Rośliny inwazyjne zmieniają nasze lasy i łąki w biologiczne pustynie. Wywiad z Mikołajem Siemaszko
Dlaczego piękne rośliny, które kuszą kolorem i zapachem w naszych ogrodach, mogą okazać się jednym z największych zagrożeń dla polskiej przyrody? Jakie gatunki są szczególnie niebezpieczne i co każdy z nas może zrobić, by powstrzymać ich ekspansję? O tym rozmawiamy z przyrodnikiem, edukatorem i społecznikiem, Mikołajem Siemaszko.

Joanna Szubierajska: Rośliny inwazyjne możemy spotkać w parkach, przy drogach, a nawet w naszych ogrodach. Skąd się tam wzięły — to przypadek, czy celowe działanie człowieka?
Mikołajem Siemaszko: To nie przypadek, że otaczają nas gatunki obce, inwazyjne. Od kiedy człowiek zaczął podróżować w różne zakątki świata, przemieszczał również rozmaite gatunki roślin i zwierząt. To przemieszczanie jest niecelowe — na przykład wraz z transportem towarów — oraz celowe, gdy chodzi o rośliny użytkowe (np. tzw. rośliny miododajne) lub ozdobne. Z czasem rośliny zaczęły uciekać z upraw, z miast, ogrodów przydomowych i botanicznych. Teraz rosną nie tylko na terenach zurbanizowanych, ale również na obszarach półnaturalnych i naturalnych.
Tak jest w przypadku Budlei Davida, która zachwyca kolorem i zapachem, ale mówi się o niej, że jest rośliną inwazyjną. Czy naprawdę powinniśmy ją wycinać z naszych ogrodów?
To, czy dana roślina jest atrakcyjna wizualnie, nie powinno mieć większego znaczenia przy analizie, czy należy ją usuwać, czy nie — przecież nikt nie zaprzeczy, że barszcz Sosnowskiego jest rośliną bardzo okazałą i piękną. Analizując konieczność usuwania pewnych roślin ze środowiska, należy kierować się kilkoma zasadami: czy roślina jest niebezpieczna dla ekosystemów, czy jest groźna dla ludzi i infrastruktury oraz czy walka z nią ma jeszcze sens. W kontekście budlei Davida, która w Polsce jest gatunkiem inwazyjnym — świadczą o tym liczne doniesienia, głównie z zachodniej i południowej Polski — na wszystkie pytania odpowiedź brzmi „tak”. Prawdą jest, że nie każda budleja się już rozsiewa. To, czy dany osobnik jest zagrożeniem dla bioróżnorodności, nie jest jeszcze do końca zbadane, by móc stwierdzić, że dany okaz nie będzie się rozsiewać. Są okazy budlei, które teoretycznie powinny być sterylne i się nie rozsiewać, ale badania pokazują, że i te potrafią się rozmnażać. Dlatego świadome osoby zaczynają usuwać budleje ze swoich ogrodów, aby nie tylko chronić lokalne ekosystemy, lecz także nie musieć wygrzebywać siewek z kostki brukowej, elewacji czy rynien — ponieważ budleja dzięki lekkim nasionom potrafi wyrosnąć dosłownie w każdej szczelinie. Zatem — tak, najlepiej usuwać ją całkowicie. Jeszcze niedawno uważano, że minimalnym działaniem jest ścinanie kwiatostanów przed rozsianiem, ale tylko wtedy, gdy trafiają one do ognia, a nie do kompostu czy odpadów BIO — z tych miejsc także mogą się rozsiać.
A co z nawłocią kanadyjską, która potrafi zajmować całe łąki i przydroża — jakie zagrożenie stwarza dla rodzimej roślinności?
Zagrożenie ze strony obcych gatunków nawłoci, a mówimy tu również o nawłoci późnej, dla ekosystemów jest ogromne. Wszędzie, gdzie pojawi się nawłoć, z czasem tworzy ona jednolite zbiorowisko, tzw. monokulturę. Różnorodność biologiczna na takim nawłociowisku jest bardzo niska. Co prawda rośliny te przyciągają duże ilości owadów w okresie kwitnienia — głównie generalistów pokarmowych — ale przez pozostały czas nawłoć tworzy pustynię pokarmową, w której zapylacze nie mają czego szukać.
Jakie jeszcze rośliny inwazyjne spotkamy w Polsce, o których nie mieliśmy pojęcia, że są tak groźne dla naszego rodzimego ekosystemu?
Obok najpospolitszych gatunków inwazyjnych, takich jak rdestowce (japoński, sachaliński, pośredni), winobluszcze (zaroślowy i pięciolistkowy), klon jesionolistny, czeremcha amerykańska, dąb czerwony, sumak octowiec, robinia akacjowa, kaukaskie barszcze (Sosnowskiego, Montegazziego), niecierpki (pomarańczowy, drobnokwiatowy, gruczołowaty), bożodrzew gruczołowaty i inne, coraz częściej mówi się o inwazyjności popularnych bambusów, miskantów, paulowni omszonej (Oxytree) czy werbeny patagońskiej. Niestety, wraz z rozwojem ogrodnictwa gatunków inwazyjnych będzie przybywać. Osoby sprzedające nowości z końca świata niezbyt przejmują się wpływem tych roślin na nasze ekosystemy.
Jak te rośliny inwazyjne wpływają na naturalną różnorodność naszych lasów i łąk? Czy obecność roślin inwazyjnych może przyciągać nowe owady lub szkodniki, które zagrażają innym roślinom albo naszym uprawom?
Gatunki inwazyjne to, obok niszczenia siedlisk, jeden z najbardziej destrukcyjnych czynników wpływających na bioróżnorodność, za które odpowiada człowiek. Straty spowodowane przez gatunki inwazyjne są ogromne. Potrafią one zmieniać całe ekosystemy, jak chociażby rdestowiec czy nawłoć, które zarastają wszystko, odcinając rodzime rośliny od dostępu do światła. Robinia akacjowa zmienia siedlisko i skład gleby, przez co nawet po jej usunięciu rośliny pierwotnie tam występujące nie mają warunków do wzrostu. Obecność gatunków inwazyjnych przyciąga nowe owady oraz różnego rodzaju patogeny. Nierzadko są one przemieszczane wraz z roślinami i potrafią stanowić zagrożenie dla rodzimej przyrody. Dobrymi przykładami są azjatycki grzyb Chalara fraxinea — sprawca choroby jesionów — oraz grzyb Ophiostoma ulmi, który dawniej zdziesiątkował populację wiązów.
Czy każdy, kto ma ogród lub działkę, może pomóc powstrzymać rozprzestrzenianie się tych roślin? Jak wyglądałoby to w praktyce?
Najlepszym sposobem, aby pomóc przyrodzie, jest… jej nie szkodzić. Gdyby nie było tych, którzy szkodzą, to nie byłoby potrzeby, by pomagać – przynajmniej nie na taką skalę, jak to konieczne obecnie. Jeśli ktoś ma w ogrodzie gatunki obce, warto pamiętać, że każdy gatunek obcy jest potencjalnie inwazyjny. Dobrym przykładem jest orzech włoski, sprowadzony do Polski około XIII wieku. Jego inwazyjność zauważono dopiero około 30 lat temu — zmiany klimatu oraz zarządzania gruntami zrobiły swoje i teraz możemy obserwować zagajniki z orzecha włoskiego. W ogrodach najlepiej sadzić rośliny rodzime, które są najlepszym wsparciem dla bioróżnorodności i najbezpieczniejsze dla ekosystemów.
Sadząc piękne rośliny w parkach i na miejskich skwerach, czy możemy przypadkowo zaszkodzić przyrodzie?
Niestety tak. Projektanci nie zawsze są na bieżąco z informacjami, które gatunki są zagrożeniem dla ekosystemów. Co więcej, wciąż zdarza się, że sadzone są inwazyjne gatunki, takie jak robinia akacjowa czy dąb czerwony, mimo że o ich inwazyjności wiemy od kilkudziesięciu lat. Dlatego uważam, że sklepy i szkółki ogrodowe powinny oznaczać specjalnymi etykietami gatunki rodzime, obce i inwazyjne, a docelowo sprzedaż gatunków inwazyjnych powinna zostać zakazana.
Co powinniśmy zrobić, gdy zauważymy niebezpieczną roślinę, np. nawłoć kanadyjską czy budleję Davida, na swojej posesji lub w okolicy?
Osobiście zachęcam do “partyzantki ogrodniczej” — usuwanie gatunków obcych może być nie tylko pomocne dla bioróżnorodności, ale też dobrym sposobem na spędzanie czasu.
Czy zdajemy sobie sprawę, że te atrakcyjne rośliny mogą stać się poważnym problemem dla polskiej przyrody?
Myślę, że nie zdajemy sobie z tego w pełni sprawy. Efekty braku tej wiedzy widzimy podczas niemal każdego spaceru.
Dlaczego tak trudno jest usunąć niektóre gatunki inwazyjne z parków i terenów miejskich?
To właśnie powód, dla którego nazywamy je inwazyjnymi — gdy się pojawią, trudno się ich pozbyć. Rdestowce mają kłącza sięgające kilka metrów w głąb ziemi i potrafią odtworzyć się nawet z kawałka kłącza mającego zaledwie 1 cm. Robinia akacjowa, podobnie jak sumak octowiec czy czeremcha amerykańska i inne gatunki drzewiaste, po ścięciu wypuszczają dużą ilość odrośli, które szybko rosną. Budleja Davida tworzy tysiące lekkich nasion, które wyrastają nawet w bardzo niedostępnych miejscach. Wszystkie te cechy sprawiają, że trudno jest usunąć gatunki inwazyjne z zajętych przez nie nisz.
Czy obecne prawo pozwala skutecznie zgłaszać problem i liczyć na szybką reakcję władz?
W teorii tak. Rzeczywistość jest różna, ale sytuacja się poprawia. Warto wspomnieć, że są gatunki, które zgodnie z prawem powinny być eliminowane ze środowiska — m.in. rdestowce, obce barszcze, kolczurka klapowana, niecierpek gruczołowaty czy bożodrzew gruczołowaty. Spotykając takie rośliny na spacerze, należy zgłosić ich występowanie do gminy, na terenie której je zaobserwowano. Sama procedura zgłoszenia mailowego trwa kilka minut, jest prosta i może znacząco przyczynić się do ochrony okolicy przed danym gatunkiem. Coraz więcej gmin i właścicieli terenów podejmuje się zwalczania gatunków inwazyjnych.
Czy da się tak zarządzać zielenią, żeby nasze miasta i parki wyglądały atrakcyjnie, a jednocześnie nie były źródłem rozprzestrzeniania gatunków inwazyjnych?
Bez wątpienia tak. Wystarczy promować sadzenie gatunków rodzimych w miastach i zakazać sprzedaży gatunków inwazyjnych. Uważam, że jest to możliwe i konieczne — zwłaszcza w dobie kryzysu bioróżnorodności. Rośliny inwazyjne to bowiem nie tylko problem przyrody, lecz także kwestia społeczna, prawna i gospodarcza. Jeśli nie zaczniemy traktować ich poważnie, zamiast parków, lasów i łąk zostaną nam „monokultury” kilku obcych gatunków.

Absolwentka Inżynierii Środowiska na Politechnice Warszawskiej. Specjalizuje się w technicznych i naukowych tekstach o przyrodzie, zmianie klimatu i wpływie człowieka na środowisko. W swoich artykułach łączy rzetelną wiedzę inżynierską z pasją do natury i potrzeby życia w zgodzie z otoczeniem. Uwielbia spędzać czas na łonie przyrody – szczególnie na Warmii, gdzie najchętniej odkrywa dzikie zakątki podczas pieszych wędrówek i wypraw kajakowych
Opublikowany: 8 września, 2025 | Zaktualizowany: 19 marca, 2026
Budelja Dawida inwazyjna? Mam w ogrodzie i nic sie nie dzieje. Co za glupoty
Rozsiewa się ,już kilkadziesiąt młodych roślin wyrwałam na działce późną jesienią – działka 2,200 m2
Budleję Dawida od lat mam w ogrodzie. Nie zauważyłem, by gdziekolwiek indziej się pojawiła. Widocznie inna odmiana.