Miasta - rozwój zrównoważony?
Ekologia.pl Środowisko Ochrona środowiska naturalnego Miasta – rozwój zrównoważony?

Miasta – rozwój zrównoważony?

Widok na Mexico City - jedno z najbardziej zaludnionych i zanieczyszczonych metropolii miejskich. Fot. sxc.hu
Widok na Mexico City - jedną z najbardziej zaludnionych i zanieczyszczonych metropolii miejskich. Fot. sxc.hu

W miastach mieszka obecnie połowa ludzi żyjących na kuli ziemskiej, od 38,7% w Afryce, 73% w Europie, do 80,1% w Ameryce Północnej. Ekstremum w zakresie liczby ludności stanowi Tokio, już teraz zamieszkane przez 34 mln ludzi, a pod względem gęstości zaludnienia Szanghaj, gdzie na 1 km2 przypadają 42 tys. mieszkańców. Przewiduje się, że w 2015 r. Tokio będzie liczyło 36,4 mln mieszkańców, wzrośnie też liczba ludności innych gigantycznych metropolii – np. Bombaju do niemal 22 mln, zaś w Mexico City ta liczba przekroczy, a w Nowym Jorku sięgnie aż 20 mln. Także w Europie zanosi się na zwiększenie liczby ludności miast.

W 2020 r. w niektórych miastach Wielkiej Brytanii będzie żyło aż 90% mieszkańców. Przewiduje się, że w 2050 r. mieszkańcy miast stanowić będą 2/3 ludności świata. Miasta, w których tłoczy się tyle ludzi, zajmują zaledwie 2% powierzchni ziemi, z przewidywanym wzrostem do 3%, co świadczy o skali ich przeludnienia, tłumaczy powstawanie smogu oraz nadmierne zużycie prądu, paliwa, różnych materiałów i żywności. Dowodzi to także, jakimi miasta są termitierami, emitującymi  zanieczyszczenia takie jak śmieci, odpady komunalne czy gazy cieplarniane.

Warunki do życia w miastach stale się pogarszają, a w największych robią się katastrofalne. Mimo to notuje się ciągły napływ ludności zarówno do metropolii, jak i do pozostałych, mniejszych miast. Jednak wszystkie, bez wyjątku, chcą się także dalej rozwijać, a rozwój to przecież inwestycje i powiększenie terytorium. Aby móc inwestować, miasta dokonują przekwalifikowania zajmowanych gruntów, a prócz tego wchłaniają okoliczne tereny. Jakże często znikają w ten sposób miejskie skwery, części parków, podmiejskie lasy, zagajniki i zarośla oraz inne zielone zakątki służące mieszkańcom do odpoczynku, rekreacji i kontaktu z naturą. Również grunty zalesione włączane do miast podlegają wycince dla uzyskania kolejnych placów pod budowę. Daremna jest walka w obronie ubywających zasobów przyrodniczych.

Mało które władze podzielają niepokój i zgadzają się z argumentami ekologów, mało kto dba o zachowanie rozsądnych proporcji między powierzchnią podlegającą zabudowie a niezbędnymi do życia obszarami zieleni. Tylko dla nielicznych jest jasne, że rozwój nieuwzględniający ekologicznych wskazań to postęp i dobrobyt pozorowany, zaś faktycznie okaże się on szybko piekłem dla mieszkańców. Tu bowiem drzewa, krzewy, klomby kwiatowe i trawniki będą niczym oazy na asfaltowo-betonowożelaznej pustyni, a co najwyżej wyposażeniem prywatnych posesji zamożnych elit, niedostępnym i nieosiągalnym dla ogółu. A przecież tylko zieleń może zapewnić, jeśli nie należyte, to przynajmniej znośne warunki egzystencji, w tym przyjazną dla ludzkich organizmów temperaturę i wilgotność otoczenia.

O tym powinni pamiętać zarządzający miastami. A czy to robią? Czy w ogóle jest możliwe rozmnażanie zieleni w coraz ciaśniejszych ludzkich mrowiskach? Niektórzy, świadomi roli zieleni i potrzeby jej istnienia, gdy brakuje dla niej miejsca na Ziemi, urządzają trawniki na dachach budynków i podniebne zadrzewione tarasy. A co w Polsce?

U nas jeszcze nie jest tak tragicznie jak w światowych metropoliach, jeszcze mamy wszędzie sporo zieleni i szansę na lepsze dzięki niej życie. Jednak ślepy pęd do naśladowania i gonienia w rozwoju Europy Zachodniej i świata sprawia, że i w polskich miastach tereny zielone są traktowane jak przeszkody konieczne do pilnego usunięcia. Zieleń musi ustępować miejsca kolejnym nowym jezdniom, sklepom, multikinom, osiedlom mieszkaniowym, także pojedynczym budynkom mieszkalnym, o ile uda się je gdzieś jeszcze na siłę wcisnąć między już ciasno stojące bloki. Władze miast potrzebują pieniędzy, jeszcze i jeszcze więcej, chłoną je niczym gąbka. Sprzedaż gruntów inwestorom jest opłacalna, zaś nowe spektakularne inwestycje to powód do chwały i dumy oraz lepszej lokaty na liście sukcesów i rozwojowych zasług.

Zieleń nie jest brana w rachubę, jakby była zerem, bez pożytku i wartości. Nie liczą się naukowe opinie i prognozy ani protesty coraz bardziej świadomego społeczeństwa. Jego zdrowie fizyczne i psychiczne ani jakość życia pozbawionego więzi z przyrodą też się dla rządzących nie liczy. Zieleń przegrywa, bo rozwój i władze go wdrażające stoją na pozycji przeciwników przyrody. Wobec argumentu rozwoju, a jeszcze przy obecnych, niedawno uzyskanych przez samorządy uprawnieniach do decydowania o zieleni już nie tylko nie uda się zwiększać jej zasobów, ale nawet cokolwiek uratować i zachować w dotychczasowej ilości. Przewidział to niemal proroczo prof. dr hab. Ludwik Tomiałojć, wykładowca ochrony przyrody i zrównoważonego rozwoju na Uniwersytecie Wrocławskim i członek Państwowej Rady Ochrony Przyrody. Ostrzegał on w 2005 r.: „Obecne oddawanie opieki nad ojczystą przyrodą jej przeciwnikom byłoby działaniem niemalże zbrodniczym, bo wydaniem jej na zniszczenie”.

W jak dużym stopniu słowa te już się sprawdziły, każdy widzi w swoim mieście i w najbliższej podmiejskiej okolicy. Niemal nikt z decydentów nie myśli o zieleni jako ratunku dla miast i ich mieszkańców, niemal nikt jej na tyle nie szanuje i nie ceni, aby była poddawana rzetelnej, troskliwej i skutecznej pielęgnacji. Mało w którym mieście oszczędza się ją przed piłą i toporem. Może dlatego, że ciągle jeszcze mamy tej zieleni dużo. Toteż czy to wójt, burmistrz lub prezydent, czy to rada miejska, każdy ochoczo zarządza lub popiera kolejne wycinki drzew i likwidację miejskich zieleńców, aby w ich miejsce zbudować jak najwięcej nowoczesnych, przynoszących splendor obiektów. Kosztem miejskiej zieleni – zielone światło dla rozwoju.

Tymczasem rozwój zrównoważony gwarantują nie tylko ustalenia Szczytu Ziemi w Rio de Janeiro, ale także Konstytucja RP. Zgodnie z zasadami Szczytu zielone światło dla rozwoju nie może oznaczać zagłady żywej zieleni. Warto o tym pomyśleć zawczasu, zanim będzie za późno. Abyśmy nie zmądrzeli dopiero po nieodwracalnej szkodzie.

Elżbieta Szyman, EKOŚwiat, nr 2/2009

4.8/5 - (13 votes)
Subscribe
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments