Rzeka Bóbr może już nigdy nie odzyskać dawnego życia. Skala zniszczeń przeraża
„Bóbr obecnie jest martwym ściekiem” – to jedno z najmocniejszych podsumowań katastrofy ekologicznej, do której doszło na Jeziorze Pilchowickim. W wyniku działań związanych z opróżnianiem zbiornika zniszczeniu uległ fragment rzeki Bóbr, a z wody wyłowiono aż 23 tony martwych ryb. Zdarzenie to wywołało falę pytań o procedury, nadzór oraz odpowiedzialność za podjęte decyzje. W rozmowie z Ekologia.pl Jarosław Krempa z Koła PZW Grodzkie Jelenia Góra wyjaśnia, dlaczego jego zdaniem tej sytuacji można było uniknąć, kto odpowiada za zaistniały stan rzeczy oraz jak może przebiegać i ile potrwa odbudowa zniszczonego ekosystemu.
Joanna Szubierajska: Kiedy po raz pierwszy zorientował się Pan, że na Jeziorze Pilchowickim dzieje się coś niepokojącego? Co zobaczył Pan na miejscu?
Jarosław Krempa: To, że na Jeziorze Pilchowickim dojdzie do śnięcia ryb, że rzeka zostanie zanieczyszczona osadami dennymi, wiedzieliśmy od kiedy mówiło się o remoncie zapory – przynajmniej od dwudziestu lat. Zawsze wzbudzało to niepokój, bo wiadomo było, że będzie podjęta próba odłowu i będą straty. To było oczywiste.
Pierwsze komunikaty po wyborze wykonawcy w 2025 r. brzmiały uspokajająco. Mówiono o zespole ichtiologów, przyrodników i bardzo poważnym potraktowaniu kwestii środowiskowych. Potem ogłoszono plan opróżniania zbiornika i zupełnie przestało się to „kleić” z wcześniejszymi deklaracjami. Poziom piętrzenia miał być obniżony o 9 metrów w lutym, a zasadnicze spuszczanie wody i odłowy ryb miały się odbyć w okresie od czerwca do połowy lipca. Zdumiewające było to, że wybrano najgorszy moment, najcieplejszy okres roku – to był pierwszy poważny, krytyczny błąd. Wędkarze znający specyfikę tej wody, obcujący z rybami na co dzień, biorący udział zarówno w odłowach, jak i zarybieniach, nie mogli uwierzyć, że inwestor działa w porozumieniu z jakimkolwiek przyrodnikiem. Ryb w takich warunkach – deficytu tlenowego, nasłonecznienia i silnego zmętnienia wody – nie transportuje się. Tu nie chodzi o te wyjątkowe upały pod koniec czerwca. Mówię o temperaturach przeciętnych – letnich. Ryby to bardzo delikatne organizmy. Przyduchy letnie zdarzają się nawet wtedy, gdy w żaden sposób nie ingerujemy w ich dobrostan.
Gdy otrzymaliśmy informację, że odłowy rozpoczęto, udaliśmy się do Pilchowic, przygotowani do pracy przy przenoszeniu odłowionych ryb.
Na miejscu zastaliśmy widok, który dosłownie wbijał w ziemię. Na ogromnym akwenie pracowała jedna niewielka łódź z dwuosobową obsadą. W upale panowie wiosłowali z wielkim mozołem, powoli przemierzając obszar kilkudziesięciu metrów przed zaporą. Ryby były ręcznie wyjmowane z sieci, umieszczane w sadzu (prostokątnym zbiorniku na środku łodzi z dostępem wody). Panowie następnie wiosłowali w kierunku zapory i umieszczali ryby w zbiorniku typu Mauser, a następnie za pomocą dźwigu pojemnik był transportowany na koronę zapory, gdzie ryby znów były przeładowywane na samochód podstawiony przez związek wędkarski. Tam dopiero zbiorniki z czystą wodą i tlenem dawały szansę na przeżycie. Trwało to niezmiernie długo, było nieprofesjonalne i zupełnie nie pasowało do zapewnień, które otrzymywaliśmy wcześniej. Ostatecznie samochód transportował ładunek do najbliższego jeziora w miejscowości Wrzeszczyn i tam ryby były wypuszczane. Było to niemal dwa tygodnie przed katastrofą ekologiczną. Już wtedy mieliśmy przekonanie, że jeżeli metody odłowu nie zostaną natychmiast zmienione, ryzyko katastrofy będzie bardzo wysokie. Widać było, że inwestor kompletnie sobie z zadaniem nie radzi lub – jak twierdzili złośliwi – nie chce prowadzić skutecznych odłowów.
W Bobrze na odcinku kilkunastu kilometrów ryb żywych już nie ma, rzeka jest martwa.
Mimo apeli do osób decyzyjnych w kolejnych dniach nic się nie zmieniło. Z dnia na dzień pogarszały się warunki tlenowe. Ichtiolog wykonujący przy nas pomiary zawartości tlenu w wodzie w rejonie zapory oceniał, że przy takich parametrach nie powinno tam być życia. Odczyty pokazywały 5 mg/l, a w kolejnych dniach 3,5 mg/l.
Ryby jednak żyły. Wielkie stada przemieszczały się wyżej, w kierunku dopływu, gdzie natleniona woda z rzeki mieszała się z wodą stagnującą przed zaporą. Było to typowe zachowanie ucieczkowe obserwowane podczas deficytów tlenowych. Ryby intensywnie dziobkowały (pobierały tlen z cienkiej powierzchniowej warstwy wody, gdzie jest go najwięcej w warunkach przyduchy), pokazując swoją obecność w różnych miejscach.
Tego chyba zupełnie nie przewidziano, bo łódź i dwóch starszych panów z wiosłami nie byli w stanie nawet ustalić, gdzie ryba się znajduje. Podpowiadaliśmy, gdzie stawiać sieci, a na trzy dni przed katastrofą zaproponowaliśmy udział w odłowach. Dysponowaliśmy łodziami motorowymi, echosondami, pojemnikami do transportu ryb z możliwością natleniania oraz osobami posiadającymi odpowiednie uprawnienia. Byliśmy gotowi odbierać ryby i natychmiast transportować je do bezpiecznych zbiorników.
Przedstawicielka Tauronu podziękowała, obiecując, że odezwą się, jeśli będą zainteresowani. To był ostatni kontakt z inwestorem.
Na ostatnim etapie spuszczania wody sprowadzono drugą firmę, która zaczęła prowadzić elektroodłowy. W tak zanieczyszczonej wodzie, na otwartej przestrzeni, stosowanie urządzeń elektrycznych wobec ryb osłabionych nie mogło dać żadnych efektów. Zjawisko galwanotaksji (płynięcia ryb w kierunku anody pod wpływem impulsów elektrycznych) w tak zaburzonym środowisku nie występuje lub jest zbyt słabe. Tym bardziej że elektroodłowy są skuteczne na ograniczonym obszarze – strumieniu czy zarośniętym stawie. Ryby płoszone prądem wyskakiwały nad wodę i uciekały. Patrzyliśmy na te działania z narastającym poczuciem bezsilności.
Na kilka dni przed katastrofą nie byliśmy już zaniepokojeni sytuacją. Byliśmy bezsilni i mieliśmy pewność, że dojdzie do masowego śnięcia ryb.
Czy, Pana zdaniem, tej katastrofy można było uniknąć? Jak powinno wyglądać prawidłowe spuszczanie wody z takiego zbiornika?
Nie było możliwości uniknięcia strat. To oczywiste i każdy się z tym liczył. W najczarniejszych scenariuszach zakładaliśmy, że może zginąć nawet połowa ichtiofauny. Tymczasem bilans końcowy to 23 tony martwych ryb i 2,5 tony uratowanych. Takie proporcje to rzeczywiście katastrofa, której na pewno można było uniknąć.
Inwestor wiedział, że opróżnianie tak dużego zbiornika będzie wiązało się z wysokim ryzykiem dla ekosystemu jeziora i rzeki poniżej zapory. Mógł się do tego przygotować znacznie wcześniej. Moim zdaniem, odłów ryb oraz działania związane z ochroną środowiska nie powinny być elementem kontraktu z wykonawcą robót budowlanych. Firma stająca do przetargu minimalizuje koszty na każdym etapie, bo jednym z kryteriów wyboru jest niska cena.
Ostatni moment do poprawnego przeprowadzenia odłowów to była jesień ubiegłego roku, z ewentualną poprawką na wiosnę. Obniżanie zwierciadła wody powinno odbywać się jak najwolniej. Tak, by nie doszło do niekontrolowanego ruszenia osadów w głównej fazie odłowów, jak miało to miejsce. Nie wolno było dopuścić, by ilość zawiesiny przekraczała wartości krytyczne (80 mg/l). W przypadku opadów i zwiększenia dopływu zrzut wody mógł się odbywać szybciej, jeśli warunki tlenowe ulegałyby poprawie. Zakładano, że znaczna część osadów dennych zostanie „wyeksportowana” w dół rzeki.
Wiadomo też było, że środowisko poniesie ogromne koszty takiej operacji. Ale można było dołożyć choć minimum starań, by ograniczyć skalę degradacji. Warunkiem powodzenia był stały monitoring parametrów wody, bieżąca ocena sytuacji oraz możliwość dostosowywania tempa zrzutu do zmieniających się warunków. Do tego niezbędny był zapas czasu, nadzór przyrodników, a przede wszystkim poznanie i zrozumienie specyfiki tej wody. Teraz dowiadujemy się, że nie mieli nawet tak podstawowej wiedzy jak grubość warstwy namułów. To aż trudne do uwierzenia, bo było powszechnie wiadome wśród osób od lat użytkujących jezioro, że warstwa namułów w wielu miejscach osiąga od 2 do 7 metrów. Inwentaryzacja tych osadów powinna być jednym z podstawowych elementów przygotowania inwestycji i opracowania dokumentacji przetargowej.

Fot. Koło PZW Grodzkie Jelenia Góra
Minister klimatu twierdzi, że inwestor miał obowiązek odłowić zwierzęta przed rozpoczęciem prac. Czy z Pana doświadczenia było to wykonalne i czy zostało wykonane właściwie?
O obowiązku inwestora dowiedziałem się z wpisu pani minister. Jeżeli rzeczywiście obowiązek ten dotyczył wszystkich zwierząt związanych z ekosystemem Jeziora Pilchowickiego, a nie tylko ryb, to trudno uznać, że został zrealizowany. Nie widziałem i nie słyszałem o próbach odławiania choćby bobrów czy ptaków wodnych. Trudno nawet mówić o płazach i gadach. Zwierzęta te próbują obecnie migrować w poszukiwaniu nowych siedlisk, jednak można przypuszczać, że znaczna ich część nie przetrwa.
Muszę jednak uczciwie zaznaczyć, że w dostępnych mi materiałach Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska nie znalazłem zapisu nakładającego obowiązek „odłowienia wszystkich zwierząt”. Sądzę, że minister użyła pewnego skrótu myślowego. Z treści decyzji i uzgodnień wynika raczej obowiązek podjęcia działań wobec gatunków objętych ochroną, a to nie jest tożsame z obowiązkiem odłowienia wszystkich zwierząt występujących w ekosystemie.
Jak w takim razie ocenia Pan działania służb i komunikaty, w których informowano, że nie stwierdzono śniętych ryb, podczas gdy mieszkańcy i dziennikarze znajdowali martwe ryby?
Nie bardzo chciałbym oceniać pracę służb. Przypuszczam, że działały zgodnie z procedurami. Wyniki badań wody możliwe do uzyskania natychmiast były publikowane na bieżąco. Tam, gdzie konieczne było przeprowadzenie analiz biochemicznych, wyniki udostępniano niezwłocznie po zakończeniu procedur. Nie odczuwałem, by RDOŚ czy Sanepid działały opieszale lub ukrywały wyniki badań. Owszem, popełniane są błędy. Jak np. pobieranie próbek wody w Nielestnie, na przystani kajakowej. Tam jest wygodne zejście do wody, ale kilkadziesiąt metrów wyżej wpada do Bobru Potok Chrośnicki, niosący natlenioną, czystą wodę. Wyniki z Nielestna wychodzą nieźle, dalej jest gorzej.
Co do komunikatów – tutaj działo się i nadal dzieje bardzo dużo. Docierają do nas niekiedy skrajnie różne informacje, zależnie od ich źródła. Z jednej strony wojewoda wydaje rozporządzenie o zakazie korzystania z wód Bobru, argumentując je bezpośrednim zagrożeniem dla zdrowia i życia, a jednocześnie sztab kryzysowy ogłasza, że sytuacja się stabilizuje, ponieważ nie stwierdza się śniętych ryb.
Część mediów powiela następnie ten przekaz, przedstawiając sytuację w jeszcze bardziej optymistycznym świetle, zamieszczając clickbaitowe artykuły zaczynające się od słów: „Gwałtowna poprawa na Bobrze…”. Tymczasem każdy, kto śledził bieg wydarzeń i zna tę rzekę, wie, że to fałszywie optymistyczna interpretacja danych.
W Bobrze na odcinku kilkunastu kilometrów ryb żywych już nie ma, rzeka jest martwa.
Kto, Pana zdaniem, powinien ponieść odpowiedzialność za tę katastrofę – instytucje czy konkretne osoby podejmujące decyzje?
Za podejmowanymi decyzjami stoją konkretne osoby i to one powinny odpowiadać za skutki swoich błędów. To jedyny mechanizm, który może skłaniać do większej odpowiedzialności przy planowaniu i prowadzeniu podobnych przedsięwzięć w przyszłości. Realnie jednak mam świadomość, że nikomu włos z głowy nie spadnie. Nie będzie żadnych wyroków ani kar.
Prokuratura Rejonowa w Lwówku Śląskim wszczęła śledztwo w kierunku przestępstwa z art. 182 Kodeksu karnego – czyli przestępstwa przeciwko środowisku. Będzie badana dokumentacja, wymogi administracyjne, ocena ryzyka środowiskowego, ciąg decyzyjny oraz opinie ekspertów. Na każdym z tych obszarów odpowiedzialność może być rozmywana i spychana na inne podmioty. Od początku odnosiłem wrażenie, że odpowiedzialność została celowo rozłożona pomiędzy wiele podmiotów uczestniczących w tej inwestycji i jest to działanie celowe.
Gdy zwracaliśmy uwagę przedstawicielom inwestora, że sposób prowadzenia odłowów nieuchronnie prowadzi do katastrofy ekologicznej, słyszeliśmy, że odpowiada za nie profesjonalna firma zatrudniona przez wykonawcę remontu, działająca pod nadzorem zespołu przyrodników, w tym ichtiologów.
Z kolei osoby prowadzące odłowy wskazywały, że wykonują jedynie zakres prac określony w umowie. W ten sposób odpowiedzialność była przenoszona z jednego uczestnika procesu na drugiego. Oczywiście upraszczam ten mechanizm, ale właśnie w taki sposób odpowiedzialność może zostać rozproszona pomiędzy wiele podmiotów. Prokuratura musiałaby wykazać się ogromną dociekliwością, by postawić zarzuty konkretnym osobom i jest to jak najbardziej możliwe. Na to bym jednak nie liczył.
W Polsce skazuje się za przestępstwa przeciwko środowisku przede wszystkim tam, gdzie ustalenie sprawcy personalnie nie budzi wątpliwości i dotyczy małych podmiotów – wylania nieczystości, składowania odpadów czy nielegalnej wycinki drzew. Tam, gdzie inwestor się przygotuje, rozłoży odpowiedzialność na podmioty zależne i zatrudni tzw. „ekspertów” – najlepiej z akademickimi tytułami – czuje się bezkarnie. Zespół przygotowujący inwestycję w Pilchowicach to nie są amatorzy, znają prawo i mogę przypuszczać, że poradzą sobie z ewentualnymi zarzutami.
Jakie będą długofalowe skutki tej katastrofy dla Jeziora Pilchowickiego, Bobru i lokalnego rybostanu? Ile może potrwać odbudowa ekosystemu?
Mamy tutaj do czynienia z dwoma odrębnymi i bardzo różnymi ekosystemami. Górna woda – Jezioro Pilchowickie – to stosunkowo ubogi ekosystem górskiego zbiornika zaporowego. Posiłkując się doświadczeniami ze spuszczania bardzo podobnego zbiornika zaporowego w Leśnej, można założyć, że po około ośmiu–dziesięciu latach można spodziewać się odbudowy podstawowych zespołów ryb i względnej stabilizacji ichtiofauny.
Zanieczyszczenia, przekształcanie koryt rzek, bariery hydrotechniczne oraz niewłaściwe gospodarowanie wodami sprawiły, że ekosystemy wodne należą dziś do najbardziej zagrożonych elementów polskiej przyrody. Mają też najmniej obrońców. Skromna grupa przyrodników, trochę pasjonatów i wędkarzy.
Nie mówię tutaj oczywiście o rybach, z których słynęły Pilchowice – ogromnych sandaczach czy sumach. Okazy sandaczy i szczupaków osiągały w tym jeziorze niemal metr długości – były to ryby piętnasto-, dwudziestoletnie, a wyciągnięte kilka dni temu przez robotników zwłoki suma o długości ponad 200 cm to ryba mająca co najmniej trzydzieści lat.
Są to osobniki niezwykle cenne dla całej populacji. Ich śmierć oznacza utratę wyjątkowo cennej puli genowej. Odtworzenie populacji z udziałem podobnej klasy tarlaków wymaga zwykle co najmniej 20–30 lat, o ile warunki środowiskowe będą sprzyjające.
Zupełnie odmiennie wygląda sytuacja na tzw. dolnej wodzie – rzece Bóbr poniżej zapory. Był to wyjątkowo cenny i wrażliwy ekosystem objęty ochroną w ramach sieci Natura 2000. Rzeka, której warunki środowiskowe pozwalały żyć gatunkom bardzo wymagającym siedliskowo, takim jak lipień, strzebla potokowa i pstrąg potokowy, a także gatunkom chronionym – głowaczom, minogom i kozom.
Tutaj, szczerze mówiąc, wątpię, by kiedykolwiek rzeka odzyskała warunki siedliskowe pozwalające na powrót tych gatunków. Prowadzony obecnie zrzut osadów dennych prowadzi do głębokiego przekształcenia środowiska rzecznego, którego skutki mogą być nieodwracalne.
Cały proces będzie trwał przez kolejne lata. Przy każdych większych opadach osady denne jeziora będą wymywane i przenoszone do koryta rzeki. Podłoże żwirowe, na którym odbywało się tarło ryb górskich i z którym związany jest rozwój owadów stanowiących podstawę łańcucha pokarmowego w rzece, zostało pokryte bardzo grubą warstwą osadów dennych – w tym toksycznych, przenoszących ładunek gromadzony przez dziesiątki lat działalności zakładów chemicznych w zlewni Bobru.
Staram się skupiać na rybach, ale przecież Bóbr to jeszcze rok temu niezwykły widok żerujących zimorodków, górskich pliszek czy „wędrujących” po dnie pluszczy. Bóbr obecnie jest martwym ściekiem.
Nie potrafię dziś z optymizmem powiedzieć, że kolejne pokolenie będzie mogło oglądać Bóbr takim, jakim był jeszcze rok temu. Mam nadzieję, że się mylę, ale skala zniszczeń po prostu przeraża.
Jakich zmian oczekuje Pan od państwa i instytucji odpowiedzialnych za gospodarkę wodną? Czy potrzebna jest głęboka reforma, większy nadzór nad inwestycjami i szersze wykorzystanie wiedzy naukowców oraz przyrodników?
To najtrudniejsze z pytań. Nie potrafię dziś rzeczowo, punkt po punkcie, wymienić, co należałoby zrobić, ani opisać, jak powinny funkcjonować instytucje odpowiedzialne za gospodarkę wodną.
Być może w 2013 roku, gdy protestowaliśmy przeciwko regulacji górnego Bobru i przy wsparciu WWF udało się doprowadzić do zmian w projekcie wykonawczym, jeszcze wiedziałem, co należy zmienić i jak to zrobić. Wtedy była jeszcze nadzieja – Ramowa Dyrektywa Wodna zaczynała realnie oddziaływać na decyzje administracyjne, w mediach trwała dyskusja o konieczności reform, a z głosem przyrodników i wędkarzy jakoś liczono się.
Teraz, gdy w wielu dziedzinach życia obserwujemy postępującą radykalizację, arogancja władzy i kierownictwa wielkich korporacji osiągnęła taki poziom, że nikt nie liczy się już z głosem mieszkańców, przyrodników, wędkarzy ani osób, które oparły swoją działalność gospodarczą na zasobach przyrody. Szczerze mówiąc, szkoda po prostu czasu i energii na opowiadanie, co jeszcze należałoby zmienić i jak reformować „zarządzanie” środowiskiem wodnym.
Potrzebujemy zmiany znacznie bardziej fundamentalnej – zrozumienia, czym naprawdę jest środowisko wodne i jaką przedstawia wartość. Nawet osoby odnoszące się z szacunkiem do przyrody często traktują ryby jedynie jako „ożywioną materię”, pokarm dla zwierząt, które darzą większą sympatią i starają się chronić. Tymczasem w ostatnich kilkudziesięciu latach byliśmy przecież świadkami wielu sukcesów w ochronie przyrody. Zwiększyła się powierzchnia lasów, odbudowały się populacje dużych ssaków i ptaków. Dziś obecność żubrów, rysi, wilków, bobrów czy bielików nikogo już nie dziwi, choć jeszcze kilkadziesiąt lat temu wydawało się to nierealne.
W tym samym czasie środowisko wodne nieprzerwanie podlegało coraz większej presji. Zanieczyszczenia, przekształcanie koryt rzek, bariery hydrotechniczne oraz niewłaściwe gospodarowanie wodami sprawiły, że ekosystemy wodne należą dziś do najbardziej zagrożonych elementów polskiej przyrody. Mają też najmniej obrońców. Skromna grupa przyrodników, trochę pasjonatów i wędkarzy.
Uważam, że nic pozytywnego się nie wydarzy i nie dojdzie do żadnych trwałych reform, dopóki przeciętny Kowalski nie zrozumie, że renaturalizacja rzek jest skuteczniejszą ochroną przed skutkami powodzi niż wały i betonowe koryta, a pogłębianie rzek wcale nie zwiększa ilości wody. Obserwuję dziś polityków wszystkich opcji, którzy przyjeżdżają pod zaporę w Pilchowicach i wykorzystują emocje związane z katastrofą, próbując zdobyć kolejne punkty poparcia. Dzieje się tak dlatego, że politycy reagują przede wszystkim na oczekiwania społeczne. Jeśli społeczeństwo zacznie domagać się ochrony rzek opartej na wiedzy naukowej, wtedy również decyzje polityczne zaczną się zmieniać.

Absolwentka Inżynierii Środowiska na Politechnice Warszawskiej. Specjalizuje się w technicznych i naukowych tekstach o przyrodzie, zmianie klimatu i wpływie człowieka na środowisko. W swoich artykułach łączy rzetelną wiedzę inżynierską z pasją do natury i potrzeby życia w zgodzie z otoczeniem. Uwielbia spędzać czas na łonie przyrody – szczególnie na Warmii, gdzie najchętniej odkrywa dzikie zakątki podczas pieszych wędrówek i wypraw kajakowych
Opublikowany: 17 lipca, 2026
