Różane żniwa. Kto zyskuje, a kto traci na kwiatowym biznesie?

95% procent róż sprzedawanych w europejskich supermarketach i kwiaciarniach, również w Polsce, pochodzi z... Afryki.



Spragniona róża

Pojedyncza róża potrzebuje do wzrostu półtora litra wody dziennie. Pragnienie milionów kwiatów jest więc ogromne. Aby biznes był opłacalny, konieczny jest stały, bliski dostęp do wody. Idealnie, jeśli plantacje róż są umiejscowione w pobliżu jeziora, najlepiej w ciepłym, słonecznym klimacie.

David Harper, naukowiec z brytyjskiego Uniwersytetu Leicester, od ponad 30 lat obserwuje dewastację jeziora Naivasha w Kenii. Jezioro jest stopniowo wysuszane przez intensywną uprawę róż, które później trafiają do Europy. Harper oskarża swój kraj, a ściślej mówiąc, brytyjskie supermarkety, które są głównym nabywcą róż, o ignorancje. Każdy konsument, nabywając różę bez ekologicznego certyfikatu, przyczynia się do dewastacji afrykańskiego jeziora. Problem jest wart nagłośnienia, gdyż większość róż sprzedawanych w Europie pochodzi z Kenii, z rejonu jeziora Naivasha.

Sawanna w okolicach jeziora zamieniła się w jedną, wielką szklarnię. Uprawa róż pociągnęła za sobą dziewięciokrotny wzrost ludności (w ciągu trzydziestu lat), a co za tym idzie, stopniowe wysychanie jeziora, większą liczbę zanieczyszczeń płynących z miasta i chemikaliów.

Plantacje róż wokół jeziora Navaisha. Na satelitarnym zdjęciu, wykonanym przez NASA w lutym 2008 roku, widzimy szklarnie (odcienie niebieskiego) oraz plantacje (zielone, ciemnoróżowe oraz fioletowe prostokąty). Fot. NASA


Holandia, skąd dociera większość kwiatów do Europy, kupuje 95% afrykańskich róż (również z Etiopii, Zimbabwe, Ugandy czy Zambii), w tym połowę z Kenii. Róże płyną również do nas z Ekwadoru i Kolumbii. Idealne warunki klimatyczne w Afryce sprawiają, że holenderscy producenci ciętych kwiatów przenoszą swoje uprawy do Kenii, gdzie siła robocza jest tańsza, a słońce świeci przez cały rok.
Sprawa szkodliwości plantacji nie wygląda jednak na tak oczywistą: w 2007 roku Instytut Zarządzania Zasobami Naturalnymi przy uniwersytecie w Cranfield (w Wielkiej Brytanii) przeprowadził badania, które wykazały, że holenderskie plantacje kwiatów emitują sześciokrotnie więcej CO2 niż kenijskie – Afryka zwycięża jednak brakiem konieczności ogrzewania szklarni, ale kosztem natury.

Z drugiej strony mamy problem taniej, afrykańskiej siły roboczej: niskie płace, łamanie praw pracowniczych i ogólnie zła atmosfera wokół kenijskich róż pozbawia te piękne kwiaty aury czystości.

Poranione palce

Praca na kenijskich plantacjach wiąże się nie tylko z poranionymi palcami, ale przede wszystkim z kontaktem z chemikaliami, również poprzez pitną wodę. Przy różach pracują głównie kobiety. Traktowane jak więźniarki, często są wykorzystywane seksualnie przez swoich nadzorców.
W 2009 roku holenderski dokumentalista, Ton van Zantvoort, pokazał film „Kwitnący interes”, ujawniający warunki pracy na kenijskich plantacjach.  Praca przez 12 godzin dziennie, bez odzieży ochronnej i masek, to norma. Woda, do której spływają chemikalia z upraw, jest później wykorzystywana przez okolicznych mieszkańców do przygotowywania posiłków.





Afrykańskie kwiaty są również dostępne w polskich kwiaciarniach, do których róże trafiają z Holandii. Niektóre europejskie kraje dostrzegły problem kenijskich róż – część supermarketów wprowadza do sprzedaży róże z certyfikatem Fair Trade, który jest gwarantem etycznych warunków pracy. Certyfikat nie zajmuje się jednak wpływem uprawy na środowisko naturalne. Jezioro Navaisha jest nadal zagrożone. Podobnie jak pracujący na plantacjach ludzie, którzy stają się ofiarami kwiatowego biznesu.


Agata Marszałek/Organic Magazine


Ocena (4.0) Oceń: