Obrączkowanie ptaków w Polsce. Ptaki z ozdobą

Trzasnąłem drzwiami od gabinetu docenta mikrobiologii i uradowany wyszedłem z zakładu. Poszedłem na przystanek tramwajowy, wsiadłem w „33”, a potem? Potem plecak na plecy i w drogę! Jakieś 150 kilometrów na południe od Wrocławia w miejsce mityczne, owiane różnego rodzaju legendami. Chociaż oficjalna nazwa brzmi „Bukówka”, to wielu nazywa to miejsce „Buką” – być może dlatego, że jest równie tajemnicze co znana wszystkim bajkowa postać z Muminków.



fot. Kacper Kowalczykfot. Kacper Kowalczyk

W drodze

Jechaliśmy z Pawłem w stronę Lubawki, żeby jak najszybciej dojechać nad Bukówkę. Wydostać się z Wrocławia o godzinie 16.00 to prawdziwy cud. Jechaliśmy chyba z 5 km/h, a sznur aut przed nami ciągnął się w nieskończoność. Auto toczyło się powolutku do zjazdu, a w radiu mówili coś o strefach „30”. Pomyślałem, że dla Wrocławia to chyba bez znaczenia, patrząc na to z jaką prędkością, zwłaszcza w godzinach szczytu, samochody się poruszają. Przebrnęliśmy przez korek i po kilku minutach znaleźliśmy się na „A4” w stronę Zgorzelca. Wokół pola uprawne, mnóstwo monokultur – miedze porastają przede wszystkim uprawy kukurydzy. Od czasu do czasu ponad źdźbła wystawały śródpolne remizy. Nad nimi szybowały myszołowy. Jeden przez drugiego unosił się coraz wyżej i wyżej. Patrzyłem na nie przez szyby samochodu, łudziłem się, że może wyleci jakiś myszołów włochaty, który jest zdecydowanie bardziej jasny od myszołowa zwyczajnego i posiada opierzone skoki upodabniając się do orłów. Po około dwudziestu minutach trzeba było zjeżdżać. Najpierw Kostomłoty, potem Strzegom, jeszcze później Kamienna Góra. Wjeżdżając do tego miasta poczułem się lekko przerażony. Jakieś obskurne kamienice, zaniedbane chodniki, na ulicach smutni ludzie. Jeden z budynków w centrum Kamiennej wyglądał tak, jakby chciał powiedzieć wszystkim dobranoc. Jego mury chyliły się ku ulicy, a z dachu raczej już prawie nic nie pozostało. Zapytałem Pawła dlaczego Kamienna Góra tak wygląda.
– Tutaj był swego czasu dobrze rozwinięty przemysł włókienniczy. Jak padła komuna, to padły zakłady i skończyło się – odpowiedział.
– To trochę przypomina Łódź – stwierdziłem.
– Tak dokładnie, tylko tam to było na większą skalę – powiedział Paweł.
– Ale wiesz Łódź teraz ładnie się podnosi z tej zapaści. Co do kamienic to oni tam realizują program remontu i naprawdę to zaczyna coraz lepiej wyglądać. Tutaj też by się coś takiego przydało, bo te budowle są naprawdę ładne, tylko takie zaniedbane.
Podjechaliśmy do sklepu, żeby zrobić obozowe zakupy. To taka niepisana tradycja, że jak ktoś przyjeżdża na obóz musi ze sobą coś przywieźć do jedzenia. Później i tak wszyscy będą jedli ze „wspólnego wora”. Wszystko dla wszystkich.
Zakupy zrobione. Jeszcze 15 minut drogi przed nami. Nareszcie widać namioty. Jest obóz. Wysiedliśmy z auta, wziąłem plecak i przywitałem się ze wszystkimi obozowiczami. Paulina z wykształcenia biolog zdobywająca kolejne, obecnie zootechniczne doświadczenia, Gosia, z którą już nie jedną audycję o ptasich ciekawostkach zrobiłem, i przede wszystkim kierownik obozu, fotograf i miłośnik Sudetów – Krzysiek.
Życie w obozie. fot. Kacper Kowalczyk
Fot. Kacper Kowalczyk


Z „fycolem” wśród ludzi

Gosia wskazała mi namiot, w którym mogę przez kilka dni zamieszkać. Od razu do niego poszedłem. W przedsionku położyłem plecak, wypakowałem śpiwór, koc oraz oczywiście aparat i lornetkę. Kiedy już ogarnąłem wszystkie sprawy związane z zakwaterowaniem razem z Krzyśkiem poszliśmy na obchód. Sieci zostały skrzętnie poustawiane w gąszczu wierzbowych zarośli. Szliśmy po wydeptanych ścieżkach, jednak na początku zupełnie nie miałem pojęcia jak się poruszamy. Zajęło mi to trochę czasu, zanim nauczyłem się nawigacji. Każdy z nas obserwował czy coś wpadło, czy jakiś ptak się zaplątał. W tej sieci było pusto, w kolejnej też pusto, jeszcze w następnej tak samo. Doszliśmy do sieci, które były ustawione bardziej nad zbiornikiem.
– Krzysiek jest! Zobacz raniuszek nam wpadł! – krzyknąłem z satysfakcją w głosie.
– Dobra już go wyplącze. A teraz popatrz jak to robić, bo cały czas nie będziesz z kimś chodził na te obchody. – trochę się przeraziłem. Nigdy nie wyplątywałem ptaka z sieci. Chociaż przez moje ręce przewinęło się ich trochę.
– Patrz, najpierw sprawdzasz, z której strony masz brzuch. O ten jest z tej, czyli stoimy po dobrej stronie sieci. A teraz najpierw wyciągasz mu ogon, potem nogi. Tylko trzeba uważać, bo one lubią ponownie złapać sieci. O widzisz, znowu złapał. Ech i od nowa… Nogi wyplątane to teraz skrzydło. Jak już jedno wyplączesz to potem głowa i drugie skrzydło już samo zejdzie.
Nie minęło 5 minut, a raniuszek został wyplątany, i do worka. Potem były już same pierwiosnki. Obeszliśmy całą trasę, sprawdziliśmy jeszcze wacki, ale tym razem nic do nich nie weszło.
– Mamy „fycole”, rudzika i raniuszka, ale bez brwi. – oznajmił Krzysiek wszystkim obozowiczom.
– Znowu „fycole”? Ale przynajmniej raniuszek fajny – uśmiechnęła się Gosia i zasiadła do obrączkarskiego stołu. Wyjęła pierwszego ptaka, akurat trafiło na raniuszka. Rozłożyła mu skrzydła, sprawdziła stan lotek, stan pierzenia, zmierzyła ogon, długość skrzydeł oraz sprawdziła wagę i dała obrączkę, taką małą aluminiową z wytłoczonym numerem. Cały czas zastanawiał mnie ten „fycol”. Co to takiego? Przecież takiego gatunku w ogóle nie ma. Hmm…
– Co to „fycol”? – zapytałem Gosi nie mogąc już wytrzymać z ciekawości.
– Pierwiosnek.
– Pierwiosnek?! A dlaczego nazywacie go „fycol”?
Wtedy Gosia kazała mi wziąć zeszyt z kontroli ptaków. Tam było wszystko zapisane od długości ogona, wielkości skrzydeł po szczytowe lotki i ubytki po pierzeniu.
– Widzisz tę środkową tabelę na pierwszej stronie, gdzie określa się gatunek?
– Widzę.
– Tam masz zapisane trzy pierwsze z pierwszego członu oraz najczęściej trzy pierwsze litery z drugiego członu. Spójrz tutaj, masz opisanego pierwiosnka.
– Ale jak to pierwiosnka? – zapytałem zdziwiony.
– No masz „PHY COL”, czyli Phylloscopus collybita
– Aaaaa łacina. Taki skrót, obozowy żargon.
Pierwiosnków o każdej porze dnia, a nawet wieczora łapało się bardzo dużo. Patrząc w coroczne raporty z Bukówki bez wątpienia można tego ptaka nazwać księciem zbiornika. Praktycznie każdy obchód kończył się przyniesieniem co najmniej kilku „fycoli”.
Fot. Kacper Kowalczyk


Jak gacek poczuł się ptakiem

Paweł rozpalił „kozę”, punkt centralny namiotu kuchni. „Koza” nie jest zwykłym piecykiem. Właściwie to tylko Paweł trudnił się uzupełnianiem drewna. Tylko on wiedział na co „koza” ma ochotę i jak ją zachęcić, by to coś spaliła. W namiocie zrobiło się ciepło. Każdemu było bardzo przyjemnie. Ale cóż czas nocnego obchodu nadchodził nieubłaganie. 22:00 – pora iść. Paulina wzięła woreczki, założyła czołówkę, dała mi smycz z karabińczykiem i w drogę. Wziąłem ze sobą reflektor. Ależ on świecił. W tych ciemnościach było widać naprawdę wszystko, a może jeszcze więcej? Pierwsze dwie sieci były puste, poszliśmy do „drozdówki”, a nuż jakiś drozd się złapał. Zwykle Gosia narzekała, że na w „drozdówkę” mało ptaków wpada. Drozdy omijały ją i o wiele częściej wpadały w sieci przeznaczone dla mniejszych ptaków, a także większych. Wiele razy kosy czy kwiczoły były wyciągane z tzw. „drapolówki” – nietrudno się domyślić, że ta sieć posiada na tyle duże oka, by w miarę łatwo wyplątać z niej jakiegoś drapieżnika.

Paulina świeci swoją czołówką, ja reflektorem. Coś tam wisiało. Dwa kwiczoły wpadły w „drozdówkę”. Przytrzymałem sieć, a Paulina od razu wzięła się do pracy. Kwiczoł nie chciał zbytnio współpracować, a to nogą złapał sieci, jak już skrzydło zostało wyjęte, to znowu je wsadził, ale po paru chwilach ptak trafił do woreczka ornitologicznego. Dumnie wisiał na mojej piersi. Z drugim kwiczołem tak samo. Wiercił się, wymachiwał skrzydłami a przy tym zaczął śpiewać i dziobać po palcach. Na szczęście drozdy nie mają nader ostrych dziobów, zatem ich dziobanie to raczej delikatne muskanie. Obeszliśmy prawie wszystkie sieci. Zostały tylko te na końcu trasy, stojące w wierzbowych zaroślach. Pierwsza sieć pusta, druga sieć pusta i w trzeciej coś się trzepocze.
– Może znowu jakiś drozd. Pewnie kos, bo nie widać nic białego. – powiedziałem
– No może i tak faktycznie, chodźmy tam! – odpowiedziała Paulina.
– Poświeć mi tutaj.
– Dobra już!
– Ojej, zobacz to nietoperz! – krzyknęła. – Nie umiem wyplątywać nietoperzy, ale pewnie znowu nam sieć poprzegryza. Ech… Dzwonię do Pawła.
– Oooo, ale fajnie. Nietoperz. Paulina poświecisz mi, zrobię mu zdjęcie. Muszę koniecznie to uwiecznić.
– OK!
Po jakiś 10 minutach Paweł przyszedł z workiem i odsieczą. Przytrzymał nietoperza i raz, dwa wyjął ssaka z sieci. Właściwie nawet nie jestem w stanie opisać jak to zrobił, bo tak szybko to nastąpiło. Razem z małym latającym owadożercą wróciliśmy od obozu.
– Ojej, zaraz sprawdzimy co to za gatunek! – powiedziała Gosia.
– Bez wątpienia gacek, tylko pytanie który z nich? – zapytała Paulina.
– Patrzmy po zębach – powiedziała Gosia i otworzyła swój przewodnik do rozpoznawania nietoperzy. W tym momencie Paweł wziął lupkę i zaczął sprawdzać jakie zęby miała nasza znajda. Jednak ta cecha nie była taka oczywista do rozpoznania w praktyce. Chyba trzeba byłoby być chiropterologiem, a wśród nas żadnego takiego nie było, żeby odróżnić gacka brunatnego od szarego. Nie szło tak, to Gosia przewróciła kartkę na drugą stronę, a tam… A tam były cechy płciowe, te pierwszo– i drugorzędowe.
– Sprawdźmy czy to jest samiec! – ktoś z nas dziarsko wyrwał po spojrzeniu na kartkę.
Gosia odwróciła ssaka na drugą stronę. Okazało się, że nietoperz był samcem.
– No dobra to sprawdźmy kształt prącia – powiedziała patrząc na kartkę.
– Gacek brunatny! – wypaliłem. Potem wszyscy potwierdzili gacka brunatnego. Jeszcze Paulina zmierzyła mu długość koziołków (łac. tragus), czyli płatek skórny w uchu będący bardzo często cechą diagnostyczną pozwalającą rozróżnić gatunki.
– Po koziołkach też wychodzi, że brunatny – dodała.
Nikt nie miał już wątpliwości, jeszcze tylko parę zdjęć i gacka wypuściliśmy. Gosia otworzyła swoją dłoń, a nietoperz chwilę na niej posiedział, rozłożył swoje bardzo długie uszy i kiedy je wyprostował, spojrzał raz w lewo, raz w prawo i poleciał.
fot. Kacper Kowalczyk


  
Spotkanie z „kabaretką”

– Jakaś czeczotka mogłaby wpaść do sieci! – powiedziałem siedząc przy kozie ze wszystkimi obozowiczami.
– No właśnie coś ostatnio przestały lecieć – dodał Paweł.
– Przynajmniej na brak „fycoli” nie możemy narzekać – dołożył Krzysiek, który w tym czasie szykował się na obchód.
– Te maleństwa to coś polubiły Bukówkę, ciekawe dlaczego? – zastanawiała się Gosia.
– Bo lubią – odpowiedział Paweł.
Minęło pół godziny i Krzysiek wrócił wraz z workami pełnymi „fycoli”. Ponieważ było słodkie, leniwe południe, dla ptaków to także czas sjesty. Twierdziliśmy zatem, że kolejne obchody gdzieś tak do 16.00 będą bardzo ubogie. Rzeczywiście tak było. Jak to Paweł idealnie określił, ptaki „kapały” jeden po drugim. Z obchodu na obchód, z godziny na godzinę do namiotu obrączkarskiego trafiało po jednym ptaku. W końcu przyszła moja pora. Wsadziłem kalosze, czapeczkę, worki przywiązałem do szlufki no i poszedłem. Słońce dawało. Żar wylewał się z nieba, w przeciwieństwie do ptaków, których na niebie nie było widać. Jednak po obejściu kilku sieci, za „drapolówką” widziałem, że coś wisiało w sieci, ale bardzo spokojnie. Ptak zupełnie nie wiercił się, tylko spokojnie czekał na jego okazję. Może był już na tyle doświadczony, może nie raz wpadł w sieć, może wiedział że wystarczy poczekać. Wpadł w pierwszą półkę od góry, czyli bardzo wysoko. Musiałem obniżyć sobie sieć, żeby móc wygodniej go wyplątać. O dziwo ptak wcale nie był, aż tak bardzo zaplątany, wystarczyło odczepić skrzydła i można było wyciągać z sieci. Kiedy już go wyjąłem, moim oczom ukazała się czerwona czapeczka na głowie z czarnym podbiciem pod dziobem.
– Hahaha! Czeczotka! Łohohoho – podskoczyłem z radości, po czym obszedłem kolejne sieci. Gdzieś po drodze zebrałem jeszcze rudzika, no i oczywiście pierwiosnka.
– Mam czeczotkę! – krzyczałem do innych obozowiczów.
– No nareszcie – powiedział Paweł. Nie omieszkałem jej sfotografować. Tak samo zrobił Krzysiek. Nasze migawki aż zaczerwieniały od tej ciężkiej pracy. Do wieczora zniesiono jeszcze kilkadziesiąt ptaków. A w nocy gdy siedzieliśmy przy kozie z oddali zaczęły swoje rykowisko jelenie.
– O Janusz się odezwał, słyszycie? – zapytała Gosia.
– Dawno go nie było! – odpowiedział Paweł.
„Eeeeee”, „eeeee”, „eeeee” i tak przez całą noc jelenie dawały o sobie znać. Najgorsze jednak było to, że jutro o 6:00 kolejny obchód na pożegnanie Bukówki. 
Mam czeczotkę! – krzyczałem do innych obozowiczów.
Rudzik złapany w sieci. Fot. Kacper Kowalczyk
Kacper Kowalczyk
Moim zdaniem
Lubisz obserwować ptaki?
Ocena (5.0) Oceń:

Pasaż zakupowyprzejdź do pasażu pasaż

Ogłoszenia - ekologia.pl
Pasaż zakupowy