Teraz płacimy za to suszą. Wywiad z prof. Bogdanem Chojnickim

Susza w Polsce nie jest wyłącznie skutkiem zmiany klimatu, ale także wieloletniego sposobu myślenia o wodzie i jej gospodarowaniu, opartego na szybkim odprowadzaniu jej z krajobrazu. Ten model zakorzeniony historycznie i utrwalony w praktyce melioracyjnej oraz urbanistycznej dziś przestaje działać w warunkach rosnących temperatur i coraz częstszych deficytów wody – mówi w rozmowie z Ekologia.pl dr hab. inż. Bogdan Chojnicki z Pracowni Bioklimatologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.

Profesor Bogdan Chojnicki. Foto: Archiwum prywatne

Profesor Bogdan Chojnicki. Foto: Archiwum prywatne

Joanna Szubierajska: Widać, że problem suszy staje się coraz bardziej dotkliwy. Na ile wynika on ze zmiany klimatu, a na ile z błędów w projektowaniu gospodarki wodnej i zagospodarowaniu przestrzeni?

Dr hab. inż. Bogdan Chojnicki: To bardzo ciekawe pytanie, ale chyba trzeba zacząć od kontekstu historycznego tej sytuacji. Przez wiele lat budowaliśmy naszą rzeczywistość w przekonaniu, że wodę należy jak najszybciej odprowadzać wszędzie tam, gdzie to tylko możliwe. Jeśli spojrzymy na systemy melioracyjne, to w większości przypadków były one nastawione właśnie na odprowadzanie wody z naszego otoczenia.

To pewnego rodzaju historyczne dziedzictwo, które wciąż funkcjonuje w naszej mentalności. Nadal myślimy o wodzie w kategoriach czegoś, co trzeba kontrolować, a przede wszystkim usuwać. Efektem tego jest osuszanie wielu terenów. Warto pamiętać, że Polska przez wieki była postrzegana jako kraina bagien i mokradeł. Do dziś funkcjonuje przecież powiedzenie „osuszyć bagno”, które ma pozytywne znaczenie. Innymi słowy w naszej kulturze nadal dominuje przekonanie, że osuszanie jest czymś korzystnym. Tak samo wygląda to w zarządzaniu wodą: kontrola nad wodą w praktyce często oznacza jej odprowadzanie.
Być może nie mielibyśmy dziś aż tak dużego problemu, gdyby nie zmiana klimatu, która całkowicie zmienia zasady gry. Myślenie w kategorii „odprowadzać, odprowadzać i jeszcze raz odprowadzać” sprawdzało się w innych warunkach, ale dziś – przy wzroście temperatury – sprawia, że stajemy się coraz bardziej bezbronni wobec niedoboru wody w krajobrazie.

I tutaj dochodzimy do pożarów Puszczy Solskiej. Pamiętajmy, że sam wybuch pożaru często jest zdarzeniem przypadkowym. W Polsce pożary powstają w różnych miejscach i często z bardzo różnych przyczyn, ale w większości przypadków odpowiada za nie człowiek – czy to poprzez celowe podpalenie, czy przez nieostrożność.

Natomiast wraz ze wzrostem temperatury i coraz częstszymi okresami deficytu wodnego wysycha ściółka leśna, czyli pojawia się jeden z podstawowych warunków do rozwoju gwałtownego pożaru. Mówiąc kolokwialnie – okazja czyni złodzieja. Zmiana klimatu nie powoduje samego podpalenia, ale tworzy idealne warunki do tego, by ogień rozprzestrzeniał się szybciej i był znacznie trudniejszy do opanowania.

Warto też pamiętać, że nasze służby pożarnicze bardzo intensywnie się rozwijają i to jest oczywiście dobra wiadomość. Jednak mamy dziś do czynienia z pewnym wyścigiem między zmianą klimatu a możliwościami straży pożarnej. Czasami ten wyścig kończy się właśnie takimi pożarami, jak w Puszczy Solskiej.

Nie chodzi nawet o to, że pożarów będzie znacznie więcej, bo większość z nich i tak powoduje człowiek. Problemem jest ich intensywność. W warunkach wysokiej temperatury i suszy pożary rozwijają się dynamicznie, są trudniejsze do opanowania, a dodatkowo może brakować wody potrzebnej do gaszenia.

Dlatego infrastruktura przeciwpożarowa musi się rozwijać i dostosowywać do zmiany klimatu. To już jest realny koszt zmiany klimatu – koszt, którego często nie dostrzegamy, ale który ponosimy każdego dnia. Pożar w Puszczy Solskiej był przykładem sytuacji, w której ogień trafił na idealne warunki do rozwoju. I właśnie z tym będą coraz częściej się mierzyć nasi strażacy – nie tyle z większą liczbą pożarów, co z pożarami bardziej niebezpiecznymi i trudniejszymi do ugaszenia.

Nadal myślimy o wodzie w kategoriach czegoś, co trzeba kontrolować, a przede wszystkim usuwać. Efektem tego jest osuszanie wielu terenów. Warto pamiętać, że Polska przez wieki była postrzegana jako kraina bagien i mokradeł. Do dziś funkcjonuje przecież powiedzenie „osuszyć bagno”, które ma pozytywne znaczenie. Innymi słowy w naszej kulturze nadal dominuje przekonanie, że osuszanie jest czymś korzystnym.

To również koszt społeczny – podobnie jak dopłaty suszowe. Często o tym nie myślimy, bo pieniądze pochodzą ze środków publicznych, ale to wszystko ma bardzo konkretny wymiar ekonomiczny. Zmiana klimatu nie zawsze wygląda jak katastroficzny obraz z filmu. Często oznacza po prostu stopniową zmianę warunków funkcjonowania i przesuwanie nas w stronę coraz większego ryzyka.

Widać to zresztą w całej Europie. Nasi strażacy jeżdżą pomagać przy gaszeniu pożarów w Grecji właśnie dlatego, że tamtejsze zjawiska są coraz bardziej ekstremalne. I nie zdziwiłbym się, gdyby w przyszłości strażacy z innych krajów pomagali także w Polsce. Te zjawiska stają się po prostu coraz bardziej brutalne.

Trzeba jednak podkreślić, że zarówno straż pożarna, jak i Lasy Państwowe działają dziś bardzo sprawnie i pod tym względem możemy czuć się stosunkowo bezpiecznie.

Czyli mamy tutaj połączenie kilku czynników – zmiany klimatu i błędów w gospodarce wodnej?

Niestety tak. Te błędy często widać choćby w dalszym prostowaniu i niepotrzebnym czyszczeniu rowów melioracyjnych.

Ale dlaczego takie działania prowadzi się nawet na terenach leśnych? Teoretycznie nie są to obszary intensywnie użytkowane przez ludzi, więc po co ingerować w ich naturalny charakter?

Jeśli chodzi o lasy, trzeba podkreślić, że Lasy Państwowe wykonują dziś ogromną pracę związaną z retencją krajobrazową, między innymi w ramach programu FEnIKS. Natomiast problem dotyczy raczej ogólnego sposobu myślenia o wodzie. Lasy Państwowe od lat doświadczają skutków zmiany klimatu i doskonale wiedzą, że brak wody oraz wysokie temperatury oznaczają ogromne straty. Wciąż jednak funkcjonuje stary model myślenia, według którego wodę należy jak najszybciej odprowadzać. I właśnie zmiana tego paradygmatu jest dziś jednym z największych wyzwań cywilizacyjnych.

Oczywiście nie chodzi o to, żeby nigdzie nie odprowadzać wody. Problem polega na tym, że musimy nauczyć się zatrzymywać ją tam, gdzie to możliwe, i przekonać do tego społeczeństwo. To wymaga całkowitej zmiany podejścia do wody.

W miastach też to widać. Woda opadowa spływa do kanalizacji i właściwie natychmiast znika.

I tutaj płynnie przechodzimy do idei miasta-gąbki i krajobrazu-gąbki.

Właśnie – często mówi pan o mokradłach i krajobrazie-gąbce, który może wspierać naturalną retencję.

Tak. I warto podkreślić, że miasta również powinny działać jak gąbki. Dziś, gdy pojawia się intensywny opad, pierwszą reakcją jest pytanie: „czy kanalizacja to wytrzyma?”. Tymczasem powinniśmy raczej pytać: „ile tej wody jesteśmy w stanie zatrzymać na miejscu?”.

Można to robić na wiele sposobów – poprzez ogrody deszczowe, zieloną infrastrukturę, mikroretencję czy odbudowę terenów podmokłych. Logika miasta-gąbki i krajobrazu-gąbki jest taka sama: zatrzymać wodę jak najdłużej. Wzrost temperatury oznacza coraz częstsze i dłuższe okresy suszy, dlatego budowanie odporności na zmianę klimatu wymaga właśnie przytrzymywania wody.
Dziś nadal dominuje przekaz: „usuńmy wodę jak najszybciej, bo jest zagrożeniem”. Tymczasem powinniśmy myśleć odwrotnie – zatrzymać tyle wody, ile się da, a dopiero nadmiar odprowadzić.

I tego właśnie bardzo brakuje w debacie publicznej. Betonowanie przestrzeni sprawia, że woda nie ma gdzie wsiąkać, więc przy silniejszych opadach jesteśmy zmuszeni budować coraz większe systemy odprowadzania. Rozwiązujemy problem chwilowo, ale nie myślimy długofalowo. Odpowiedzią jest właśnie krajobraz-gąbka i miasto-gąbka.

Mokradła są tutaj szczególnie ważne. Działają jak naturalny półprzepuszczalny korek – spowalniają odpływ wody z krajobrazu.
Często zdarza się, że ktoś wykopie staw w torfowisku i mówi: „jest woda”. Tylko że wcześniej ta woda też tam była – tyle że niewidoczna. Problem polega na tym, że po naruszeniu torfowiska woda zaczyna odpływać szybciej, a okolica staje się jeszcze bardziej sucha. Dlatego odbudowa mokradeł często nie wymaga wielkich inwestycji inżynieryjnych. Czasami wystarczy po prostu spowolnić odpływ wody. To właśnie buduje krajobraz-gąbkę, ale też miasto-gąbkę bo w mistach mokradła też są.

Czyli jest szansa na poprawę sytuacji i nie muszą to być bardzo skomplikowane inwestycje?

Jeśli mówimy o odwróceniu zmiany klimatu, to konieczna jest przede wszystkim redukcja emisji gazów cieplarnianych. Natomiast jeśli chodzi o wodę, mówimy raczej o obronie tego, co jeszcze mamy. Polska nigdy nie była krajem o ogromnych zasobach wodnych. Budując retencję, nie tworzymy nagle nowej krainy dobrobytu – po prostu próbujemy ograniczyć obecne i przyszłe straty a tym samym zwiększyć odporność na suszę. To działanie prewencyjne, wymuszone przez zmianę klimatu.

Pojawiają się głosy, że Europa niewiele może zrobić, skoro są Chiny i Stany Zjednoczone, które emitują znacznie więcej zanieczyszczeń. Jak walczyć z takim argumentem i przekonać ludzi, że działania Europy mają sens?

Bogdan Chojnicki: Ten argument jest dość nietrafiony. Jeśli porównujemy się ze Stanami Zjednoczonymi, warto zauważyć, że niedawno pojawiły się informacje, iż USA produkują już więcej energii z OZE niż z gazu. Z kolei Chiny inwestują dziś największe środki na świecie w odnawialne źródła energii.

I w obu przypadkach nie jest to żadna fanaberia, jak czasem próbuje się to przedstawiać w Polsce, tylko zwykły zdrowy rozsądek. Te gospodarki są ogromne, zużywają olbrzymie ilości energii, ale jednocześnie mają świadomość, że odnawialne źródła energii są po prostu przyszłością, bo zasoby paliw kopalnych będą coraz droższe a do tego się stopniowo wyczerpują.

Jest jeszcze jedna ważna kwestia. Kiedy mówimy o zmianie klimatu, powinniśmy myśleć w kategorii zysku, a nie wyłącznie kosztu. Transformacja energetyczna bardzo często przedstawiana jest jako obciążenie finansowe, tymczasem warto spojrzeć na nią inaczej.

Polska nigdy nie była krajem o ogromnych zasobach wodnych. Budując retencję, nie tworzymy nagle nowej krainy dobrobytu – po prostu próbujemy ograniczyć obecne i przyszłe straty a tym samym zwiększyć odporność na suszę. To działanie prewencyjne, wymuszone przez zmianę klimatu.

Wyobraźmy sobie dwie osoby posiadające samochody od 2022 roku – jedna ma auto elektryczne, druga spalinowe. Która z nich z większym niepokojem obserwuje kolejne kryzysy na rynku paliw, choćby po napięciach w rejonie cieśniny Ormuz? Skokowe wzrosty cen paliw to jednak duży problem a produkcja energii na miejscu to nie tylko koszt inwestycji, ale przede wszystkim większe bezpieczeństwo i niezależność.

Dlatego porównywanie Europy do Chin czy Stanów Zjednoczonych jest o tyle niefortunne, że my jesteśmy bardzo silnie uzależnieni od importu surowców energetycznych. Rozwijając odnawialne źródła energii, budujemy własną niezależność energetyczną. Oczywiście ktoś powie, że to kosztuje. Ale trzeba sobie zadać pytanie: ile kosztuje bezpieczeństwo? Dzisiaj wzrosty cen paliw i energii i tak rozkładają się na całe społeczeństwo. Państwo często ogranicza podatki czy wprowadza różnego rodzaju mechanizmy osłonowe, aby złagodzić skutki kryzysów energetycznych. Podobnie jest z kosztami suszy – one również są rozproszone i finansowane pośrednio przez wszystkich obywateli.

Gdybyśmy te koszty pokazali wprost, okazałoby się, że brak działań klimatycznych jest znacznie droższy niż sama transformacja energetyczna. I tu dochodzimy do bardzo ważnej sprawy – działania na rzecz klimatu stają się dziś po prostu elementem racji stanu.

Problem polega na tym, że łatwiej jest rozproszyć koszty i udawać, że wszystko jest w porządku, niż uczciwie powiedzieć, że świat się zmienia i trzeba się też do tego dostosowywać. Moim zdaniem nie rozumiemy jeszcze jednej rzeczy: zmiana klimatu tworzy zupełnie nową rzeczywistość gospodarczą. Powinniśmy być beneficjentem tej transformacji, a nie biernym obserwatorem. Jeśli będziemy ciągle powtarzać, że wszystko jest zbyt drogie i „nas na to nie stać”, oddamy pole innym – choćby Chinom, które już dziś produkują ogromne ilości samochodów elektrycznych i rozwijają technologie związane z energetyką przyszłości. Samochody elektryczne bardzo dobrze wpisują się w model oparty na odnawialnych źródłach energii, bo przyszłość gospodarki będzie opierała się na energii elektrycznej.

Tymczasem w Polsce nadal patrzymy na wszystko wyłącznie przez pryzmat kosztów. To działa jak zaciągnięty hamulec dla gospodarki i utrudnia dostosowanie się do globalnego trendu transformacji energetycznej.

A jak ocenia pan tempo zmian w Polsce, jeśli chodzi o politykę klimatyczną? Choćby w kontekście propozycji referendum zaproponowanego przez prezydenta – ono też chyba coś pokazuje.

Bogdan Chojnicki: Tempo transformacji w Polsce nie jest zawrotne. To raczej powolny proces, a bywają okresy, gdy zmiany są wręcz hamowane. I trochę podobnie wygląda sytuacja z tym referendum – wracamy do dyskusji, które tak naprawdę dawno powinny być już zamknięte. Jeżeli ktoś mówi o drożyźnie i wskazuje transformację energetyczną jako głównego winowajcę, to można zadać proste pytanie: co by się stało, gdybyśmy nagle wycofali wszystkie dopłaty do rolnictwa, wsparcie dla strat suszowych albo dotacje do energetyki?

Bardzo szybko zobaczylibyśmy realne ceny energii i żywności oraz dramatyczną sytuację wielu grup społecznych. Nie można wszystkiego sprowadzać do skrajnie wolnorynkowego myślenia, według którego każda branża ma natychmiast „zarabiać sama na siebie”, bez wsparcia państwa i bez budowania odpowiednich ram rozwojowych. Mamy już doświadczenia lat dziewięćdziesiątych i wiemy, jak wygląda gwałtowna zapaść gospodarcza. To są ogromne koszty społeczne.

Dlatego argument „to jest za drogie” bywa bardzo niebezpieczny. Gdybyśmy zastosowali całkowicie bezwzględny model wolnorynkowy, moglibyśmy obudzić się w rzeczywistości głębokiego kryzysu społecznego i gospodarczego. Transformacja energetyczna nie jest luksusem – to konieczność. Jeśli z niej zrezygnujemy, za kilka lat możemy znaleźć się w sytuacji energetycznego skansenu, z wysokimi cenami energii i coraz większym uzależnieniem od innych państw. Potrzebne jest więc społeczne wyczucie i odpowiedzialna polityka, a nie wyłącznie uproszczone i niedojrzałe kalkulacje ekonomiczne.

Wycofywanie się z globalnych trendów byłoby bardzo niebezpieczne. W świecie, który się zmienia, zamykanie się na transformację oznacza cofanie się gospodarczo.

Co w takim razie powinno się wydarzyć w polityce? Jakie decyzje powinny zostać podjęte, żeby skuteczniej przejść przez proces adaptacji do zmiany klimatu?

Bogdan Chojnicki: Mam na to dość prostą odpowiedź. Problem polega na tym, że polityka bardzo często myśli w perspektywie tygodnia, miesiąca albo jednej kadencji wyborczej. Tymczasem polityka klimatyczna wymaga myślenia długofalowego i konsekwentnej pracy przez całe dekady. Transformacja energetyczna sama z siebie wymusza długie procesy. Przecież zmian w górnictwie czy budowy elektrowni jądrowych nie da się przeprowadzić z dnia na dzień. Z jednej strony błędem jest udawanie, że żadnych zmian nie potrzeba. Świat się zmienia i jeśli wszyscy idą do przodu, a my stoimy w miejscu, to tak naprawdę się cofamy. Ale z drugiej strony błędem jest oczekiwanie natychmiastowych efektów. Procesy społeczne wymagają konsekwencji i stabilności. Budowa elektrowni atomowej to projekt rozpisany na pokolenia polityków. Jeśli co kilka miesięcy będziemy zmieniać kierunek i wracać do tych samych sporów, to nie uda się przeprowadzić żadnej poważnej transformacji. Zrównoważony rozwój oznacza przede wszystkim umiar, oszczędność i długofalowe myślenie. I właśnie tego najbardziej brakuje w polityce klimatycznej – konsekwencji.

Dobrym przykładem jest transformacja polskiej wsi po latach dziewięćdziesiątych. Gdyby zastosować wtedy całkowicie bezwzględny wolny rynek, ogromna część gospodarstw po prostu by upadła. Tymczasem zastosowano długofalowe wsparcie i dzięki temu wieś dziś jest znacznie stabilniejsza gospodarczo.

Tak samo powinno wyglądać podejście do transformacji energetycznej. Musimy też uczciwie powiedzieć sobie jedno: uzależnienie od importu paliw kopalnych zawsze oznacza zależność polityczną i gospodarczą. Rok 2022 bardzo wyraźnie nam to pokazał.
Dlatego rozwój OZE i produkcja energii na miejscu to nie tylko kwestia klimatu, ale również bezpieczeństwa państwa. I właśnie w takich kategoriach powinniśmy o tym myśleć – długofalowo i strategicznie.


Absolwentka Inżynierii Środowiska na Politechnice Warszawskiej. Specjalizuje się w technicznych i naukowych tekstach o przyrodzie, zmianie klimatu i wpływie człowieka na środowisko. W swoich artykułach łączy rzetelną wiedzę inżynierską z pasją do natury i potrzeby życia w zgodzie z otoczeniem. Uwielbia spędzać czas na łonie przyrody – szczególnie na Warmii, gdzie najchętniej odkrywa dzikie zakątki podczas pieszych wędrówek i wypraw kajakowych

5/5 - (1 vote)
Subscribe
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments