Górki Czechowskie w Lublinie – spór o przyrodę, chomika europejskiego i zabudowę- Ekologia.pl
Ekologia.pl Środowisko Chomik europejski w mieście to ewenement. Ochrona gatunkowa kończy się tam, gdzie zaczyna się interes dewelopera

Chomik europejski w mieście to ewenement. Ochrona gatunkowa kończy się tam, gdzie zaczyna się interes dewelopera

Górki Czechowskie to jedno z najcenniejszych przyrodniczo miejsc w granicach Lublina – mozaika wąwozów, muraw i zielonych dolin pełniąca funkcję naturalnego korytarza przewietrzającego miasto oraz siedlisko wielu gatunków chronionych, w tym chomika europejskiego. Mimo to od lat pozostają w centrum sporu o przyszłość tego terenu: między ochroną przyrody a presją inwestycyjną. O procedurach przesiedleń zwierząt, degradacji siedlisk, wieloletnich postępowaniach sądowych i wizji stworzenia parku naturalistycznego, który mógłby stać się jednym z najważniejszych obszarów przyrodniczych w regionie, rozmawiamy z lubelskimi aktywistami ze Stowarzyszenia Górki Czechowskie – wietrznie zielone: Magdaleną Nosek, Weroniką Maślanko oraz Krzysztofem Gorczycą.

Górki Czechowskie w Lublinie – spór o przyrodę, chomika europejskiego i zabudowę

Fot. Górki Czechowskie – wietrznie zielone

Joanna Szubierajska: Co jest tak cennego w Górkach Czechowskich? Dlaczego ten teren ma tak dużą wartość przyrodniczą? Deweloper Echo Investment twierdzi, że ten obszar wcale nie jest tak wartościowy, jak przedstawiają to aktywiści.

Magdalena Nosek: Górki Czechowskie mają to szczęście, że charakteryzują się bardzo urozmaiconą rzeźbą terenu. Niezależnie od pokrywy roślinnej w danym okresie historycznym – z pewnością były i są zawsze niezmiernie malownicze. I są naszemu staremu Lublinowi niezbędne, jako miejskie płuca, wątroba, nerki, ukojony układ nerwowy… Ze względu na duże spadki terenu, suche doliny, wąwozy czy skarpy lessowe obszar ten był trudny do uprawy rolniczej i dlatego długie wieki, o czym mało kto wie, szumiał tu las. Ponoć dębowy, drzewka stąd posądzono w nowo otwartym Parku Saskim. Następnie, mniej więcej już wykarczowany teren 150 ha, z dóbr pobliskiego dworu przekazano rosnącym wtedy w oczach Legionom Piłsudskiego. Z przeznaczeniem na dobro wspólne Lublinian i Polaków, wielki plac ćwiczeń, czyli poligon, w 1916 roku. I taką formalnie funkcję ten teren spełniał do roku 2000. Równolegle, praktycznie do lat 80tych teren ten był też chętnie używanym podmiejskim pastwiskiem. W dużej mierze, oprócz klimatu, gleby i braku stałych cieków wodnych to właśnie krowy, owce i kozy sprawiły, że na górkowych wierzchowinach w XX wieku wzmocniły się bioróżnorodne łąki, w tym cenne zbiorowiska kserotermiczne (sucholubne) oraz przeróżne zwierzęta ze środowiskiem stepowym związane. Relikty tego ekosystemu mamy na Górkach do dzisiaj i przy odrobinie chęci i odpowiedniej ochronie czynnej tutejszych zbiorowisk moglibyśmy mieć perełkę w skali ogólnopolskiej. Będzie jednak beton.

Pomimo, że przez ostatnie 26 lat walki o Górki Czechowskie ze strony ratuszowo-deweloperskiej sporu słyszeliśmy wielokrotnie, że Górki to całkowicie zdegradowany, nikomu niepotrzebny nieużytek, który trzeba wreszcie ucywilizować (czyt. zabudować blokowiskiem), nalegaliśmy na rzetelne zinwentaryzowanie tego obszaru i przeczucia nas nie myliły. Naukowcy znaleźli tu prawdziwe, jak na warunki miejskie bogactwo, ponad 500 gatunków roślin, z czego ponad 200 to zioła i rośliny miododajne. A wśród nich masa dzikich zapylaczy, zwierząt mniejszych i większych, z chomikiem europejskim czy zębiełkiem białawym na czele. W sumie mamy tu ponad 100 gatunków chronionych prawem. Górki Czechowskie to taka swoista miniaturka Wyżyny lubelskiej i jej przyrody, wciśnięte w gęsto zurbanizowany teren wielkich dzielnic-sypialni wokół.

Kiedy w czasach PRL-u na przełomie lat 70. i 80. na rozległych polach uprawnych budowano sąsiednią dzielnicę Czechów – świetnie zresztą zaprojektowaną, pełną miejsca na zieleń i przestrzeni wspólnych – Górki Czechowskie miały stanowić pas zieleni izolujący tą wielką dziś dzielnicę od kolejnych zabudowanych terenów.

Obecnie po drugiej stronie Górek powstała już połowa kolejnego, dużego, bardzo gęstego osiedla. To Botanik, nazywany w okolicy często Betonikiem. Bez miejsca na zieleń, czy oddech.

Górki Czechowskie od zawsze stanowią wyraźny klin napowietrzający miasto. Kiedy wieje z północy, północnego zachodu bądź zachodu – a są to dominujące kierunki wiatrów – czyste, chłodniejsze powietrze wpada przez te płaskie wierzchowiny, oczyszcza się, dotlenia się i aromatyzuje różnorodną roślinnością. Stąd dociera do doliny Czechówki, dalej Bystrzycy oraz do wschodnich, przemysłowych części Lublina. Klimatolodzy szacują, że zasięg oddziaływania obszaru zielonych Górek Czechowskich na całkowity topoklimat to około 4 kilometry, co oznacza, że zaopatruje on w czyste powietrze ponad połowę miasta. Podobnie odprowadza zanieczyszczenia z centralnych dzielnic.

Górki wpływają na ograniczenie wielkości i intensywności Miejskiej Wyspy Ciepła oraz poprawiają warunki aerosanitarne miasta w każdej porze roku.

Obecność terenów zielonych na stokach dolin wpływa na regulowanie obiegu wody w środowisku przyrodniczym poprzez retencję wód opadowych. Skutkuje to utrzymaniem korzystnego mikroklimatu cechującego się łagodniejszym przebiegiem takich niekorzystnych dla człowieka zjawisk jak upały i susze.

Obecnie Górki to wciąż piękny krajobraz, ponieważ dysponujemy otwartą przestrzenią 105 hektarów. Ulubionym miejscem rekreacji Lublinian od 100 lat. Deweloper, który zakupił powojskowe tereny argumentuje, że chce zabudować „tylko” 30% terenu, a resztę oddać mieszkańcom. Zapomina jednak dodać, że Górki składają się z sześciu wierzchowin. Inwestor planuje zabudować cztery z nich – te z najcenniejszymi murawami – stawiając tam około 100 bloków. Chce pozostawić bez zabudowy jedynie dwie wierzchowiny, te najbardziej zarośnięte krzewami i drzewami. One oczywiście też są niezwykle cenne, bo to królestwo ptaków (rośnie tam kilkanaście gatunków dzikich róż, głogi i derenie, orzechy, śliwy), ale w ten sposób bezpowrotnie stracimy unikalne murawy kserotermiczne oraz dotychczasowy otwarty, stepowy krajobraz Górek Czechowskich.

Joanna Szubierajska: Skoro macie Państwo dowody na obecność gatunków chronionych, w tym chomika europejskiego, to jak reagują instytucje państwowe, miasto oraz Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska (RDOŚ)? Deweloper, aby uzyskać pozwolenia na budowę, musi przecież przedstawić ekspertyzy. A rzetelne ekspertyzy powinny jasno wskazywać na wartość przyrodniczą tego terenu.

Krzysztof Gorczyca: Różne instytucje prowadzą tutaj skrajnie odmienną politykę. Samorząd zachowuje się paradoksalnie. Choć to miasto finansowało główną inwentaryzację przyrodniczą w latach 2018–2019, to od 2015 roku zachowuje się ono bardziej jak partner dewelopera niż strażnik przyrody. Miasto “kolanem dopycha” kolejne procedury urzędowe.

Kiedy wspomniana inwentaryzacja wykazała konieczność ochrony całości terenu – co jest kluczowe choćby dla ptaków, bo zabranie 30% powierzchni niszczy integralność całego ekosystemu – miasto po raz pierwszy w historii zleciło firmom powiązanym z deweloperem wykonanie kontrekspertyz. Ich autorom nie udało się jednak podważyć rzetelności pierwotnych badań. Przez kilkanaście lat trwała w Lublinie ogromna dyskusja, zorganizowano nawet pierwsze w historii miasta referendum lokalne, którego wynik był jednoznaczny (mieszkańcy opowiedzieli się przeciwko zabudowie). Władze pominęły jednak ten głos, podobnie jak liczne negatywne opinie urbanistyczne i architektoniczne.

Przed uchwaleniem Zintegrowanego Planu Inwestycyjnego, który jest uproszczonym zastępnikiem planu miejscowego, przedstawiono nową inwentaryzację chomików. Wynika z niej, że ich populacja skurczyła się do jednej piątej, a nawet jednej dziesiątej stanu sprzed kilku lat. Oznacza to dwie możliwości: albo w latach 2019–2025 ktoś dokonał tam celowego, daleko idącego zniszczenia siedlisk – co powinno być natychmiast zbadane przez organy ścigania – albo przedstawiono skrajnie nierzetelne dane. Nie ma trzeciego wyjścia.

Joanna Szubierajska: Czy deweloper przeprowadził już przesiedlenie tych chomików?

Magdalena Nosek: Nie, odłowy i przesiedlenia realizuje się bezpośrednio przed rozpoczęciem inwestycji. Wcześniejsze działanie nie ma sensu, ponieważ chomiki szybko wróciłyby do pustych, dobrze zaopatrzonych nor. To bardzo sprytne i społeczne zwierzęta – potrafią współpracować lub bezczelnie podkradać sobie zapasy z nor, gdy sąsiad nie patrzy.

Joanna Szubierajska: Czy Wy, jako aktywiści, również zauważacie, że tych chomików jest mniej? Prowadziliście własne badania?

Magdalena Nosek: Tak, w niektórych miejscach populacja drastycznie spadła. Pomagaliśmy panu Tomaszowi Buczkowi przy inwentaryzacji w 2019 roku, przeczesywać ten rozległy teren. Wtedy notowaliśmy nawet 5,8 czynnych nor na hektar, co jest wartością zaskakująco wysoką jak na współczesne realia występowania tego gatunku. A jak na warunki miejskie, był to bardzo wysoki wskaźnik.
Co stało się później? W miejscach, gdzie stwierdziliśmy największe zagęszczenie nor, na terenie byłych pól uprawnych deweloper przez dwa lata z rzędu kosił roślinność do gołej ziemi, a następnie wykonywał głęboką orkę wzdłuż i w poprzek pola. Przy siedliskach chomików takie zabiegi są prawnie zabronione. Po tych czynnościach koleiny sięgały mi do kolan, pole wyglądało jak błotniste pobojowisko. Część chomików zdołała sięzapewne wygrzebać, część uciekła, ale wiele z nich zginęło pod ziemią, zwłaszcza jeśli to uprzykrzanie chomikowego życia odbywało się wczesną wiosną, gdy jeszcze hibernowały.

W efekcie na tym konkretnym polu liczba nor spadła z kilkudziesięciu do zaledwie kilku. Te chomiki, które przeżyły, przesunęły się o jakieś 100 metrów, w pobliskie zarośla. One nie uciekną 5 kilometrów dalej – przenoszą się na najbliższy bezpieczny obszar, gdzie mają bazę pokarmową i odpowiednią do budowy ich nor glebę.

To zniszczone „pole chomika” wciąż można uratować. Wystarczyłoby je obsiać. Przez ostatnie 10 lat rozmawiałam z dyrektorami blisko trzydziestu szkół w promieniu 5 kilometrów od Górek. W każdej placówce znaleźliby się chętni do prowadzenia na Górkach ogrodów społecznych. Dzieci mogłyby uprawiać owoce i warzywa, część zbierać dla siebie, a resztę zostawiać chomikom. Mieliśmy gotowy, piękny projekt tego terenu – parku naturalistycznego dla ludzi i dla przyrody. Niestety, w naszym planie nie było mowy o komercyjnym zarobku, dlatego przegraliśmy w urzędach.

Krzysztof Gorczyca: Narracja miasta, że chomika można użyć jako maskotki PR-owej lub założyć dla niego pokazowy wybieg na skrawku miejskiego gruntu, jest szczytem hipokryzji. To samo miasto, dysponując władztwem planistycznym i wydając pozwolenia na budowę, skazuje te zwierzęta na zagładę w każdej innej lokalizacji

Joanna Szubierajska: Chomik europejski w granicach dużego miasta to ewenement na skalę europejską. Czy miasto nie mogłoby wykorzystać tego faktu marketingowo i wizerunkowo do promocji Lublina jako zielonego miasta?

Magdalena Nosek: Oczywiście, że tak! Gdyby miasto podeszło do tematu z pełnym zaangażowaniem, teraz, kiedy o chomiku mówi się coraz głośniej w całej Polsce, Lublin stałby się hitem w mediach. Władze tego jednak nie chcą, bo ochrona chomika jest im skrajnie niewygodna. I to nie tylko na Górkach Czechowskich.

Zgłosiłam kilka lat temu do RDOŚ około 15 lokalizacji w Lublinie, gdzie znalazłam stabilne kolonie chomików. Są to zazwyczaj dzikie, miejskie nieużytki – tzw. “małpie gaje”, gdzie rosną samosiejki mirabelek, orzechów, jarzębiny oraz rośliny zielne, łąki czy rabatki. To chomikowi w zupełności wystarcza do życia. I co się z tymi miejscami dzieje? Drzewa są masowo wycinane pod inwestycje. Miasto doskonale wie o tych siedliskach od RDOŚ-u, a mimo to na te tereny wjeżdżają koparki. Widzę, jak inwestorzy zwożą przed inwestycją betonowe płyty, kładą je na ziemi i wykonują wyrok na całe kolejne siedlisko. Na budowach zimą i wiosną żywcem grzebią te zwierzęta.
Nie mamy się z tym nawet do kogo zwrócić. Instytucje mające ochronę przyrody w nazwie, jak się okazało, mają ją rzeczywiście tylko w nazwie. Nikt nie zamierza chomika europejskiego traktować poważnie. Niedawno, podczas dwugodzinnej, spokojnej rozmowy tam dyrektorzy zapewniali nas, że wydadzą zgodę na odłów jedynie pięciu nor pod budowę przyłącza ciepłowniczego do stojącego już budynku na Czechowie. Było to zrozumiałe. Jednak jak się okazało, tego samego dnia podpisali deweloperowi również drugą decyzję, zezwalającą na całkowite zniszczenie całego siedliska, w którym żyło kilkadziesiąt chomików. Pisząc w pozwoleniu o 10 do odłowu z kolonii, liczącej w tym miejscu około 25 osobników. Pozostałe muszą przeżyć pomiędzy dwupasmówką a płotami budowy. Od tamtej pory urzędnicy unikają z nami jakiegokolwiek kontaktu.

Joanna Szubierajska: Czyli ochrona gatunkowa kończy się tam, gdzie zaczyna się interes dewelopera?

Weronika Maślanko: Dokładnie tak. Jeden z miejskich wydziałów poinformował nas, że mogliby podjąć działania ochronne, ale tylko na gruntach należących do miasta. Niestety, grunty prywatne, na których występuje populacja chomika w Lublinie, właściwie nie podlegają żadnej ochronie ze strony miasta. Kiedy zapytali, co można zrobić dla chomika natychmiast, zaproponowaliśmy postawienie znaków drogowych ostrzegających kierowców oraz obsianie miejskich nieużytków roślinami motylkowymi, które stanowią kluczową bazę pokarmową dla tego gatunku.

Istnieje pewna skromna, bezkosztowa inicjatywa miejska. W tym roku celowo nie skoszono kilku trawników z myślą o chomikach, aby zapewnić im dostęp do nasion. Obawiam się jednak, że ta akcja przetrwa tylko do pierwszego telefonu oburzonego mieszkańca, który zacznie narzekać, że trawa jest wysoka, nieestetyczna i na pewno są w niej kleszcze. Dla chomika takie wysokie trawy to jednak warunek przetrwania. Urzędnicy wykazują chęć pomocy chomikowi, ale należy wypracować holistyczny system działania. Nawet na terenach miejskich, jak pod wiaduktem przy Orfeuszu w tzw. ESOCH (Ekologiczny System Obszarów Chronionych w Lublinie) fragmenty korytarzy ekologicznych są grodzone i niszczone.

Magdalena Nosek: ESOCH, czyli Ekologiczny System Obszarów Chronionych, to koncepcja funkcjonująca w Lublinie już w Studium uwarunkowań z 2000 roku. Niestety, piękny z nazwy, funkcjonuje wyłącznie na papierze. W Lublinie mamy czy raczej mieliśmy ponad 80 wąwozów lessowych. Większość z nich bezpowrotnie zniszczono, przekształcając je w ciągi komunikacyjne, w tym drogi szybkiego ruchu. Stalo się tak nawet z naszymi skromnymi dolinami rzecznymi – Bystrzycy, Czechówki czy Czerniejówki. Niewiele już zostało wąwozów czy suchych dolin ocalonych w naturalnym kształcie. W zasadzie Górki są ostatnimi naturalnymi. A strefę ESOCh na mapach tego terenu okrojono tak, by nie przeszkadzała w zabudowie deweloperskiej.

Na południu miasta mamy Park Jana Pawła II – to głęboki, szeroki wąwóz z jedną główną ścieżką pomiędzy blokami. Wygląda to rzeczywiście świetnie. Urzędnicy i deweloper wmawiają mieszkańcom, że na Górkach Czechowskich chcą zrobić dokładnie to samo. Nie zauważają jednak zasadniczej różnicy.

Wąwozy na Górkach Czechowskich są w zupełnie innym stadium rozwoju geologicznego – dno głównego wąwozu ma zaledwie około 10 metrów szerokości, a jego ściany wznoszą się na 5 do 10 metrów. Jeśli w tak wąskim gardle wybudujemy np chodnik o szerokości 3 metrów, dodamy pas oddzielający i kolejną 3-metrową ścieżkę rowerową, to z naturalnego wąwozu nie zostanie absolutnie nic. A to właśnie na dnie tych wąwozów tętni najcenniejsze życie przyrodnicze. Przekształcenie tego miejsca, całych Górek w tradycyjny park z asfaltowymi alejkami, boiskami, sztuczną nawierzchnią oraz oświetleniem – co forsuje inwestor i przyklaskują mu radni z większościowego klubu Prezydenta – oznacza szybką śmierć tego ekosystemu. Dramat dla przyrody miasta i jej mieszkańców.

Krzysztof Gorczyca: Także sztuczne oświetlenie nocne w takim miejscu to potężny czynnik degradujący środowisko naturalne. Nocne latarnie całkowicie rozregulowałyby cykl życia chomików oraz wszystkich innych dzikich zwierząt.

Weronika Maślanko: Każde przesiedlenie wiąże się z bezpowrotnym zniszczeniem dotychczasowego siedliska i przeniesieniem zwierząt do środowiska zastępczego, które teoretycznie powinno spełniać rygorystyczne normy. Z naszych obserwacji wynika jednak, że wyznaczane działki zastępcze tych norm nie spełniają. Deweloperzy nie przygotowują nawet tzw. odwiertów startowych, które ułatwiłyby chomikom rozpoczęcie budowy nowych nor.

Joanna Szubierajska: Czy chomiki w ogóle są w stanie koegzystować z ludźmi w silnie przekształconej przestrzeni miejskiej?

Magdalena Nosek: One doskonale radzą sobie w miastach i do niczego nas nie potrzebują. Żyją na tych terenach od czasu ustąpienia lodowca, kiedy panował tu klimat stepowy – na długo przed pojawieniem się człowieka. Jako gryzonie są niezwykle elastyczne i potrafią dopasować się do nowych warunków.

W naturze chomik może żyć nawet do 10 lat, jednak w warunkach miejskich żyje bardzo intensywnie i krótko – średnio rok, maksymalnie trzy lata. Statystycznie, znakomita większość populacji ginie w walce – głównie z drapieżnikami. Chomik ma specyficzny mechanizm obronny: zamiast uciekać, staje na tylnych łapach, pompuje torby policzkowe, przez co robi wrażenie większego, fuka, skrzeczy i próbuje zastraszyć napastnika. Podskakuje wysoko i nadal zagrożony – dotkliwie gryzie. Ludzie często przed nim uciekają, myśląc, że jest agresywny. W rzeczywistości to spokojne zwierzę, które „przyparte do muru” staje się dość nerwowe i reaguje atakiem, nawet na znacznie większego od siebie napastnika. Przez lata ludzie go nie zauważali, ponieważ prowadzi bardzo skryty tryb życia – z nory wychodzi zaledwie na godzinę lub dwie dziennie, głównie po zmierzchu. Zbiera pożywienie do toreb policzkowych i natychmiast wraca pod ziemię. Na powierzchni nie je, ponieważ zbyt wiele drapieżników poluje na niego (na Górkach polują na niego myszołowy, krogulce, list, kuny, tchórze ale padają też ofiarą psów i kotów puszczanych samopas).

Kiedy w toku historii człowiek przeszedł od zbieractwa do rolnictwa, chomikom to bardzo odpowiadało. Zyskały stałe źródło pokarmu i zaczęły się gwałtownie rozmnażać. To z kolei przestało podobać się ludziom. Gdy plony były liche, a chomików dużo, rolnicy traktowali je jak szkodniki. Dodatkowo zwierzęta te budziły lęk swoim bojowym zachowaniem. Nigdy nie dały się oswoić. Na początku XX wieku istniał wręcz zawód „chomikołapa” – masowo pozyskiwano ich cenne, kolorowe futerka na odzież i obuwie.

Prawdziwy dramat tego gatunku rozpoczął się jednak w latach 70. XX wieku, kiedy nastąpił drastyczny spadek liczebności chomika w całej Europie. Spowodował to m.in. boom na stosowanie silnej chemii w rolnictwie. W latach 80. i 90. rolnictwo uległo też całkowitej mechanizacji. Konie zastąpiono nowoczesnymi kombajnami, które zbierają plony niezwykle szybko i dokładnie. Na współczesnym ściernisku nie zostaje praktycznie żadne ziarno. W efekcie już w połowie sierpnia miejskie i podmiejskie chomiki zostają bez bazy pokarmowej i schronienia.

Aby bezpiecznie przetrwać zimę, chomik musi do końca sierpnia zgromadzić w podziemnej spiżarni około 2–3 kilogramów nasion i zbóż. Obecnie gryzonie często kładą się spać z pustymi brzuchami. W efekcie blisko jedna trzecia populacji ginie w trakcie hibernacji z powodu wycieńczenia i chorób. Zdarza się, że te, które mają za małe zapasy, budzą się z głodu w środku zimy. Wychodzą z nory i są bezbronne. Zgłaszano nam przypadki znajdowania trucheł chomików na śniegu nawet w styczniu.

Mimo to osobniki, które trwają sobie obok nas w Lublinie, bywają zadziwiająco duże – w tym roku odławiamy tak potężne sztuki, że ledwo mieszczą się w naszych klatkach żywołownych. W mieście chomiki potrafią wykopać nory nawet w twardym żwirze czy na nasypach kolejowych. Wykazują też nietypowe zachowania dietetyczne: wylizują np porzucone pudełka po margarynie, potrafią zjeść pastę do zębów, a foliowe worki tną zębami na kawałki i wciągają pod ziemię jako wyściółkę gniazda.

Większość ludzi nie ma pojęcia, że żyje obok nich criticallyendangered (krytycznie zagrożony) gatunek, dopóki pies nie oszczeka chomika w krzakach. One nikomu nie wchodzą w drogę, sporadycznie zdarza się, że któryś wejdzie do budynku. Zazwyczaj ludzie są całkowicie nieświadomi, kto mieszka obok nich, pod ziemią.

Krzysztof Gorczyca: Warto podkreślić to, o czym wspomniała Magda: dramatyczne zmiany w nowoczesnym rolnictwie doprowadziły do spadku liczebności chomika w Polsce o 75%. W tej sytuacji stabilne populacje miejskie nie są marginesem – to kluczowy rezerwuar genetyczny, który może zdecydować o przetrwaniu gatunku w naszym kraju.

Głównym zagrożeniem w mieście jest bezpowrotne niszczenie i fragmentacja siedlisk przez drogi oraz betonową zabudowę. Nawet jeśli deweloper wykaże, że w danym roku na Górkach Czechowskich chomików nie stwierdzono, to ten teren przez dekady był ich optymalnym domem. Zgodnie z prawem ochrony przyrody, w przypadku gatunków o tak wysokim statusie zagrożenia chroni się nie tylko same zwierzęta, ale przede wszystkim ich siedliska przed przekształceniem.

Narracja miasta, że chomika można użyć jako maskotki PR-owej lub założyć dla niego pokazowy wybieg na skrawku miejskiego gruntu, jest szczytem hipokryzji. To samo miasto, dysponując władztwem planistycznym i wydając pozwolenia na budowę, skazuje te zwierzęta na zagładę w każdej innej lokalizacji. Urzędnicy wydają zgody deweloperom bez rzetelnych weryfikacji przyrodniczych i bez raportów o oddziaływaniu na środowisko, ignorując sygnały od mieszkańców i organizacji społecznych.

Magdalena Nosek: Inwestorzy nigdy dobrowolnie nie zgłaszają, że na ich działce żyją chomiki. Prace ziemne pod fundamenty rozpoczynają często w styczniu lub lutym. Chomiki natomiast, do maja znajdują się w stanie torporu (głębokiej hibernacji) – ich temperatura ciała spada do zaledwie 6°C, są odrętwiałe i niezdolne do ucieczki. Zostają żywcem zmielone z ziemią przez łyżki koparek. Żaden inwestor budujący w Lublinie osiedla, nie zgłosił się do RDOŚ z zapytaniem, jak bezpiecznie zabezpieczyć zwierzęta na placu budowy. Wolą sprawę załatwić po cichu, czyli zabić populację za blaszanym płotem.

Dzięki naszemu uporowi i długotrwałym monitoringu nor na budowie przy ulicy Północnej 31 w Lublinie, udało nam się udokumentować tam obecność czterech chomików. Informowaliśmy RDOS odpowiednio wcześniej. Poinformowaliśmy także dewelopera i uzyskaliśmy wstępnie zgodę na odłów. W lutym, przy pracujących maszynach, cudem uratowaliśmy jednego ledwo rozbudzonego chomika. Trzy pozostałe zginęły pod gąsienicami, bo spały za głęboko. Deweloper nie poczekał. RDOŚ, pod naszym naciskiem, skierował tę sprawę do sądu przeciwko deweloperowi. To pierwszy taki proces w historii Lublina. Zobaczymy jak sprawa będzie potraktowana.

Dodam, że ostatnio, po roku, z tej samej budowy zabraliśmy kolejnego chomika, a wciąż mamy tam nastawione dwie klatki. Te gryzonie mają zakodowane w genach, że to było ich siedlisko. Przychodzą na plac budowy, gdzie nie ma już ani jednego skrawka zieleni – jest tylko beton – i próbują kopać nory w hałdach świeżego piasku wysypanego na budowie. To rozdzierający widok. Kiedy weszłam na budowę i zapytałam robotników, dlaczego nie zgłaszają, że wokół maszyn biegają chronione chomikieuropejskie, usłyszałam: “Przecież to zwykłe, szczury. Biega ich tu ze trzy czy cztery, po co robić raban?”. Oni doskonale wiedzą, że sprawa jest w sądzie, a mimo to dalej chomiki dla nich nie istnieją. Wszyscy inni deweloperzy budujący na ostatnich nieużytkach na Czechowie, Sławinie, Węglinie czy Felinie robią dokładnie to samo, tylko bez świadków.

Weronika Maślanko: W wielu miejscach w mieście chomik egzystuje można powiedzieć „od zawsze”. Dopóki człowiek nie zaczyna niszczyć miejskich siedlisk chomiczych, chomiki są w stanie przetrwać w takim ekosystemie. Problem zaczyna się wtedy, kiedy niszczone jest ich siedlisko, w tym powierzchnia biologicznie czynna poprzez głębokie wykopy. Jakaś część chomików zdąży uciec, ale wykopią sobie norę w nowej, bardzo niekorzystnej lokalizacji np. przy ruchliwym skrzyżowaniu, gdzie prawdopodobieństwo szybkiej śmierci jest wysokie.

Joanna Szubierajska: Mam pytanie do pani Weroniki dotyczące przesiedleń chomików. Czy to jest realna ochrona przyrody, czy jedynie czyszczenie terenu pod inwestycję dewelopera? Skoro, jak wcześniej wspomniano, chomiki próbują wracać do swoich starych siedlisk, to czy taka procedura ma w ogóle sens i jest w stanie uratować populację?

Weronika Maślanko: Ochrona przyrody w Polsce przewiduje kilka metod ratowania populacji zagrożonych gatunków, w tym chomika europejskiego. Regionalne Dyrekcje Ochrony Środowiska najchętniej sięgają po metodę przesiedleniową. Ustawa wskazuje jednak w innym punkcie alternatywę: całkowite wyłączenie danego obszaru z inwestycji w celu ochrony siedliska.

Niestety z tego drugiego rozwiązania praktycznie się nie korzysta. Podejrzewam, że wynika to z faktu, iż sporne tereny to najczęściej działki prywatne. Dla RDOŚ-u wydanie decyzji o przesiedleniu zwierząt jest łatwiejsze z punktu widzenia procesowego niż zablokowanie planów inwestora na jego własnym gruncie.

Każde przesiedlenie wiąże się z bezpowrotnym zniszczeniem dotychczasowego siedliska i przeniesieniem zwierząt do środowiska zastępczego, które teoretycznie powinno spełniać rygorystyczne normy. Z naszych obserwacji wynika jednak, że wyznaczane działki zastępcze tych norm nie spełniają. Deweloperzy nie przygotowują nawet tzw. odwiertów startowych, które ułatwiłyby chomikom rozpoczęcie budowy nowych nor.

Kluczowy problem polega na tym, że niszczymy prężną, stabilną populację żyjącą w danym miejscu od pokoleń i zmuszamy zwierzęta do adaptacji w obcym środowisku. Nie da się zmusić dzikich zwierząt, by pozostały tam, gdzie je wypuścimy. One natychmiast się rozchodzą po terenie. W konsekwencji giną w pyskach psów, kotów czy lisów, padają ofiarą drapieżnych ptaków albo giną pod kołami pojazdów, również rowerów i hulajnóg na pobliskich drogach. W ten sposób z silnej populacji i siedliska nie zostaje praktycznie nic. Tak w rzeczywistości wygląda urzędowe „przesiedlenie” gatunku chronionego.

Magdalena Nosek: To nie jest ochrona, to jedynie odsunięcie w czasie momentu śmierci tych zwierząt. Na podstawie moich 10-letnich obserwacji mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że 90% przesiedlonych chomików nie zostaje w nowym miejscu i nie udaje im się przeżyć. Kiedy wracamy na te działki, po prostu ich tam nie ma. Nawet jeśli przygotujemy teren idealnie pod ich potrzeby, chomik posiedzi tydzień lub dwa, a potem znika.

Magdalena Nosek: Gdy prace zaczynają koparki […] to słychać z nor jak przerażone chomiki piszczą… Zachowują się tak w sytuacji skrajnego zagrożenia, wydają bardzo głośne, charakterystyczne dźwięki piskliwego szczekania. […] Te piski to jedyne, co mogą zrobić, zanim zostaną żywcem zmielone przez maszyny.

Joanna Szubierajska: Co w takim razie stanowi obecnie największe zagrożenie w tym procesie?

Weronika Maślanko: Największym problemem jest brak obowiązku prowadzenia długoterminowego monitoringu siedlisk zastępczych. Zazwyczaj kontrola po wsiedleniu trwa zaledwie 2–3 dni, i to najczęściej tylko w raporcie sporządzanym dla RDOŚ przez firmy przesiedlające chomiki. Powinna powstawać rzetelna dokumentacja naukowa potwierdzająca, czy przesiedlane osobniki z powodzeniem zaadaptowały się w nowym środowisku. Taką dokumentację powinny przygotowywać niezależne jednostki, jak np. ośrodki badawcze. Gdy zwierzęta zostaną wywiezione z placu budowy, sprawa urzędowo się zamyka i nikogo nie interesuje ich dalszy los.

Magdalena Nosek: Nikt tego nie weryfikuje. Jesienią ubiegłego roku byliśmy zbulwersowani dokumentacją z inwestycji w pobliżu Orfeusza na Czechowie – zaledwie kilometr od Górek. Deweloper twierdził, że przesiedlił osiem chomików, tymczasem w raporcie przedstawiono zaledwie cztery zdjęcia, wykonane prawdopodobnie z różnych stron tym samym osobnikom. W obecnym systemie nikt nie jest w stanie udowodnić im oszustwa, ponieważ urzędy nie wymagają chociażby dokładnej geolokalizacji fotografii.
Na jednym ze zdjęć widać było, że chomik jest ranny. Został pokaleczony podczas odłowu lub w trakcie ucieczki przed sprzętem budowlanym. Wpuszczono go do nowej nory bez jakiejkolwiek konsultacji weterynaryjnej, mimo że w ranie mogły rozwinąć się pasożyty czy zakażenie. W naszym zespole współpracujemy z panem Rafałem Ostaszewiczem, który bada każdego chomika przed wsiedleniem. Pobieramy również próbki sierści do badań genetycznych, aby prowadzić rzetelną pracę naukową, a nie bezmyślnie przerzucać zwierzęta.

Kolejny odłowiony tam chomik był całkowicie przemoczony od deszczu i wypuszczono go wieczorem, gdy temperatura spadała w okolice zera stopni. To było wg mnie po prostu zabójstwo tego zwierzęcia. Razem z panią Weroniką przygotowałyśmy bardzo szczegółowy, dwudziestostronicowy kontrraport, w którym na czynniki pierwsze rozbiłyśmy wszystkie błędy metodologiczne dewelopera, opierając się na literaturze naukowej i własnym doświadczeniu. Dokument trafił do RDOŚ-u, ale urzędnicy nie wyciągnęli żadnych konsekwencji. Pozwolili inwestorowi na wywiezienie kolejnych osobników.

Takie działanie to całkowite rozbicie prężnego ekosystemu od środka. To jak wrzucenie granatu w zamknięte środowisko. W tym roku czeka nas dramat w co najmniej trzech lub czterech kolejnych lokalizacjach w Lublinie. Rozmawiam z robotnikami prywatnie – nie chcą wypowiadać się przed kamerami, ale przyznają, że na budowach (także np. tam, gdzie deweloper z Górek – TBV stawia kilkanaście bloków, tworząc całą nową dzielnicę przy wylocie na Lubartów), że gdy prace zaczynają koparki to słychać z nor jak przerażone chomiki piszczą…

Zachowują się tak w sytuacji skrajnego zagrożenia, wydają bardzo głośne, charakterystyczne dźwięki piskliwego szczekania . Stąd w tradycji ludowej nazywano je „psem ziemnym” lub „skrzeczkiem”. Te piski to jedyne, co mogą zrobić, zanim zostaną żywcem zmielone przez maszyny.

To przerażające. Gdy zaczynaliśmy walkę dziesięć lat temu, wierzyłam, że standardy ochrony środowiska będą rosły. Tymczasem w mieście organizuje się Festiwale Przyrody, na których chomika nie wymienia się nawet z nazwy a realna ochrona przyrody w mieście kuleje.

Joanna Szubierajska: Kto odpowiada za nadzór przyrodniczy przy takich inwestycjach i na ile ten system gwarantuje niezależność ekspertów? Czy specjaliści, którzy powinni niezależnie kontrolować proces i chronić przyrodę, są zatrudniani przez inwestora.

Weronika Maślanko: Tak, do tych procesów celowo nie zaprasza się niezależnych ośrodków naukowych czy badaczy z uczelni, którzy od lat zajmują się monitoringiem tych konkretnych populacji.

Warto wspomnieć o mechanizmie wyznaczania nadzoru przyrodniczego. RDOŚ nie ma prawa wskazać niezależnego eksperta, który będzie kontrolował przesiedlenie, choć uważam, że taka opcja mogłaby wyeliminować wszelkie nieprawidłowości. Z artykułów w lokalnych mediach jasno wynika, kto w Lublinie prowadzi faktyczne badania naukowe nad chomikiem czy kto je od lat przesiedla. Mimo to nikt z urzędu czy ze strony deweloperów nigdy nie zaproponował nam udziału w takim nadzorze ani nawet nie poinformował o możliwości pobrania próbek sierści do badań, co jest bardzo cenne dla nauki. Osoby prowadzące nadzór przyrodniczy są de facto wybierane i opłacane bezpośrednio przez dewelopera. Moim zdaniem na starcie przeczy to bezstronności i etyce.

Joanna Szubierajska: Chomik europejski został nawet ogłoszony Zwierzęciem Roku, stał się bohaterem memów i kampanii społecznych. Myślałam, że jego sytuacja dzięki temu się poprawia

Magdalena Nosek: Dokładnie tak. Wywiesiliśmy nawet billboardy z trójkolorowym chomikiem, bo to ładne, fotogeniczne stworzenie. Te 2 chomikowe billboardy zaklejono na biało już 20 godzin po premierze. Tak bardzo chomika nie lubią urzędnicy i deweloperzy. To wszystko jest jakąś farsą. Czuję ogromną bezsilność i nie wiem, co robić dalej, co jeszcze możemy zrobić.

Joanna Szubierajska: Jaka jest Państwa wizja Górek Czechowskich? Jak ten teren powinien docelowo wyglądać, aby pogodzić potrzeby mieszkańców z ochroną chomika i unikalnej przyrody?

Magdalena Nosek: Górki powinny pozostać w swojej obecnej formie przestrzennej, ale wymagałyby wdrożenia profesjonalnej ochrony czynnej. Nie chodzi o stworzenie parku w tradycyjnym rozumieniu tego słowa – z trawą skoszoną do samej ziemi. Na obrzeżach tego 105-hektarowego terenu, wzdłuż głównych ulic, jak najbardziej jest miejsce na asfaltowe alejki dla rolkarzy, rowerzystów czy matek z wózkami dziecięcymi. Jednak infrastruktura ta nie może przecinać wnętrza parku ani biec dnem głównego wąwozu.

Na wierzchowinach, gdzie występują murawy kserotermiczne, konieczne jest mądre, rotacyjne koszenie. Uniwersytet Przyrodniczy w Lublinie posiada stada owiec i kóz, które są z powodzeniem wypożyczane do kontrolowanego wypasu muraw w regionie, m.in. w miejscowości Dobre koło Kazimierza Dolnego czy w lubelskim skansenie. Sprowadzenie takiego stada na Górki Czechowskie przyniosłoby spektakularne rezultaty przyrodnicze już po 2–3 latach.

Taki park naturalistyczny należy udostępnić ludziom, ale połączyć to z intensywną edukacją. Trzeba tłumaczyć mieszkańcom, co widzą wokół siebie. Na Górkach rośnie m.in. około 150 rzadkich, objętych ścisłą ochroną osobników dzwonka syberyjskiego i bolońskiego. Niestety, wciąż normą są sytuacje, gdy spacerowicze zrywają je na bukiety. Potrzebujemy warsztatów terenowych, by pokazać dzieciom i dorosłym, że chroniona, fascynująca przyroda nie musi być egzotyczna – że mamy ją pod okiem w Lublinie. Dziko rosnący rumianek, mięta czy szałwia łąkowa stają się w Polsce rzadkością, a na Górkach Czechowskich wciąż tworzą bogate zbiorowiska. Doświadczanie tej przyrody przez dotyk i zmysły ma dla młodzieży ogromną wartość. Zrobiliśmy jako społecznicy wszystko, by ten potencjał pokazać.

Joanna Szubierajska: A jak do kwestii ochrony Górek Czechowskich podchodzą sami mieszkańcy Lublina? Czy aktywiści mogą liczyć na realne poparcie społeczne?

Krzysztof Gorczyca: Najważniejszym punktem odniesienia dla oceny opinii publicznej pozostaje referendum lokalne. Kiedy zapytano mieszkańców o zdanie, odpowiedź była jednoznaczna. W głosowaniu wzięło udział ponad trzydzieści tysięcy osób i aż 70% z nich opowiedziało się przeciwko zabudowie. Stało się tak mimo bardzo manipulacyjnego i pokrętnego sformułowania pytania referendalnego, które sugerowało, że inwestycja deweloperska przyniesie mieszkańcom nowoczesny park z małym, nieszkodliwym osiedlem w tle.

Wracając do pytania o przyszłość tego terenu: Górki Czechowskie powinny bezwzględnie wrócić w ręce publiczne. Zdaję sobie sprawę, że każda kolejna decyzja planistyczna i każde wydane pozwolenie na budowę sztucznie podbija wartość tego gruntu. Teren, który deweloper kupił niegdyś za 12 milionów złotych, a potem odsprzedał za ponad 30 milionów, dziś – po wpisaniu w plan zagospodarowania funkcji budowlanej – wyceniany jest na setki milionów złotych. To gigantyczny prezent, jaki inwestor otrzymał od władz miasta.

Gdyby jednak procedury administracyjne zaczęły być procedowane zgodnie z literą prawa i przy zachowaniu należytej staranności, sytuacja uległaby zmianie. Deweloper celowo dzieli inwestycję na kilkanaście mniejszych pozwoleń na budowę, aby sprytnie uniknąć obowiązku przeprowadzenia kompleksowej Oceny Oddziaływania na Środowisko (OOŚ). Władze publiczne oraz organy nadzorcze mają pełne instrumenty prawne, by ten proceder zastopować. Jeśli wymusi się przeprowadzenie rzetelnej, całościowej OOŚ, okaże się, że realizacja planów dewelopera w świetle przepisów o ochronie gatunkowej jest niemożliwa. Wtedy spekulacyjna wartość tego gruntu drastycznie spadnie, co otworzy drogę do odkupienia go przez samorząd lub państwo po realnej cenie gruntu rolnego czy pastwiska. Wprowadzone przez społeczników pojęcie parku naturalistycznego jest tu kluczem, ale musi być rozumiane jako przestrzeń ochrony czynnej z minimalną ingerencją człowieka, a nie jako osiedlowy skwer z latarniami i betonowymi placami zabaw w najcenniejszych przyrodniczo miejscach.

Joanna Szubierajska: Na jakim etapie są obecnie procedury urzędowe i sądowe? Czy istnieją realne szanse na wstrzymanie zabudowy Górek Czechowskich i ocalenie siedlisk chomika?

Krzysztof Gorczyca: Obecnie na tym terenie obowiązuje miejscowy plan w specyficznej formule Zintegrowanego Planu Inwestycyjnego (ZPI) – był to pierwszy tego typu przypadek w Polsce. Plan ten uchwalono na podstawie nierzetelnej inwentaryzacji dewelopera, twierdzącej, że na Górkach nie ma już cennych gatunków. Na tej podstawie inwestor złożył kilkanaście oddzielnych wniosków o pozwolenie na budowę cząstkową, omijając prawo środowiskowe. Kluczowa rola leży teraz po stronie Prezydenta Miasta oraz Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska, którzy powinni natychmiast zawiesić te postępowania do czasu wyjaśnienia sprawy.

Samo ZPI zostało zaskarżone przez kilka organizacji pozarządowych. Jednemu ze stowarzyszeń udało się uzyskać w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym kluczowe postanowienie: sąd skierował pytania prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) w Luksemburgu dotyczące legalności ograniczania udziału strony społecznej w takich procedurach. Młyny sprawiedliwości mielą powoli, ale orzeczenie TSUE może całkowicie zmienić sytuację prawną i doprowadzić do unieważnienia planu miejscowego. To jest nasza główna szansa.

Joanna Szubierajska: Rozumiem. A jeśli polskie prawo i krajowe sądy ostatecznie zawiodą, czy planują Państwo złożyć oficjalną skargę do Komisji Europejskiej?

Krzysztof Gorczyca: Tak, takie są procedury. Po wyczerpaniu wszystkich instancji krajowych sprawa zostanie skierowana do Komisji Europejskiej. Chomik europejski jest gatunkiem o statusie ściśle chronionym na poziomie dyrektyw unijnych, więc Unia Europejska z pewnością wykaże duże zainteresowanie rażącym łamaniem procedur jego ochrony w Polsce.

Magdalena Nosek: Osobiście patrzę na to znacznie bardziej sceptycznie, ponieważ po dziesięciu latach walki czuję ogromne zmęczenie i mam poczucie, że systemowo przegrywamy. Z punktu widzenia prawa prawdopodobnie mamy rację – sprawa trafiła do TSUE i unijni sędziowie najpewniej potwierdzą prawo organizacji społecznych do udziału w sporze. Sprawa wróci do Lublina, potem przejdzie przez Naczelny Sąd Administracyjny w Warszawie, deweloper znowu się odwoła i cała ta batalia potrwa kolejne 7–8 lat.

Obawiam się, że zanim zapadną prawomocne wyroki, inwestor zdąży fizycznie zabudować teren. Oni doskonale wiedzą, jak grać na czas. Mogą zacząć budowę od samego środka Górek Czechowskich i postawić tam pierwsze bloki tylko po to, by nieodwracalnie zniszczyć integralność krajobrazu. Wtedy sądy stwierdzą, że restytucja przyrody jest już niemożliwa. W grę wchodzą miliardy złotych, przy których los zwierząt dla korporacji nie ma żadnego znaczenia.

Inwestor wybudował już ponad kilometrową ścieżkę przez sam środek Górek i postawił plac zabaw dokładnie w miejscu, gdzie według starych map i planów wojskowych znajdują się masowe mogiły z czasów II wojny światowej. Teren zasypano ziemią, przez co Instytut Pamięci Narodowej ma do dziś ogromne trudności z przeprowadzeniem tam rzetelnych prac ekshumacyjnych. Oni idą po trupach, bez żadnych skrupułów.

Moje zaufanie do instytucji publicznych legło w gruzach, gdy zawiódł RDOŚ. Urząd, który z definicji został powołany do ochrony przyrody, w 95% swojego czasu zajmuje się wydawaniem tzw. derogacji, czyli oficjalnych zezwoleń na niszczenie siedlisk i zabijanie chronionych zwierząt w drodze odstępstwa od zakazów. Urzędnicy sami przyznają, że są zasypani wnioskami i bezrefleksyjnie podpisują decyzje. Kiedy próbowaliśmy wdrożyć formalne postępowanie w sprawie szkody w środowisku – argumentując, że skoro deweloper twierdzi, iż chomiki nagle zniknęły, to znaczy, że ktoś bezprawnie zniszczył ich populację – zderzyliśmy się ze ścianą. Prawnicy RDOŚ-u i dewelopera natychmiast torpedują takie wnioski.

Niedawno odbyłyśmy z Weroniką spotkanie z kierownictwem RDOŚ oraz Regionalnym Konserwatorem Przyrody, który uczestniczył wcześniej w specjalistycznych szkoleniach dotyczących ochrony chomika w Krakowie. Liczyłyśmy, że wykaże się empatią. Niestety, okazało się, że kluczowe decyzje podejmują tam dyrektorki nastawione wyłącznie proceduralnie, a konserwator odegrał jedynie rolę „dobrego policjanta”. Urząd w 150 procentach spełnił oczekiwania dewelopera. Skoro RDOŚ bez mrugnięcia okiem pozwala na zniszczenie unikalnego siedliska o zagęszczeniu 50 nor na hektar pod budowę prywatnego akademika w pasie drogowym przy ruchliwym rondzie, to oznacza to jedno: ta instytucja nie obroni w tym mieście żadnego dzikiego zwierzęcia. Urzędnicy mają świetne samopoczucie, a problem rozwiązali tak, że po prostu przestali odbierać od nas telefony i zerwali kontakt.

Magdalena Nosek: Skoro RDOŚ bez mrugnięcia okiem pozwala na zniszczenie unikalnego siedliska o zagęszczeniu 50 nor na hektar pod budowę prywatnego akademika w pasie drogowym przy ruchliwym rondzie, to oznacza to jedno: ta instytucja nie obroni w tym mieście żadnego dzikiego zwierzęcia. Urzędnicy mają świetne samopoczucie, a problem rozwiązali tak, że po prostu przestali odbierać od nas telefony i zerwali kontakt.

Weronika Maślanko: Chciałabym podkreślić jeszcze jedną bardzo ważną rzecz. W momencie, gdy deweloper grodzi działkę budowlaną płotem i stawia tablice informacyjne, nikt z zewnątrz – ani strona społeczna, ani niezależni naukowcy – nie ma prawa tam wejść, by przeprowadzić inwentaryzację przyrodniczą. Nie było żadnej fizycznej możliwości zweryfikowania, ile chomików tam rzeczywiście żyło i ile z nich zostało zabitych. W tej chwili w miejscach ogrodzonych na Górkach Czechowskich zerwano już dwumetrową warstwę humusu wraz z całą strukturą gruntu. Podobnie zresztą jak na kolejnych ogrodzonych w maju 2026 r. działkach koło Orfeusza.

Magdalena Nosek: Prowadzenie inwentaryzacji w terenie jest niezwykle trudne. Gdy trawa i chwasty na nieużytkach sięgają do pasa, odnalezienie nor graniczy z cudem. Chomiki to niezwykle sprytne stworzenia – potrafią doskonale zamaskować wejście do nory pod korzeniami krzewów lub w samym środku gęstych kęp roślinności. Szukanie ich śladów wymaga wielogodzinnej pracy na kolanach, metr po metrze. Ludzie nie mają pojęcia o ich obecności.

Wiem na pewno, że jeśli teraz wejdę na ogrodzony teren inwestycji, by ratować zwierzęta, zostanę natychmiast zatrzymana. Plac budowy jest monitorowany kamerami. Inwestor tylko czeka na nasz formalny błąd, by wytoczyć nam procesy o naruszenie własności prywatnej i publicznie nas poniżyć.

Weronika Maślanko: Podsumowując: jeśli cenne siedlisko znajduje się na działce prywatnej, deweloper ma pełną swobodę w ukrywaniu lub fizycznym likwidowaniu stanu faktycznego populacji chronionej.

Magdalena Nosek: Do tego stopnia, że na teren budowy nie są wpuszczani nawet inspektorzy RDOŚ. Mogą jedynie postać pod płotem i popatrzeć na pracujące maszyny. Wielokrotnie zgłaszaliśmy na policję i do prokuratury ewidentne przypadki niszczenia przyrody – znajdowaliśmy rozjechane gąsienicami truchła chomików przecięte na pół czy zmiażdżone jaszczurki zwinki. Te postępowania są permanentnie umarzane przez organy ścigania pod koniec roku, aby nie psuły statystyk. Tak wygląda rzeczywistość ochrony chomika w Lublinie.

Magdalena Nosek, rocznik 1978, aktywistka miejska, lublinianka, studiowała turystykę i rekreację w Krakowie, pilot wycieczek, mieszkała w Chorwacji, Grecji, Paryżu i w Pradze. Matka trójki dzieci i posiadaczka psa.

Weronika Maślanko – doktor nauk rolniczych, w dyscyplinie zootechnika. Biegły sądowy m.in. w zakresie ochrony przyrody.


Absolwentka Inżynierii Środowiska na Politechnice Warszawskiej. Specjalizuje się w technicznych i naukowych tekstach o przyrodzie, zmianie klimatu i wpływie człowieka na środowisko. W swoich artykułach łączy rzetelną wiedzę inżynierską z pasją do natury i potrzeby życia w zgodzie z otoczeniem. Uwielbia spędzać czas na łonie przyrody – szczególnie na Warmii, gdzie najchętniej odkrywa dzikie zakątki podczas pieszych wędrówek i wypraw kajakowych

Oceń artykuł
Subscribe
Powiadom o
1 Komentarz

A czy wiecie ze zeby prowadzić badania na chomiku, robić inwentaryzację, pobierać fragmenty sierści to trzeba miec na to zezwolenie