Karp - opis, występowanie i zdjęcia. Ryba karp ciekawostki

Karp na ziemiach polskich pojawił się po raz pierwszy za sprawą zakonu Cystersów. Tradycje hodowli tej ryby są bardzo bogate. Chociaż karp jest przybyszem z dalekiego wschodu, to traktujemy go jakby był naszą, swojską rybą. W wielu domach nie ma świąt bez karpia...



pixabay.compixabay.com

Karp w Polsce

Karp (Cyprinus carpio) naturalnie występował na obszarze południowo-wschodniej Europy, w dorzeczu Tygrysu i Eufratu, w zlewiskach mórz Egejskiego, Czarnego, Aralskiego oraz Kaspijskiego. Jego skórę pokrywały dachówkowato ułożone łuski o barwie srebrzysto-brązowej. Dopiero później w wyniku prowadzonych przez hodowców krzyżówek udało się otrzymać odmiany, które mają bardzo mało lub w ogóle brak u nich łusek. Wszystko to po to, żeby „łatwiej” można było korzystać z dobrodziejstw mięsa tych zwierząt. W hodowli najwcześniej pojawił się na terenie Chin. Pierwsze wzmianki dot. utrzymywania karpi na wielką skalę pochodzą jeszcze z V wieku p.n.e. Arystoteles wspominał o rybie w swoich rękopisach w roku 350 p.n.e. „Udomowienie” zatem nastąpiło bardzo dawno – chociaż nie miało takiego charakteru, jak w przypadku psów czy kotów. Dorasta do nawet 1 metra i może ważyć, dobrze odżywiany, około 30 kilogramów, chociaż wędkarzom znane są osobniki cięższe. Największy z nich osiągnął zawrotną masę niecałych 50 kilogramów! Do Polski został sprowadzony najprawdopodobniej między XII a XIII wiekiem przez cystersów z Moraw lub Czech. Zakon ten ma ogromny wkład w popularyzację hodowli karpi w Europie. Przy każdym cysterskim klasztorze były obecne sztuczne stawy, a w nich pływały rzeczone ryby. Zakonnicy utrzymywali je ze względu na ich właściwości. Dość dużą tkankę mięśniową, a co za tym idzie, sporą ilość mięsa, duże wymiary – to także wiąże się z powyższym – oraz stosunkowo szybkie przyrosty wagowe w porównaniu do innych gatunków. Poza tym karp należy do zwierząt o niezbyt wygórowanych wymaganiach odnośnie miejsca czy sposobu chowu. Jest rybą łatwą w hodowli i to przesądziło o tym, że stał się popularny.
By Phlip V (Own work) [Copyrighted free use], via Wikimedia Commons
pixabay.com


Historia karpia w kraju nad Wisłą ma swoje dwa punkty zwrotne. Pierwszy to wspomniane już zawleczenie tutaj przez zakonników. A drugi? Okres Polski w odbudowie po II wojnie światowej. Było ich wówczas dużo, a ludzie nie mieli co jeść. Przez to, że spore ilości tych ryb były hodowane, również ceny nie powalały. Był smaczny, tani i zawierał w sobie dużo mięsa, dzięki czemu stał się wigilijnym przysmakiem i wszedł z powodzeniem do kanonu świątecznych potraw. Z czasem klienci zaczęli być bardziej wybredni, dlatego hodowcy musieli stanąć na wysokości zadania i zaczęli wymyślać coraz to różniejsze odmiany, także ozdobne.
Zacznijmy jednak od form użytkowych. Nie ma chyba bardziej znanej odmiany karpia jak lustrzeń. To ryba, która ma łuski tylko na linii bocznej oraz kilka wokół głowy i na grzbiecie. Inaczej jest nazywany karpiem królewskim albo galicyjskim, bo został wyhodowany na terenie Galicji, a dokładniej w miejscowości Kaniów na Podbeskidziu w powiecie bielskim skąd pochodził Adolf Gasch, który stworzył opisanego karpia. Kolejny, czyli karp pełnołuski, jest rybą najbardziej zbliżoną do tej, jaką znamy z natury. Inaczej nazywany sazanem, od dzikiego karpia różni się bardziej wysklepionym grzbietem oraz nieco ostrzejszą płetwą grzbietową u jej początku. Następną odmiana to karp bezłuski, czyli tzw. golec. Różni się od pozostałych grubą skórą, która musi zabezpieczać go przed urazami i rekompensuje mu brak łusek. Te mogą wystąpić ale pojedynczo. Dla potencjalnych konsumentów brak łusek to niewątpliwy plus, bo odchodzi bardzo żmudna czynność – skrobanie. Wyhodowano jeszcze jedną odmianę. Tutaj także polski akcent, bo karp ten nazywa się karpiem Zatorskim. Nie bez przyczyny, bo został wyhodowany w stawach w okolicach miejscowości Zator na terenie Małopolski. Jego cechami są silne wygrzbiecenie, oliwkowo-niebieskie ubarwienie oraz szybki wzrost, dlatego jest bardzo ceniony wśród trudniących się komercyjną hodowlą tych zwierząt. A teraz przejdźmy do tej przyjemniejszej strony utrzymywania karpia, czyli karpia koi. Koi to odmiana ozdobna, która może posiadać przeróżne ubarwienie i z reguły dorasta do 30-70 cm. Został wyhodowany w Japonii, a jego nazwa to skrót od słowa, które przytoczę w pisowni polskiej nishiki-goi, co znaczy karp brokatowy. Historia tej odmiany sięga XIX wieku. Po raz pierwszy taką rybę uzyskano w prefekturze Niigata. Następnie na przestrzeni lat otrzymano około 120 odmian barwnych karpia koi, które różnią się od siebie układem plam, barwą, wielkością, a nawet kształtem oraz obecnością lub brakiem narośli.
pixabay.com
pixabay.com


Wszędzie dobrze, ale w stawie najlepiej?

Karp dorasta w wieku 3-4 lat i wtedy też osiąga dojrzałość płciową. Wydaje się to dziwne, ale takie nie powinno być, bo karp podobnie jak człowiek, może przeżyć naprawdę długo. Z tą małą różnicą, że w przeciwieństwie do nas, ryba ta może rosnąć całe życie, stąd znane są przypadki złowienia osobników o masie 50 kilogramów i dłuższych niż metr. Aby osiągnąć taką masę, zwierzę potrzebuje naprawdę wielu lat, tym bardziej, że jego pokarm to głównie wszystko co znajduje się na dnie, czyli jakieś drobne skorupiaki, rośliny oraz ewentualnie mięczaki i larwy owadów.
Nie oszukujmy się, ale taki pokarm musi być zjedzony w ogromnej ilości, żeby był efekt w postaci tak dużych przyrostów wagowych. Zanim jednak karp stał się dorosły, to był ikrą, czyli jajem. A żeby jajo powstało, musiało dojść do zbliżenia pomiędzy samcem i samicą, chociaż w przypadku ryb może brzmieć to nieco abstrakcyjnie. Maj i czerwiec jest czasem, w którym trwa tarło, czyi okres składania ikry. Oj wtedy w świecie karpi się dzieje. Ryby ścigają się między sobą, by dotrzeć do jak najlepszej samicy, wytrzeć ją, a następnie zapłodnić złożone jaja. Te wyścigi są niezwykle hałaśliwe. Przede wszystkim zwracają uwagę przechodniów, którzy akurat w tym momencie znaleźli się nad stawem, spacerując po grobli na przykład. W jaki sposób? A no w taki, że ryby skaczą. Czasami nawet na metr lub półtora nad powierzchnię wody. Bardzo efektownie to wygląda, chociaż nie jest aż tak widowiskowe jak skoki delfinów, wynurzenia wielorybów czy rekinów. Jak już samcowi uda się dotrzeć do samicy, to zaczyna się wszystko. Samiec trze samicę, a tak składa ikrę oraz przykleja ją do spodniej części liścia. Po około pięciu dniach wylęga się z niej narybek mierzący zaledwie 5 mm. Śmiesznie wygląda taka mała rybka, która posiada do tej swojej drobniutkiej postury, ogromny pęcherzyk żółtkowy. Ta struktura w początkowym momencie życia decyduje o przetrwaniu zwierzęcia, bo z niej narybek czerpie substancje odżywcze. Gdy jego zawartość zostanie opróżniona, wtedy maleństwo zaczyna samo pozyskiwać pokarm. Zjada wszystko to, co znajdzie na dnie, i co będzie się nadawało dla jej przewodu pokarmowego, czyli w dużej mierze fitoplankton. Następny stopień inicjacji przypada na 2 cm długości ciała, wtedy małe karpie zaczynają zjadać elementy tzw. fauny dennej, a potem z każdym dniem stają się coraz większe i jedzą też coraz więcej.
pixabay.com


Żywy czy martwy?

Od co najmniej dekady toczy się szeroka debata na temat losu sprzedawanych ryb. Każdego roku temat dobrostanu tych zwierząt w sklepach wraca jak bumerang przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy popyt na karpie jest wzmożony. Nie ma stołu bez tej ryby w święta. Zgodnie z tradycją, każdy domownik chce chociaż musnąć rybiego mięsa, bo to przecież jedna z dwunastu wigilijnych potraw, a tradycja głosi, że trzeba spróbować wszystkich, bo szczęście nas ominie w nadchodzącym roku, a szczęście każdy chce mieć.
Zatem odpowiednio przyrządzamy karpia i wraz z innymi potrawami podajemy współbiesiadnikom. Zanim jednak do tego dojdzie, zwierzę bardzo często przebywa niekrótką drogę do naszego stołu. Rzecz w tym jaka ta droga dla niego jest? Czy sprzedawca dochował należytej staranności podczas transportu, czy zapewnił rybom dobrostan pozwalający przeżyć im swoje ostatnie chwile w dobrych warunkach? To wcale nie są pytania osoby przewrażliwionej, tylko takiej, której los zwierząt leży na sercu. Karpie tak samo jak ludzie posiadają układ nerwowy, chociaż jest on może nieco mniej skomplikowany, to nadal pozwala zwierzętom odczuwać bodźce ze środowiska zewnętrznego, przekształcać je, a następnie reagować nań we właściwy sposób. Wniosek z tego taki, że ryba też czuje ból, dyskomfort i może się dusić. Jeśli już musimy zjeść rybie mięso, to przy zakupie zwróćmy uwagę na to skąd pochodzi, czy ryba jest żywa, czy martwa, kiedy została zabita i czy robiła to osoba wykwalifikowana. Tych kilka prostych pytań może sprawić, że los karpi będzie lepszy. Właśnie dzięki takiej postawie, obecnie udało się wymusić na polskich władzach opracowanie aktów prawnych regulujących to, w jakich warunkach karpie (i nie tylko one, ale także reszta spożywanych przez nas ryb) mają być transportowane oraz przetrzymywane w sklepach bezpośrednio przed zakupem. Specjaliści oraz miłośnicy zwierząt nawołują, by kupować zwierzęta już zabite. Mają w tym mnóstwo racji. Po pierwsze ryba została uśmiercona przez osobę, która zna się na tym, więc powinniśmy mieć pewność, że zwierzę nie cierpiało nim odeszło z tego świata. Po drugie. Nie męczyła się w transporcie. Po trzecie – własna wygoda. Nie trzeba patroszyć, co dla wielu jest istną męką, a także niezbyt przyjemnym zajęciem. I widok przy tym nie za bardzo atrakcyjny, i zapach także. A jak przed dziećmi wytłumaczyć to, co robimy? Przecież one nie muszą jeszcze wiedzieć, z czym mają do czynienia. Same zalety. Ale może w kontekście powyższego warto byłoby zastanowić się nad rezygnacją z rybiego mięsa? Pozostawiam to pod rozwagę Waszemu sumieniu.


pixabay.com
Kacper Kowalczyk, Czwórka Polskie Radio


Ocena (3.7) Oceń:

Pasaż zakupowyprzejdź do pasażu pasaż

Ogłoszenia - ekologia.pl
Pasaż zakupowy